Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Tylko szaleństwo

Recenzja Katarzyny Waligóry, laureatki Marszałka Województwa Pomorskiego w X edycji Konkursu AICT na recenzję teatralną dla młodych krytyków im. Andrzeja Żurowskiego ze spektaklu WŁASNY POKÓJ w reżyserii Zofii Gustowskiej w Łaźni Nowej w Krakowie, zamieszczona w „Teatrze” (2022, nr 11):
We wrześniu 1929 roku Virginia Woolf publikuje długi esej zatytułowany Własny pokój. Nie wie
wówczas, że stanie się on klasyczną pozycją literatury feministycznej (co prawda nie od razu) i będzie
czytany przez kolejne pokolenia badaczek, pisarek i artystek. Woolf wykorzystała w nim dwa wykłady,
które wygłosiła rok wcześniej w dwóch damskich college’ach Uniwersytetu Cambridge (Newnham
College i Girton College). Przedstawienie wyreżyserowane przez Zofię Gustowską w Łaźni Nowej w
Krakowie zaczyna się od nawiązania do tych właśnie okoliczności powstania eseju. Na scenie stoi
Virginia Woolf (Magdalena Osińska), ubrana w długą sukienkę w kwiaty. „Otóż, kobieta musi mieć
pieniądze i własny pokój, jeśli ma uprawiać twórczość literacką” – tym najsłynniejszym chyba cytatem
z Własnego pokoju zwraca się do widzów.
Tylko, że my – realna publiczność, do której mówi – nie istniejemy w rzeczywistości fabularnej.
Woolf Osińskiej ćwiczy swoją przemowę w domu, a jedynym świadkiem tych przygotowań jest jej mąż
Leonard (Daniel Malchar), który na scenie pojawia się chwilę później. W przedstawieniu bowiem tytuł
eseju (a jednocześnie spektaklu) zostaje potraktowany dosłownie: oglądamy w nim Virginię Woolf w
sytuacjach prywatnych, w jej mieszkaniu, w intymnej relacji z mężem. Przestrzeń ogranicza się tylko
do kilku rekwizytów: kanapy, fotela, lodówki i dużej figurki realistycznie przedstawiającej siedzącego
psa (Woolf opiekowała się w swoim życiu kilkoma psami, choć żaden nie wyglądał jak ten, którego
oglądamy na scenie). W lodówce, jak się później okaże, leży kubeczek jogurtu oraz stos kartek
papieru. Tylna ściana pozostaje pusta, bo na niej wyświetlana będzie transmisja z kamery, dzięki
której widzimy głównie zbliżenia na twarze wykonawców. To przestrzeń surowa i mało przytulna,
która bardziej przypomina współczesne kawalerki niż prawdziwy dom Woolfów.
Na scenie Virginia i Leonard rozmawiają, kłócą się i godzą. W ciągu nieco ponad godziny oglądamy
różne stadia ich relacji: przywiązanie, poświęcenie, irytację, zmęczenie sobą nawzajem, miłość i
nienawiść, żal i czułość. On opowie jej o tym, jak nadzorował egzekucje w czasach, kiedy był
żołnierzem stacjonującym w brytyjskich koloniach w Afryce. Ona zwierzy się jemu z wątpliwości, czy
przygotowywane przez nią przemówienie zostanie dobrze przyjęte. On jest rozżalony, bo czuje się
mały w cieniu jej pisarstwa. Ona, mieszkając na przedmieściach, czuje się uwięziona i pragnie wrócić
do Londynu.
W pewnym momencie Virginia niemal niezauważalnie popada w szaleństwo. Informuje nas o tym
początkowo przede wszystkim zachowanie Leonarda. Wkrótce jednak staje się jasne, kto w ich relacji
sprawuje opiekę, a kto jej wymaga. Szczególnie wyrazista jest jedna scena: mąż wyciąga z lodówki
kubeczek jogurtu i próbuje nakarmić nim żonę. Ta jednak odmawia jedzenia, pluje jogurtem na
podłogę, macha głową i rękoma, jej wypowiedzi są coraz bardziej deliryczne. Virginia staje się okrutna
dla Leonarda, krzyczy na niego i stara się uderzyć w jego poczucie własnej wartości. Wreszcie on,
zmęczony, wychodzi, a ona, pozostawiona sama, jak dziecko buduje z kanapy, stołu i krzesła fort, w
którym się chowa.
Wierzę, że za tym przedstawieniem stały dobre intencje. Podejrzewam, że twórczyniami kierowała
fascynacja biografią Woolf i chęć pokazania pisarki nie ikonicznej i posągowej, a bliskiej widzowi,
skomplikowanej i borykającej się z własnymi problemami. Przyznam jednak, że nie rozumiem,
dlaczego pytanie, które stawiają w opisie przedstawienia – „Na ile te odważne postulaty udało się
wcielić w życie samej autorce?” – jest potrzebne, zasadne albo chociaż ciekawe. Czy postulat
„własnego pokoju” jest mniej ważny, jeśli nie został przez Woolf wcielony w życie? Bardziej istotny?
Nie jestem też pewna, jak właściwie twórczynie spektaklu odpowiadają na postawione przez siebie
pytanie. Czy Virginia Woolf pisała o potrzebie niezależności, będąc zależną od Leonarda? Czy może
przeciwnie: mimo swojej zależności potrafiła znaleźć w małżeństwie przestrzeń dla siebie? Trudno
powiedzieć, jak ma się do tego fakt (nieprzytaczany w przedstawieniu), że w 1910 roku, po dwóch
latach regularnego pisania i na dwa lata przed ślubem, Virginia Woolf (wówczas Adeline Virginia
Stephen) pisała i wydawała drukiem na tyle dużo swoich tekstów, że – jak pisze Gillian Gill, autorka
książki Virginia Woolf and the Women Who Shaped Her World – stać ją było nie tylko na własny
pokój, ale też na domek letniskowy.
Zaryzykowałabym także twierdzenie, że esej Własny pokój szczególnie mocno nie nadaje się do
biograficznej interpretacji. W tekście Woolf przyznaje, że mało wie o codziennym życiu kobiet w
poprzednich epokach, bo sposób, w jaki opowiadamy sobie historię świata, nie pozostawia na to
miejsca. Nawet wybitne kobiety są marginalizowane, cóż dopiero te mniej znaczące. Woolf pisze o
Jane Austen jako o przykładzie znakomitej pisarki pozbawionej własnego pokoju i zmuszonej
pracować we wspólnej przestrzeni salonu. Pisze jednak również o Judith Shakespeare, rzekomej
siostrze Williama, obdarzonej nie mniejszym talentem, którego nie mogła zrealizować w
patriarchalnym świecie (ten fragment zostaje zacytowany na scenie i przekształcony w historyjkę,
którą Virginia opowiada Leonardowi). Jak widać, w eseju fikcja miesza się z rzeczywistością. Jego
narratorka potraktowana zostaje według tej samej zasady: „Nazywać mnie możecie Mary Beton, Mary
Seton, Mary Carmichael, czy jak Wam się tylko spodoba – to bez znaczenia” – informuje.
Oczywiście Woolf pisze o sprawach, które są jej bliskie i o tym, co dobrze rozumie. Długo opowiada
o tym, co spotkało narratorkę na fikcyjnym uniwersytecie Oxbridge (połączenie nazw dwóch
największych angielskich uczelni: Oxfordu i Cambridge). Woolf nigdy nie uzyskała formalnej edukacji i
uważała, że podjęta przez jej matkę decyzja o zaniechaniu kształcenia córek wynikała z
funkcjonowania niekorzystnego dla kobiet systemu. We Własnym pokoju Woolf pyta nie tylko o
zmarnowany potencjał Judith Shakespeare, ale także o własne ograniczenia. Celowo jednak ucieka od
jednoznacznego związania swojego pisarstwa ze swoim życiem i swoją prywatnością. Pisarka
prowadzi wyrafinowaną grę między prawdą a fikcją, między biografią a zmyśleniem – przedstawienie
Gustowskiej upraszcza te komplikacje, tworząc historię jednoznacznie biograficzną.
W eseju Własny pokój Woolf skupiała się na strukturalnych i instytucjonalnych ograniczeniach,
które napotykają kobiety na swojej drodze. Pokazała między innymi, że sposób, w jaki rozumie się
literaturę, jest rodzajem społecznej gry, której zasady zapewniają zwycięstwo niemal wyłącznie
mężczyznom. W przedstawieniu Woolf zostaje tymczasem zredukowana do relacji ze swoim mężem.
Choć wspominano jej romanse z kobietami, na scenie widzimy tylko Leonarda. A spektakl prowadzony
jest tak, że chcąc nie chcąc współczujemy mężczyźnie trudów życia z żoną wariatką. Leonard jest
cierpliwy, mądry, dobry, może nieco kontrolujący, ale nie sposób wątpić w jego dobre intencje. Nie
sposób też zaprzeczyć, że kocha swoją żonę – jeśli czyjeś uczucia stoją pod znakiem zapytania, to tylko
jej. Virginia zostaje pokazana przede wszystkim jako kobieta szalona.
Oczywiście kłamstwem byłoby twierdzenie, że Woolf przeżyła całe życie w dobrym zdrowiu, zaś
romantyzowanie jej choroby byłoby równie nie na miejscu. Problem jednak w tym, że we Własnym
pokoju Gustowskiej choroba pokazana zostaje tak, że dominuje całą opowieść. Szaleństwo jest
sceniczne, dodaje dramatyzmu i pikanterii. Sprawia, że postać wydaje się bardziej złożona. I niestety
twórczynie ulegają pokusie tej widowiskowości, odbiorcy wyznaczając rolę perwersyjnego
podglądacza mieszczańskiego dramatu rozgrywającego się w małżeństwie. Ze spektaklu nie
dowiadujemy się, że Woolf czytała książkę za książką, że ceniła szczególnie literaturę pisaną przez inne
kobiety, choć dowody tego przywiązania raz za razem pojawiają się w eseju Własny pokój. Nie
poznajemy pisarki erudycyjnej, czarującej, inteligentnej. Nie ma ani słowa o tym, że była
organizatorką życia towarzyskiego, że przyjaźniła się z intelektualistami i artystami, że nie pozwalała,
żeby jej choroba definiowała to, kim jest. Zamiast tego na scenie oglądamy kobietę demolującą pokój,
biegającą w kółko i plującą jogurtem. W kilku momentach Virginia zwraca się do Leonarda długimi
cytatami zaczerpniętymi z Własnego pokoju – zdania te, wyjściowo przeznaczone dla szerokiej
publiczności, w przedstawieniu stają się intymną wymianą między dwojgiem ludzi. Tekst, który
inspiruje i pobudza do dyskusji kolejne pokolenia feministek, na scenie brzmi słabo, jak deliryczne
rojenia kogoś, kto potrzebuje natychmiastowej opieki. Nie sposób nie zadać pytania: czy po latach w
Virginii Woolf – queerowej artystce, odważnej pisarce, pionierce nowego stylu w literaturze,
feministce i animatorce życia towarzyskiego – naprawdę najbardziej interesuje nas jej choroba?

Katarzyna Waligóra

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.