Zuzanna Kluszczyńska o spektaklu Jezioro złotych ryb w BTL:
Z czego składa się przedstawienie? Myślę, że z założeń widzów. To, jak odbieramy spektakl w dużej mierze zależy od tego, z czym na niego przychodzimy. Najczęściej dobre przedstawienie to takie, które spełnia nasze oczekiwania. A czego oczekujemy? Oczywiście, to kwestia indywidualna. Podejrzewam jednak, że większość z nas szuka w teatrze pewnego przesłania, myśli, którą twórcy chcą przekazać widowni. Zatem trudno ogląda się przedstawienie, które nie dość, że tych oczekiwań nie spełnia, to je wyśmiewa.
Na scenie stół, mikrofon, misa z wodą, instrumenty i sprzęt nagłośniający. Trzech aktorów i aktorka śpiewają wesołą melodię. Jeden z aktorów ostrzega, że dekoracja(łac. decoratio), zasadnicza część (por.:) scenografii, ... More się zgubiła i musiano wymyślić coś na szybko. Historia na podstawie rosyjskiej bajki jest prosta. Bezrobotny Igor, odrzucony przez mieszkańców wioski, pod wpływem pijackiej wizji postanawia zostać rybakiem. Twórcy opowiadają jakby od niechcenia, bardziej przejęci tym, że ktoś ich obserwuje niż prawidłowym wykonaniem swojego zadania. Igor jest szmacianą lalką, a miejscowy pijak kształtem ulepionym na szybko z plasteliny. W głównym bohaterze zakochana jest plastikowa księżniczka wyglądająca jak zabawka dołączona do zestawu Happymeal. Dom to karton, zresztą już bardzo poturbowany. Co jakiś czas słychać gitarę Macieja Cempury (który stworzył muzykę do tego przedstawienia i wykonuje ją na żywo) i saksofon, w wykonaniu Magdaleny Ołdziejewskiej, która nawet nie próbuje ukrywać, że nie potrafi na nim grać.
To, co widzimy, na scenie, jest chaotyczne, wydaje się wymyślone na poczekaniu. Jednak aktorzy animują swoje lalki i przedmioty bardzo na poważnie – korzystając z kija bilardowego z braku czegoś lepszego. Sama historia także kończy się mało ekscytująco: Igor staje się ulubieńcem całego miasteczka, ale nigdy nie osiąga swojego celu. Pomimo to jest szczęśliwy, siedząc na brzegu jeziora i łowiąc ryby. Aktorzy wyciągają swoje własne wędki i razem z całą resztą miasteczka, domem, a nawet miską, zbierają się wokół Igora i razem z nim cieszą się życiem. Na widowni niezręczna cisza zamienia się w śmiech, a aktorzy skinieniem głowy dają znać, że to już koniec.
Kiedy oglądałam spektakl, z każdą minutą rosła moja irytacja. To, co działo się na scenie, było bardzo zabawne, ale cały czas zastanawiałam się – co dalej? Kiedy naprawdę coś się wydarzy? Kiedy pojawi się jakaś wskazówka, hasło, które pozwoli mi znaleźć odpowiedź na pytania: Po co ja właściwie to oglądam? Jaka myśli za tym stoi? Co mam wynieść z tego spotkania?
I chyba właśnie chodzi o to, że o nic nie chodzi. Marek Idzikowski bawi się z oczekiwaniami widzów. Dostajemy prostą historię, w której nie ma wielkich zwrotów akcji i głębokich przemyśleń. Najważniejsze nie jest to, co widzimy, ale że widzimy – samo oglądanie staje się sensem, tak samo jak śmiech, rozchodzący się nieustannie po widowni. Czując irytację, wpadłam w pułapkę. Nie wszystko musi być po coś. Nie zawsze trzeba rozdrabniać, analizować i interpretować. Szukać na siłę nowych przemyśleń i rozwiązań. Nie potrzebujemy ciągle złotych rybek. Czasem po prostu miło jest posiedzieć i połowić ryby.
Kiedy już pogodzimy się z tą myślą, możemy zauważyć, że tu jednak o coś chodzi. Poprzez swoją prostą formę spektakl może nawiązywać do wielu wątków, jedynie delikatnie zarysowanych, ale za to bardzo różnorodnych i ciekawych. Historia Igora to opowieść o życiu w małym mieście bez perspektyw i szerzącym się z tego powodu alkoholizmie. Historia aktorów to losy młodych artystów, którzy świeżo po szkole z trudem odnajdują zatrudnienie w profesjonalnych teatrach. Za pomocą najprostszych środków tworzą własne, małe formy, przy okazji parodiując znane sposoby animacji, które wynieśli ze szkoły. Obie historie wpisują się w losy całego pokolenia młodych osób, które z trudem próbują znaleźć miejsce dla siebie. Sama nie jestem dużo młodsza od autorów spektaklu, dlatego też silnie utożsamiłam się z przedstawieniem, a przede wszystkim ze specyficznym humorem.
Nie można nie wspomnieć, że są momenty, kiedy ta konwencja się wyczerpuje. Ciągła próba wywołania śmiechu i niekończące się, oczywiście wyreżyserowane zagubienie aktorów, robi się męczące. Poza tym, wydaje mi się, że jest to opowieść dość hermetyczna. Jezioro złotych ryb, prezentowane na festiwalu, dociera głównie do profesjonalnych widzów i osób związanych z teatrem, dlatego też parodiowanie pewnych technik lalkarskich jest szybko odczytywane przez widownię. Nie wiem, na ile ta konwencja się sprawdzi w przypadku mniej doświadczonych odbiorców.
Na koniec jednak robi się poważnie. Aktorzy odchodzą od jeziora Igora i stojąc w rzędzie śpiewają piosenkę z początku spektaklu, która zostaje gwałtownie przerwana. Artyści, patrząc w dal, zaskoczeni, a ich wzrok podąża za niewidzialnym, poruszającym się czymś. Dopiero wtedy światło gaśnie. Coś się wydarzyło, do końca nie wiemy co. Pod prostą historią kryje się pewien strach. Strach przed przyszłością? Możliwie. Nie wiem. Spektakl Idzikowskiego sprawił, że już niczego nie jestem pewna. Dzięki niemu jako widzka przestałam się czuć w teatrze bezpiecznie. I za to mu serdecznie dziękuję.
Zuzanna Kluszczyńska
Jezioro złotych ryb, reż. Marek Idzikowski,Białostocki Teatr Lalek
[Na zdj, scena ze spektaklu, fot. materiał BTL]
Recenzja powstała podczas warsztatów lalkarskich zorganizowanych przez Klub Krytyki Teatralnej Stowarzyszenia Dziennikarzy RP/ polską sekcję AICTMiędzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Teatralnych (Associ... More, 2022.
