Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Pinkwart na czwartek: Alpinizm lingwistyczny

Image

Budzę się rano i sięgam po leżący koło łóżka telefon. Jak dawniej. Ale nie sprawdzam pogody ani poczty, tylko patrzę, czy wojna trwa, czy Zełeński wciąż żyje i czy Putin nie nacisnął czerwonego guzika. Idę na spacer, słyszę lecące nade mną samoloty i wiem, że to nie są czarterowe wycieczkowce do Bodrum czy na Rodos, tylko maszyny natowskie, pilnujące bezpieczeństwa naszego nieba. Mimo wszystko nie czuję się bezpieczny, wolałbym, żeby nie musiały tu latać, a niebo żeby było nie nasze, tylko wspólne. Wracam ze spaceru. Pod blokiem dzieci bawią się w wojnę. Bzzzzz – udaje rakietę starszak z trzeciego. „Ja jestem Rosja”, woła. Ta-ta-ta-ta – maluch z pierwszego piętra strzela z patyka. „Ja jestem Ukraina”. „Ja jestem Polska” – dziewczynka rzuca śnieżką. „Ja jestem Natem” – woła ośmiolatek z innej klatki. Nie bawią się z nim, bo niczym nie strzela ani nie rzuca. Stoi bezczynnie, z jedną ręką na domofonie.

Wojna trwa, życie biegnie dalej, gdzieniegdzie jakby zwyczajnie. Bo wojna, nie wojna – babcia Janina przy zakopiance w Białym Dunajcu, koło granicy z Poroninem co dzień sprzedaje oscypki. Niby rozmaite konwencje zabraniają używania broni chemicznej i gazów bojowych, ale oscypki idą jak woda.

Ktoś skrytykował mnie ostatnio za użycie w odniesieniu do pewnego polityka terminu mszczacz, którego nie ma w słowniku języka polskiego, a jest natomiast słowo mściciel, którego w tym wypadku jakoby powinienem był użyć. Bynajmniej: w słowie mściciel jest pewien element zdeterminowanej godności, kojarzy się ono nam ze szlachetnym kapitanem Nemo, zatapiającym brytyjskie fregaty w zemście za zabicie jego rodziny i okupowanie jego kraju. W przypadku, opisywanym przede mnie uprzednio, kwestia godności nie wchodzi w grę. Zresztą, użyłem już kiedyś słowa mściciel w tytule: była to mocno krytyczna recenzja sfilmowanej przez Andrzeja Wajdę Zemsty Aleksandra Fredry.

Tyle tytułem wyjaśnień słownikowych. Ale pozostaniemy przy kwestiach językoznawczych. Zacznijmy od Tatr, które widzę z balkonu, czego – jak mniemam – w tym momencie zazdroszczą mi wszyscy Czytelnicy, z wyjątkiem tych, którzy też widzą Tatry ze swoich balkonów, podwórek, a może nawet garaży. Kiedy na Polanie Szaflarskiej, znajdującej się – jak sama nazwa wskazuje – w Nowym Targu budowano pierwszy blok, widziałem ogłoszenie w lokalnej gazecie, pokazujące widok z tego miejsca – był oszałamiający. Całe pasmo Tatr, od najdalszych szczytów Tatr Zachodnich, po dalekie Tatry Bielskie, z imponującym Gerlachem w centrum panoramy… Zazdrościłem wszystkim, którzy mogli rzucić się na tę ofertę i na wyprzódki kupować mieszkania, których największą zaletą był widok z okien. Najgorszą stroną tej lokalizacji było to, że znajdowała się ona w Nowym Targu, gdzie nie tylko nie było i nie ma żadnego ładnego miejsca, ale w dodatku i tych Tatr specjalnie nie widać, bo przez większą część roku jest tu istny Mordor – mgły, bagniska i miejskie ambicje wśród wiejskich kompleksów. Po jakimś czasie w tej samej gazecie zobaczyłem kolejne ogłoszenie deweloperskie, z tą samą reklamą: najpiękniejszy widok na Tatry. Ale był to blok, stawiany tuż przed poprzednim blokiem z najpiękniejszym widokiem na Tatry. Teraz mieszkańcy tamtego bloku mieli już tylko widok na blok z widokiem na Tatry. Dziś na Polanie Szaflarskiej stoi już wiele bloków i każdy był reklamowany jako ten z najpiękniejszym widokiem na Tatry.

Kiedy w XIX wieku ludzie zaczęli Tatry nie tylko oglądać, ale i zwiedzać – każdego nazywano taternikiem, choćby jego wycieczka ograniczała się tylko do Doliny za Bramką, albo nawet do wejścia na Gubałówkę, która z Tatrami ma tylko tyle wspólnego, że z niektórych jej miejsc, nie przesłoniętych jeszcze straganami z pamiątkami, widać Tatry. Z czasem słowo „taternik” zaczęło być wypierane przez bardziej eleganckie i internacjonalne określenie „turysta”. Dziś taternik to arystokracja, turysta to szlachta, reszta to sakramenckie cepry. Ale kiedy w 1903 roku powstawała pierwsza na ziemiach polskich organizacja, zrzeszająca ludzi wspinających się po górach, otrzymała ona nazwę Sekcja Turystyczna Towarzystwa Tatrzańskiego. Z czasem weszła ona w skład Klubu Wysokogórskiego, a od 1974 roku organizacje polskich wspinaczy zrzesza Polski Związek Alpinizmu. Alpinizm bowiem to taternictwo uprawiane głównie w Alpach, ale nie tylko: początkowo alpinizm uprawiało się oczywiście tylko w Alpach, potem we wszystkich górach z rzeźbą alpejską, obecnie zaś w myśl polskich regulacji prawnych alpinizm obejmuje każdy rodzaj wspinaczki: w Alpach, w Tatrach i, powiedzmy, w Pamirze, w górę i w dół (alpinizm jaskiniowy), na skałkach w Mnikowie, na ściankach wspinaczkowych w szkołach i koło domów kultury. Alpinizmem jest także narciarstwo wysokogórskie w rejonie, z przeproszeniem, Czerwonych Wierchów.

Alpinistami czasem nazywa się ludzi wspinających się w Himalajach, ale im jest ich tam więcej, tym częściej używa się określenia himalaista, przy czym też nie ma lekko: himalaizm to każda wspinaczka uprawiana w górach powyżej 7000 m n.p.m.: poza Himalajami są to m.in. Karakorum, Pamir, Hindukusz czy Tien-szan. W Himalajach można wspinać się w rozmaitym stylu, ale najwyżej ceni się styl alpejski, bez zakładania baz pośrednich. Stosuje się go także w innych górach wysokich, ale na przykład na Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki, wchodzą nie alpiniści, nawet nie taternicy, a już na pewno nie kilimandżaryści, tylko trekkingowcy. Andyniści to alpiniści, wspinający się w Andach, ale też naukowcy, zajmujący się przyrodą i kulturą w Andach, a także historią andynizmu. Góry Ameryki Południowej są w pewien sposób uprzywilejowane, jako że Rocky Mountains, czyli Góry Skaliste w Ameryce Północnej nie mają nomenklaturowo własnych wspinaczy i działają tam alpiniści, albo górołazi, mountaineers. Notabene, podobnego słowa używają Słowacy na określenie wspinaczy wysokogórskich, zarówno taterników, jak i alpinistów czy himalaistów: horolezec.

Być może, poszukiwanie odpowiedniej nazwy dla osób wspinających się na Turbacz czy Babią Górę jest dążeniem do jakiegoś lokalnego separatyzmu; jednak nie można przejść obojętnie nad brakiem odpowiedniego określenia dla tych osób, które w pocie czoła wspinają się na szczyty i turnie Karkonoszy, Słowackiego Raju czy klify norweskich fiordów. W zasadzie największą przyszłość wróżę słowu fiordyzm. Ale na przykład wspinanie się po zewnętrznej ścianie hotelu Mariott w Warszawie, podejmowane od 1998 roku, nie powinno być nazywane alpinizmem ściennym ani mariotyzmem, tylko idiotyzmem, leczonym przez terapię zajęciową.

Wróćmy na zakopiankę, która na długo przed putinowską wojną, a nawet przed zapanowaniem nad Polską przez ludzi PiS-u była dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji. Ileż to miłych chwil spędziłem, opisując korki przed tęczowym mostem w Białym Dunajcu w czasach, gdy słowo „tęczowy” odnosiło się tylko do koloru lub – jak w tym wypadku – do kształtu, a nie do upodobań erotycznych… Mnóstwo ciekawych skojarzeń zawsze dostarczały mi reklamy podgórskie, skoncentrowane w okolicach Zakopanego. To rzecz jasna publicystyka gorszego sortu, ale w sumie jaka może być moim udziałem, jeśli sam należę do gorszego sortu? W Poroninie widzę wielką tablicę, zapraszającą do odwiedzenia czegoś, co nazywane jest tatrzańskim zoo. Na bilbordzie prezentują się portrety trzech – jak mniemam – lokatorów owego zoo. Są to kangur, paw i lama. Tatrzańskie, rzecz jasna. Może nawet taternickie?

Wojna – nie wojna, serki babci Janiny cieszą się zasłużonym powodzeniem. Co i raz na poboczu zatrzymują się samochody, wyjeżdżający z Zakopanego goście zaopatrują się w tę praktyczną pamiątkę z Tatr, które jak wiadomo są najważniejszym symbolem polskim, a nawet poniekąd światowym. Symbolem symbolu jest oscypek. Symbolem oscypka jest babcia Janina. To co tu napisałem, rzecz jasna, nie spodoba się konkurentom babci Janiny – a w samym Białym Dunajcu są, poza jej budką, jeszcze trzy inne punkty sprzedaży serków, miodów, wypchanych baranków i krowich skalpów. Babcia Janina ma kramik najmniejszy, ale to o niej mówi się najwięcej, bo jest jedyna, niezłomna, wodoodporna, mrozoodporna i spalinoodporna. Poza tym zupełnie nie przejmuje się konkurencją, która z nią walczy, zwłaszcza że siedzi do niej tyłem. Obyśmy mogli przyglądać się tylko takim walkom.

Maciej Pinkwart, 10 marca 2022

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.