Image

Pinkwart na czwartek: Mąćraź

Przeklęta pandemia koronawirusa przewartościowała mnóstwo spraw i znieczuliła nas na rzeczy, których byśmy przedtem nie tolerowali. Doskonale widocznym przykładem jest wymuszone przez tzw. społeczny dystans rozmawianie w studio telewizyjnym za pośrednictwem łączy internetowych, byle jakiej kamery laptopowej i mikrofonu fatalnej jakości. Świszcze, zgrzypi, szuści, widać niezbyt wyraźnie, no ale w sumie i tak wiemy o co chodzi. Kiedy redaktor Olejnik rozmawia (kiepskie słowo, ale nie ma czegoś pośredniego między mówi, słucha i nie mówi i nie słucha) z Izabelą Leszczyną z PO i Arturem Soboniem z PiS-u, to wiadomo co powie każdy z uczestników tego dialogu głuchych i jakie stanowisko będzie reprezentować. Mało – jeśli ktoś tego słucha, to znaczy, że włączył TVN24, a jeśli tak, to wiceminister Soboń może nawet recytować Pana Tadeusza, a i tak każdy widz powie, że kłamie. Niestety, wiceminister nie kłamie Mickiewiczem, tylko sunie Kaczyńskim, na co nie pomaga nawet fatalna jakość odsłuchu. Wydawałoby się, że każdy z rozmówców teleokienka jest intelektualistą co najmniej na miarę Karola Estreichera czy Jerzego Giedroycia, bo za nim w tle zawsze jest kolosalna biblioteka z bardziej czy mniej starannie poukładanymi książkami. Jeśli w domu nie ma książek, co się zdarza nie tylko posłom i ministrom, to przynajmniej pożycza od sekretarki kilkanaście katalogów i skoroszytów i ustawia z nich kupkę, na „przypadkowo” stojącym z tyłu stoliku.

Zapewne mgła kowidowa powoduje, że nie zwracamy uwagi na błędy merytoryczne, powtórzenia tematów, o których relacje wzajemnie sobie zaprzeczają, akceptujemy ucieczki przed trudnymi pytaniami (nasza konferencja poświęcona jest czemuś innemu), powielamy chamstwo wicemarszałków Sejmu i członków Trybunału Konstytucyjnego czy sobiepaństwo polityków, stwierdzających bez żenady, że działając dla Polek i Polaków działają dla siebie, bo przecież i oni są Polkami i Polakami. Ów polko-i-polakizm będący kwintesencją pseudopatriotycznej nowomowy pisowskiej działa na mnie tak, jak wiersze Nerona na Petroniusza. Pięknie to skwitował Henryk Sawka na rysunku, przedstawiającym konturową mapę Europy, z zaznaczonymi obszarami poszczególnych krajów, zamieszkałych przez swoich obywateli. We Francji mieszkają Francuzi, w Niemczech – Niemcy, w Austrii – Austriacy, w Rosji – Rosjanie itd. Ale w Polsce mieszkają Polki i Polacy. Wrrr.

Oczywiście, każdy ma prawo do własnych opinii i do ich wygłaszania. Ale jeszcze mnie ociupinkę dziwi, kiedy tego samego dnia, w odstępie kilku minut dostaję dwie wiadomości z newsroomu dwóch różnych stacji radiowych. Headline z Radia Zet: Liczba zakażeń gwałtownie rośnie (21 kwietnia, godz. 10.38). Headline z RMF: Duży spadek zakażeń koronawirusem. (21 kwietnia, godz. 10.44). I co? I nic.

Składnia i gramatyka polska, mimo bezustannej frazeologii patriotycznej jest u Polek i Polaków, zwłaszcza tych pokazywanych w telewizji, w ciągłym odwrocie. Ja oczywiście wiem, że hiperpoprawność językowa nie idzie w parze z rzetelnością i aprobatą społeczną, czego dobrym przykładem było dwóch kolejnych prezydentów III RP – superpoprawny generał Wojciech Jaruzelski (ja wiem, że dla wielu osób ten pan nie tylko nie był prezydentem, ale zgoła w ogóle poza więzienną celą i gabinetem w KGB nigdy nie istniał) i elektryk Lech Wałęsa, którego język polski był, delikatnie mówiąc, dość nowatorski. Wiem też, że bylejakość językowa, kompletne lekceważenie reguł i mówienie wyłącznie kontekstowe nie pojawiło się dopiero razem z wirusem Covid-19, nawet nie wraz z PiS-em 2015. W jednej z moich ulubionych stacji radiowych jedna z moich ulubionych dziennikarek relacjonując prognozę pogody stale podaje temperaturę w stopniach Celcjusza, interlokutor dziennikarki w telewizji opowiada, że w każdym mąćrazie jest już lepiej, najwyższy urzędnik państwa zapowiada, że coś tam odbędzie się za półtorej roku… Ta półtora, tej półtorej… I tak nie najgorzej, niekiedy słyszy się, że ktoś wypił półtory litry wódki. Jedna Tora, dwie Tory i jeszcze pół Tory. Tora, Tora, Tora! Już prawie nikt nie mówi, że chciałby zabrać głos odnośnie do ostatniego punktu, tylko odnośnie ostatniego punktu, zresztą w ogóle ten zwrot, nawet w wersji prawidłowej jest przestarzałym rusycyzmem. Niechluje językowi coraz częściej, niestety, mówią i nawet piszą błędnie daty, utrzymując, że dziś jest dwudziesty maj, a nie dwudziesty maja, jak byłoby prawidłowo. Mój dwudziesty maj mogłaby tylko napisać dwudziestolatka, ale one i tak zwykle nie piszą, tylko fotografują kartkę z kalendarza i zamieszczają na Instagramie, gdzie starają się zostać kolejną gwiazdą na firmamencie sieciowym. Z tym, że najczęściej nie jest to firmament, tylko firnament. Firnament to zapewne coś związanego z pewną odmianą śniegu, nazywaną firnem. Każdy dziennikarz sportowy o narciarzu zjeżdżającym po stoku powie, że narciarz ten szusuje, nawet gdy kręci, jak polityk PiS-u w programie Moniki Olejnik. Szus to jazda na krechę, prosto w dół. A każda telewizyjna pogodynka mówiąc o zalegającym w Tatrach śniegu powie, że jest to puch, choćby leżał już na stoku trzy miesiące. Oczywiście, Dorocie Gardias darujemy to bez mrugnięcia okiem, nawet tego nie zauważymy, podziwiając ją i jej pogodę ducha. Co do gwiazd, to ani być gwiazdą, ani opisywać gwiazd nie umiemy: jeden z portali internetowych zastanawia się kogo żoną jest jedna z aktorek, pewno dzieci tej aktorki wiedzą, że w tym przypadku trzeba by powiedzieć czyją żoną jest ta pani. Inni dziennikarze zachwycają się areodynamicznym kształtem samochodu, podczas gdy może on być co najwyżej aerodynamiczny: aero to coś związane z powietrzem, zaś areo – z cieczą. W swych kłótniach politycy i dziennikarze zwykle spierają się o tezy oparte o twierdzenia przywódców albo głos ludu, ale powinni swe wypowiedzi opierać na znajomości języka, tylko w razie kłopotów z równowagą opierać się o płot. Pandemia jest, podobno, w odwrocie – tak przynajmniej według stanu na dzień dzisiejszy twierdzi jakiś minister, szkoda że nie wiadomo jak będzie na dzień jutrzejszy, albo w innej perspektywie, czyli, jak to się teraz mówi za godzinę czasu lub w dłuższym okresie czasu. Okres to pojęcie wieloznaczne, ale godzina raczej odnosi się tylko do czasu. A zamiast dnia dzisiejszego wystarczyło by dziś, ale to słowo tak krótkie, że kończy się niemal w tej samej chwili, co się zaczyna – doświadczam tego od wielu lat, w ostatnich czasach coraz częściej.

Pandemia nie pandemia, dla wielu osób najważniejszym punktem odniesienia jest Zakopane i góralszczyzna. W cepersko-pseudogóralskich odniesieniach ekonomicznych wciąż królują dutki, ale żaden dutek nie wie, że owe góralskie pieniądze to pochodna jeszcze z XIX w., kiedy to dudkiem (a nie dutkiem) nazywano austriacką monetę dwucentową. Wybierają się owi językoznawcy na spacer na Rówień Krupową, sądząc że tak jest bardziej po góralsku, w co już nawet – podobnie jak w dutki – uwierzyli sami górale, którzy jeszcze w szkole uczą się rozróżniać równię pochyłą i Rówień Krupową, ale wciąż używają słowa kobza zamiast słowa koza, oznaczającego instrument znany także jako dudy. Oczywiście, lepiej jest dmuchać w kobzę niż w kozę, dmuchanie w dudę w ogóle nie powinno wchodzić w, nomen-omen, grę, ale tak naprawdę kobza to strunowy instrument bałkański. Wiem, że szanowni Czytelnicy mogą mnie zasypać milionem przykładów opisów kobziarza Mroza, kobziarzy szkockich i tp., ale powszechność błędu nie czyni zeń poprawności.

Ten mąćraź jaki słyszymy w zdaniu, które naprawdę brzmi w każdym bądź razie to efekt upodobnienie międzywyrazowego: m i b artykułowane są blisko, a wymawiane podobnie, tylko m ma tzw. artykulację nosową. W słowie dutki następuje upodobnienie wewnątrzwyrazowe, a dokładniej – ubezdźwięcznienie: łatwiej jest wymówić dwie sąsiadujące spółgłoski, jeśli obie są dźwięczne lub obie bezdźwięczne. A więc łatwiej dutki niż dudki. Jednak łatwiej, to nie zawsze znaczy lepiej. Słyszał kiedy kto o tym, żeby coś kosztowało mniej niż jeden dutek?

Ciekawą formą bezmyślności i bylejakości językowej jest pseudopoprawność językowa, wynikająca na ogół z niewiedzy. W jednej z ostatnio wydanych książek przeczytałem, że w Zakopanem ktoś mieszkał w Stamarach, w dawniejszych czasach milicjanci mówili, że ich komenda mieści się na Kościuszkach, zaś sam słyszałem stosunkowo niedawno, jak ktoś ze znajomych mówił, iż jego dziecko chodziło do przedszkola na Sabałach. Wszystko to są efekty tego, że nazwy Stamary, Kościuszki i Sabały mają gramatycznie formę pierwszej osoby liczby mnogiej rodzaju żeńskiego. A że nie było czegoś takiego, jak ta Stamara, ta Kościuszka, czy ta Sabała? Nieważne, tylu istotniejszych rzeczy nie było i nie ma…

W każdym mąćrazie dla Polek i Polaków ważniejsze są pochodzące z Unii Europejskiej dudki, niż polska poprawność językowa. Tą co najwyżej zajmować się będzie jakiś parszywy salon pseudoelity, bo prawdziwi patrioci wiedzą, że Polki i Polacy kochają władzę, jeśli ta dzieli się z nimi pieniędzmi, których nie zabiorą nam ani Sowieci, ani spadkobiercy dziadków z Wermachtu, ani Holender Frans Timmermans czy Vera Jurova, niby Czeszka, ale wiadomo, że oboje to antypolskie komuchy, lewaki, być może nawet żydowscy faszystowscy islamiści, którzy dybią na nasze 720 miliardów, z których nie oddamy im ani guzika. W każdym mąćrazie tak planujemy na dzień dzisiejszy.

Maciej Pinkwart, 20 maja 2021

Leave a Reply