Pinkwart na Nowy Rok: Nadzieje 21

Pewien pan, który w opinii swoich akolitów rządzi Polską, wyznał w życzeniach świątecznych, iż wierzy, że w przyszłym roku ta zaraza się skończy. Podobno jest dobrym strategiem i zapewne zna się na polityce. Ale nie wiem, czy na czymkolwiek poza tym. Na przykład na zaimkach wskazujących. „Ta” oznacza coś bliskiego, powiedziałbym – familiarnego. Na coś, od czego się dystansujemy, czego nie lubimy, powiedzielibyśmy „tamta”. Więc podzielam wiarę tego pana i mam nadzieję, że tamta zaraza się skończy. Oczywiście, wierzę też, że skończy się covid-19 i nie będzie to polegało na zmianie jego nazwy na covid-20. To też nie byłaby dobra zmiana.

Jeśli uda mi się przed 19-tą – czyli przed godziną policyjną, której nie będzie, ale będzie zakaz poruszania się – dotrzeć do miejsca, gdzie mam zachomikowanego szampana – to chciałbym wznieść toast dziękczynny za tę całą wesołość, jakiej dostarczyły nam wszystkim minione miesiące. Naturalnie było tragicznie i tak dalej, ale trochę jak w ruskim porzekadle: i smieszno, i straszno i niekamu w mordu nabit’. Mam nadzieję, że w przyszłym roku nam będzie tylko smieszno, a ci, którym należy się trzecia część powyższej frazy, jeśli nie zostaną nawet potraktowani zgodnie z nią, to będzie im przynajmniej straszno.

Oczywiście, trzeba dużej dozy specyficznego, trochę anglosaskiego poczucia humoru, żeby śmiać się z tego, czego doświadczyliśmy w naszym narodowym cyrku, w którym klauni wykonywali woltyżerkę, a żonglerzy zajmowali się księgowością. Jednak scenariusz był wart Oskara: zwroty akcji zdarzały się co chwilę i jak już, już biegliśmy jak entomolog ze szpilką w kierunku zataczającego się od eteru motyla, to okazywało się, że właśnie nadlatuje następny okaz i o tym poprzednim zapominamy. Bez metafor: władze oksymoronicznej partii rządzącej dostałyby Nobla, gdyby był on przyznawany w dziedzinie ogłupiania rządzonych: na całym świecie w polityce zdarzają się wpadki, obciachy, błędne decyzje, głupoty i afery. I na całym świecie politycy się tłumaczą, przepraszają, zacierają ślady, kłamią, że to nie ich ręka na piersi przyjaciółki żony, składają dymisje i wykonują inne takie żenujące spektakle. Dziennikarze o tym piszą, nakłady gazet wzrastają, w końcu wkracza prokurator, więc prezydent Nixon podaje się do dymisji przed końcem kadencji. I głupio robi. U nas nikt się nie tłumaczy, nie przeprasza, nie zaciera śladów, a jeśli nawet kłamie, to nie zwracamy na to uwagi, bo to u nas stan chroniczny: o jednym z czołowych polityków polskich mówi się, że jeśli występuje publicznie, to albo kłamie, albo nie mówi prawdy, w najlepszym wypadku się myli, a nigdy nie rozumie tego, co mówi. Nie, u nas wymyślono inny patent: zamiast sprzątać stary bałagan, robi się nowy, dzisiejsza afera przykrywa wczorajszą, a sama zostanie przykryta przez jutrzejszą. We współczesnej Polsce nikt nie złożyłby dymisji po aferze Watergate, tylko zorganizowałby aferę Snowgate, Raingate, Windgate i tak dalej do końca kadencji. Dziennikarze dostawaliby zadyszki wymyślając co dzień nowe nagłówki i nie zajmując się starymi, a ministerialny prokurator wysyłałby służby do mieszkania nastolatka, który opublikował post na Facebooku o spotkaniu towarzyskim z piorunkiem albo do balkonu, który się przyozdobił tęczową flagą. A każda kolejna afera władzy wywoływałaby entuzjazm jej popleczników, wołających: brawo, nasi górą! Ale im dołożyli! Im – to znaczy: nie im. Nie nam. Tylko nam. Znów kłopoty z zaimkami.

Znamy parę nadziei. Jedna była żoną Lenina i zapewne jest już nieaktualna. Druga wciąż jest matką głupich i oby nie była to matka-Polka. Jest jeszcze nadzieja, o której śpiewa Paul McCartney: hope of deliverence from the darkness that surrounds us, nadzieja na uwolnienie od ciemności, która nas otacza. Bo przecież nie wystarcza wyrażać nadziei, że przyszły rok uwolni nas od Jarosława Kaczyńskiego. Że w nadchodzących miesiącach władza PiS upadnie. To za mało, jak na nasze potrzeby. Musimy mieć nadzieję, że ciemność opuści tych, którzy dostali darmowe bilety płatnicze, siedzą przed ekranami narodowego cyrku i klaszczą, gdy klauni potykają się o własne spodnie, kopią się – i nas przy okazji – po tyłkach i przewracają w błocie areny. Śmiejecie się… Wiecie przecież, z kogo się śmiejecie. Aha, nie wiecie? Gogol zdekomunizowany?

No właśnie. Dobrze by było, żeby rozgonić te tumaniące ludzi chmury kadzidła i przejrzeć na oczy. Trzeba mieć wiarę i nadzieję, że rozpoczynający się nowy rok pomoże tego dokonać. Dopiero wtedy, gdy się już ten cyrk posprząta, będzie nadzieja, że do wiary dołączy miłość.

Maciej Pinkwart

Leave a Reply