W pierwszym wydaniu rubryki teatralnej portalu pisarze.pl Tomasz Miłkowski zwraca uwagę na pozornie „skromne” zdarzenie. Bo oto w Teatrze Narodowym, w tunelu technicznym między sceną główną i magazynami odbyło się 5 kwietnia dwusetne (!) przedstawienie Duszczyczki Tadeusza Różewicza w inscenizacji Jerzego Grzegorzewskiego:
W tej nietypowej przestrzeni widzów mieści się tutaj zaledwie czterdziestu. Fenomen tego przedstawienia polega jednak na tym, że grane jest w niezmienionej obsadzie od 15 lat. I nawet przy tak ograniczonej warunkami pojemności widowni przez te lata obejrzało Duszyczkę około ośmiu tysięcy widzów. Co więcej, jest to już ostatnie z dokonań teatralnych Grzegorzewskiego, które można wciąż oglądać na żywo.
Już to samo zasługuje na szacunek – Jan Englert, dyrektor Teatrudawniej (por.) anterprener, organizator pracy artystycznej z... More Narodowego, trwając przy tym tytule daje wyraz nie tylko swojego szacunku dla poprzednika, ale dowód artystycznej dzielności – zachować w tak doskonalej kondycji ten spektakl bez pomocy reżysera (Grzegorzewski zmarł w roku 2005) to nie lada sztuka. Oglądałem to przedstawienie po wielu latach, ostatni raz widziałem Duszyczkę podczas premiery, która inaugurowała przegląd twórczości artysty Planeta Grzegorzewski – wtedy jeszcze na afiszu Teatru Narodowego znajdowało się wiele inscenizacji wybitnego reżysera. Dzisiaj pozostała już tylko Duszyczka – warto się więc pospieszyć, bo Jan Englert zapowiedział, że będą grali Duszyczkę dopóty, dopóki będzie w stanie nosić na rękach Magdalenę Warzechę (to jedna ze scen w tym spektaklu).
Korzystam zatem z okazji, aby przypomnieć moją – już historyczną – recenzję po premierze Duszyczki (z roku 2004). Dopisać do niej tylko muszę, że nie zwróciłem wtedy uwagi na filmowy nawias spektaklu, bardziej zafascynowany wówczas magią miejsca i poezją Różewicza. Grzegorzewski jednak, jak to miał w zwyczaju, nadpisał nad tekstem scenariusza dodatkowy nawias czy klamrę – całość bowiem została umieszczona w rygorach planu filmowego – jeżdżący wózek jak z operatorem, światłomierz, stary model kasety z taśma filmową, zdjęcia próbne, ekran, „duble” sytuacji scenicznych – słowem cala rekwizytornia planu filmowego z rozrzuconymi kostiumami, pozostałościami już niepotrzebnych przedmiotów. Filmowy obrys Duszyczki nie jest tu tylko zabiegiem formalnym, ale nawiązaniem do wysiłku odtwarzania przeszłości. Z tym przecież zmaga się bohater, pytając: „Jak to się stało”, z całej swojej przyszłości wspominając jakieś zlepki, strzępy, chwile erotycznych fascynacji o seksistowskim zabarwieniu, ale zaraz wziętych w ironiczny nawias („To nie ja/ to moje ciało”).
Z archiwum:
Animula biedula
Tego jeszcze nie było. Pierwszy raz polski teatr dał przegląd twórczości jednego reżysera. Specjalnie na tę okazję odświeżone zostały spektakle, które już schodziły lub zeszły z afisza. Odbyły się także prapremiera nowego widowiska, pokaz filmu i panel. Wydarzenie bez precedensu i bodaj zarezerwowane tylko na ten jedyny raz: Planeta Grzegorzewski. Bo też jedyny, samoswój, odmienny, niepokojący i tajemniczy jest teatr Jerzego Grzegorzewskiego, do którego – jak sam o sobie mawia – stary reżyser dopisał nowe przedstawienie: Duszyczkę według Tadeusza Różewicza.
1. Lektura.
Grzegorzewski czyta na scenie. Właśnie: czyta, a nie – o czym rozprawiano bardzo głośno – pisze. Często wyznaje, że woli czytać, niż reżyserować. Każdym niemal przedstawieniem „ostatecznie” żegna się z teatrem, który coraz bardziej mu nie wystarcza, który drażni go niedoskonałością, a zarazem ciągle kusi. Ostatnie spektakle, ale i wiele wcześniejszych, to ucieczka od klasycznego teatru dramatycznego, ucieczka od dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More w stronę interpretacji i czytania, w stronę eseju i rozbioru, w stronę testamentu-wyznania: Morze i zwierciadło wg poematu Audena, Hamlet wg eseju Wyspiańskiego, teraz Duszyczka wg poematów Różewicza. Pożegnania i dopiski na marginesie, błyskotliwe uwagi o świecie i sztuce, nieustanne badanie, czy sztuka może dzisiaj coś znaczyć, przesłania artysty, rozrachunki inteligenckie. Taka też jest Duszyczka, spektakl o ulotności, przemijaniu, o sile doznań zmysłowych i łaknieniu metafizyki.
2. Nocne czuwanie.
Zbieramy się późnym wieczorem w holu Teatru Narodowego. Duszyczka grana jest o 21.00, wtedy, kiedy zazwyczaj teatry kończą przedstawienia. W holu pustawo – na widowni w podziemiu Teatru Narodowego mieści się zaledwie 40 osób, przestrzeń, w której rozegra się spektakl to podziemny łącznik między Teatrem Narodowym a jego sceną na Wierzbowej. Tędy przemieszcza się z magazynów kostiumy i dekoracje. Wśród widzów atmosfera konspiracyjnego zebrania. Ta garstka widzów-wybrańców nie czeka na dzwonek, ale na przewodnika. Okazuje się nim sam Mistrz. Grzegorzewski prowadzi widzów bocznymi drzwiami z szatni na zaplecze, którego używa zespół teatru. Z drugiego holu przy wejściu służbowym schodzimy w dół, do łącznika. Mijamy po drodze dziwne przedmioty, na wpół wbitą kulę, potem jakby dopiero odkryte stare freski, które uniknęły zagłady, pomalowane w jaskrawe kolory ściany korytarza. Siadamy wzdłuż ściany tunelu – widownia w Hadesie, zebrana na nocne czuwanie. Bo tędy będą przepływać-przechodzić dusze potępione, a może zbawione, bo za chwilę rozpocznie się wędrówka przez dzieje, krajobrazy, wspomnienia – wielki, w klimacie bardzo joyce’owski monolog wewnętrzny (choć na wiele głosów rozpisany) inteligenta, który oglądając się za siebie szuka punktów oparcia.
3. Fragmenty.
„Cała twórczość Różewicza to dzieje współczesnej skarlałej, schorowanej, zbłąkanej duszyczki” (Tadeusz Drewnowski). Parafrazując tę trafną uwagę krytyka, można powiedzieć, że cała twórczość Grzegorzewskiego traktuje o przedziwnych przygodach zbłąkanej duszyczki, animuli biduli. Artysta próbuje odnaleźć w strzępach, fragmentach, odpadach, odrzuconych przedmiotach (stąd bodaj jego upodobanie do „dziwnych”, zapomnianych przedmiotów, odnajdowanych na wysypiskach cywilizacji) prawdę o świecie, wydrzeć z nich tajemnicę istnienia. Duchowa więź Grzegorzewskiego z Różewiczem właśnie na tym polega – na odczuwaniu fragmentaryczności świata i jednocześnie na ciągle podejmowanych prób scalenia, ze świadomością bez mała syzyfowego charakteru tych usiłowań.
4. Do źródeł.
Spektakl odwołuje się nie tylko do Duszyczki, ale także poematu Et Arcadia ego. Nie przypadkiem. Grzegorzewski za Różewiczem wędruje do pępka cywilizacji śródziemnomorskiej, do Italii, i jak on nicuje wielki mit, pokpiwa z niepoliczonych frazesów, ukazuje drugą twarz mitycznych miejsc, ich prozaiczny wygląd i płaską codzienność. Ale przecież, mimo ogromnej ironii i humoru, z jakimi portretuje Włochy, unieważniając ich chwałę i sławę, na koniec odzywa się z pokorą:
Nie wstydzę się
płakałem w tym kraju
piękno dotknęło mnie
Wielka siła wyrazu, z jaką wędrowiec – Jan Englert wypowiada te słowa przywraca zachwianą hierarchię świata. Choćby na moment, ale i to się liczy. Tylko poezja i sztuka są zdolne dzisiaj stwarzać takie chwile osobliwe.
4. Humor.
Nie ma Różewicza bez jego poczucia humoru, nie ma Grzegorzewskiego bez jego przewrotnego humoru. Czasem postępuje jak psotnik, który chce rozdrażnić publiczność: wprowadza wysoki ton, aby po chwili rozbić w pył taką wydmuszkę chwili. Nienawidzi patosu, fałszu, wielkich słów. Tropi udanie, ale lubi udawać, przebierać się w operetkowe, szmirowate fatałaszki, aby za moment to udawanie zdekonspirować i skompromitować. Wtedy popatruje po widzach, czy wywarł odpowiednie wrażenie. Takich chwil w Duszyczce jest wiele. Aktorzy, pracujący z nim od lat, ale także ci od niedawna poznający jego teatr, mają doskonały słuch na jego typ humoru, potrafią pokazać dwuznaczność sytuacji, wywrócić na nice całą scenę, aby ukazać jej drugie dno:
pan też udaje don Kichota
te wiatraki bez skrzydeł
to zwykłe szalety…
Ironia spektaklu sięga apogeum, kiedy aktorzy śpiewnie melorecytują fragment Arcadii:
a jeśli tego miasta nie ma za ścianą
jeśli go tam nie ma
Genialnie wydobyty motyw z poematu Różewicza buduje klimat metafizycznej trwogi i komediowej podszewki codzienności.
5. Pożegnanie.
Żegnanie się artysty ze światem. Obol wypłacany Charonowi na ostatnią drogę. Grzegorzewski zapowiada rozstanie z teatrem. Nie chcę w to wierzyć. Ale jeśli nawet to pożegnanie, to bez grobowych fanfar i przemówień. Zwiewne i pełne humoru, łagodnej melancholii. Nie chcę jednak wierzyć, że już w żadnym nowym przedstawieniu Grzegorzewskiego nie zobaczę Anny Chodakowskiej, mówiącej jak w natchnieniu, z przejmującym akcentem, z odrobiną szaleństwa wsysającą widza w świat pytań głównych: kim jestem, gdzie jestem, co za mną, co przede mną? Z tymi pytaniami zmaga się Jan Englert jako R., a towarzyszą mu w tym (oprócz Chodakowskiej) Beata Fudalej, Magdalena Warzecha, Anna Gryszkówna, Anna Ułas i Waldemar Kownacki. Razem tworzą wielogłosowy monolog o biednej duszyczce, o czymś niepochwytnym, a jednak tak bardzo wyrazistym, co stanowi o człowieku. Tworzą wielkie skromne przedstawienie:
to przecież moja ręka dłoń czy nie czujesz jaka ona jest wdzięczna za to że jesteś.
Tomasz Miłkowski
—————————————-
DUSZYCZKA Tadeusza Różewicza, adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... More sceniczna, reżyseria, scenografia – Jerzy
Grzegorzewski, kostiumy Barbara Hanicka, muzyka Stanisław Radwan, światło Mirosław Poznański, realizacja fresków Robert Sarlej, prapremiera w Teatrze Narodowym, pod Wierzbową, 30 stycznia 2004 roku.
