Z fotela Łukasza Maciejewskiego TYLKO STRACH

„PODOPIECZNI” w Starym Teatrze:

Minął tydzień od premiery „Podopiecznych” w Starym Teatrze. Tydzień mija, ale sceny wcale nie mijają. Odłożyły się w pamięci, jak spam. Są gdzieś tam, głęboko. Strach je uaktywniać.

Pisanie o spektaklu Miśkiewicza jest dla mnie w jakimś sensie przyznaniem się do autokompromitacji. W tym przypadku odpadają bowiem tak zwane narzędzia recenzenckie. Wszystko, cały aparat pojęciowy, hasła i nawyki, trzeba odstawić na bok. By stanąć twarzą w twarz z „Podopiecznymi” trzeba odświeżyć rudymenty dawno zapomnianej naturalności, czegoś być może naiwnego, ale prawdziwego, własnego: wrócić do przedstawienia bez balastu teorii i ideologii, samymi emocjami.

 

Spektakl, pamiętam, umęczył mnie i wykończył, i to wcale nie było dobre zmęczenie. Nie czułem się z nim dobrze. Nie potrafiłbym powiedzieć na pewno, czy to, co widziałem, było dobre, czy może złe. Nie wiem, jestem bezradny i otwarcie przyznaję się do tego. Z pewnością uwierał mnie tekst Jelinek, paradoksalnie najsłabsza część przedstawienia. To co Jelinek myśli na temat uchodźców to tylko błyskotliwa demagogia, jednak w „Starym” słabe albo żałosne kadencje austriackiej noblistki wybrzmiały z nieoczekiwaną siłą. Sukces przez zaprzeczenie, przez zneutralizowanie ideologicznie nośnych haseł.

Patrzyłem na aktorów „Starego” i im nie wierzyłam. Kłamali zarówno wtedy, kiedy stawali się postaciami uchodźców, imigrantów podpatrzonych przez Jelinek w czasie okupacji kościoła Votivkirche w 2012 roku, jak i wtedy, gdy tworzyli zdystansowaną oprawę wobec swoich wyperfumowanych katów, czyli czytających ze wzruszeniem pierdoły Jelinek spaślaków ze starej, popsutej i kończącej się właśnie Europy. Kłamstwo zwielokrotnione zaczyna być jednak prawdą. Zaczyna boleć jak prawda, bo przecież najdalej po dwóch kwadransach można się zorientować, że Zawadzki, Grochal, Bielenia czy Globisz nie są aktorami którzy udają uchodźców, tylko wątpiącymi, szukającymi rozwiązania i nie znajdującymi go artystami. Znak zapytania jako manifest bezradności. Kogo dzisiaj w teatrze stać na taką brawurę? Obnażyć bezradność, pokazać, że niczego się nie wie, ale również i to, że teatr jest przekaźnikiem w formułowaniu pytań. Powinien uwierać, powinien boleć, czasami musi zmęczyć.

Wybitnie pomyślana przestrzeń sceniczna Barbary Hanickiej to bardzo mała apokalipsa. Bardziej z kina Gaspara Noé niż z Konwickiego. Uchodźcy skądś przybywają, jest woda przypominająca rynsztok, mają niedbale zarzucone kamizelki, taplają się w kałuży i w sosie własnych słów. Bełkocą, proszą, drażnią. Jeżeli nawet ktoś chciałby powiedzieć coś serio, jego słowa zostaną przykryte atrakcyjnym skowytem roznamiętnionego szaleńca (Bartosz Bielenia) czy ironią postaci granych przez Martę Nieradkiewicz i Jaśminę Polak. Miśkiewicz łączy Jelinek z Deą Loher, wraca do własnej teatralnej przeszłości, wkoponowując fragmenty „Niewiny” ze „Starego” z 2004 roku (znowu nie mogłem oderwać wzroku od Ewy Kaim). Konkluzja jest zaś w tym samym stopniu drażniąca, co niepokorna. Ten wspaniale zainscenizowany i zagrany spektakl, wywołuje przede wszystkim strach. Uzmysławia że wszystko naprawdę się zmieniło i nie ma już powrotu do Mamusi.

Stara Europa jako znak bezpieczeństwa i komfortu obowiązujący przez kilka dobrych powojennych dekad, stała się na nowo roztrzaskanym lustrem. W potłuczonym szkiełku pływa oko. Oko zauważające zmianę politycznego wektora, terroryzm, nierozwiazywalny właściwie problem uchodźców. Ale oko jest suche. Zauważa i zupełnie nie wie, co dalej. Strach, tylko strach.

Łukasz Maciejewski

Leave a Reply