Z Fotela Maciejewskiego: NOS SIĘ ZEMŚCI

Ileż było już tych „Pinokiów”… Zaczęło się od lektury bajki Collodiego, którą czytał mi w dzieciństwie ojciec. Opowieść o kawałku drewna z którego powstaje chłopiec działała na wyobraźnię, przenosiła w świat fantazji w którym wszystko było możliwe, ale też uczyła podstawowych zasad etycznych. Że nie opłaca się być złym, nie warto kłamać. Nos i tak się zemści. I wcale nie musi to być nos drewniany.

Potem były niezliczone wersje filmowe, telewizyjne, teatralne. Pinokio żyje, jest wciąż popularny i ma się świetnie. Nową adaptację bajki Collodiego w reżyserii Jarosława Kiliana w Teatrze imienia Słowackiego w Krakowie oglądałem kilka miesięcy po premierze. Poranny seans, cały teatr wypełniony małymi wesołymi Pinokiami. Było także kilkoro Gepettów: paru nauczycieli oraz niżej podpisany. Oglądanie udanego spektaklu familijnego w takim towarzystwie to dodatkowa frajda. Dzieciaki bawiły się wybornie, a ich entuzjazm udzielał się reszcie. Pokrzykiwanie, interakcje z aktorami, wypieki na buziach – teatr życia w żywym teatrze.

 

O takich chłopcach jak Pinokio mówiło się kiedyś: urwis, łobuziak, ladaco. Więcej było w tym sympatii niż przygany. Bo Pinokio stara się być dobry, tylko rozpiera go energia, poczucie humoru, lenistwo przypisane do wieku. A drewniane serce bije co najmniej dwa razy za szybko. Udany spektakl Jarosława Kiliana, który wyrasta na najlepszego majstra od spektakli familijnych w Polsce, to solidne aktorstwo całego teamu „Słowaka” ze wskazaniem na role Gepetta-Rafała Dziwisza oraz brawurowe wejście Krzysztofa Jędryska-dyrektora cyrku, efektowne kostiumy i scenografia, niezłe piosenki Grzegorza Turnaua.

Przede wszystkim jednak Kilian czyta Collodiego inteligentnie i mądrze. Nie potrzebuje przepisywać klasycznej lektury, żeby wybrzmiała współcześnie. Pinokio w Teatrze Słowackiego będzie ukojeniem dla dzieciaków, którzy czują się inni, odtrąceni przez rówieśników, być może także przestrogą dla małych (większych) oprawców, oszustów, donosicieli. Ze spektaklu zapamiętam także frenezję tytułowej roli Daniela Malchara. Co to za talent! Daniela pamiętam z dyplomowych przedstawień krakowskiej PWST sprzed dwóch lat, przede wszystkim z „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Osieckiej w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Malcher grał wtedy antreprenera z werwą, dowcipem i rzadką u tak młodych ludzi świadomością ciała. W „Pinokiu” jest na scenie szefem wszystkich szefów. Bezpośredni i uroczy, nawiązuje świetny kontakt z publicznością, wiarygodny jako postać, wspaniale śpiewa, tańczy i rusza się. Będziemy mieli z niego wiele pociechy.

 

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz