Przejdź do treści

Yorick


Przegląd Teatralny i Literacki
ISSN 2080-9980

Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

ANKIETA KRYTYKA – ANDRZEJ WIRTH

Dane biograficzne: Andrzej Tadeusz Wirth, urodzony we Włodawie 10 kwietnia 1927 roku. Studia filozoficzne na UW, doktorat na UWr. Krótki okres pracy w Muzeum Narodowym. Przekłady niemieckojęzycznych dzieł (Brecht, Dürrenmatt i inni). Praca na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych (NY, Yale, Harvard). Założenie Instytutu Teatrologii Stosowanej w Giessen…

Związki z teatrem: Instytut Teatrologii Stosowanej – realizacja tzw. teatrologii praktycznej; reżyseria performansów, m.in. wg „Decyzji” Brechta (USA)…

Debiut recenzencki: Teoria Brechta i spotkania z praktyką w Berliner Ensemble zajmowały mnie w młodości. Była to moja inicjacja również, jeśli chodzi o krytykę teatralną…

Biogram recenzencki: Eseje i recenzje, ukazujące się w gazetach jak i w formie zbiorów książkowych; juror na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych…

Dowiedz się więcej »ANKIETA KRYTYKA – ANDRZEJ WIRTH

Portrety krytyków: Andrzej Tadeusz Wirth

W przeprowadzonym przez Thomasa Irmera wywiadzie-rzece Andrzej Wirth opowiada o swoim dzieciństwie. O latach spędzonych w rodzinnej Włodawie, które wspomina jakby były „z Czechowa”. O swoim ziemiańskim pochodzeniu, na które krzywo patrzeli później towarzysze z czasów PRL-u. Wreszcie o przerwaniu idylli, wybuchu wojny i ucieczce. W pewnym momencie teatrolog wspomina, jak groziła mu deportacja do obozu koncentracyjnego. Dzięki pomocy byłych służących wyznania mojżeszowego udało się tego uniknąć. Wśród rozmów o dramatycznych losach znajduje się nagle miejsce na przekorę: „Żeby zbić z tropu niemieckich przyjaciół, mówię zawsze, że uratowali nas Żydzi”.Dowiedz się więcej »Portrety krytyków: Andrzej Tadeusz Wirth

Fantazy przestaje marzyć

Rzadko się zdarza, aby w tym samym czasie w dwóch teatrach warszawskich można było zobaczyć różne inscenizacje tego samego dramatu z kanonu polskiej klasyki. Dla teatromanów to gratka.

Taka okazja właśnie się nadarzyła, pewnie z okazji jubileuszowego roku teatru narodowego, bo „Fantazy” Juliusza Słowackiego trafił najpierw na afisz Teatru Powszechnego (w reżyserii Michała Zadary), a teraz do Teatru Współczesnego (w reżyserii Macieja Englerta). O ile pierwsze przedstawienie mogło dowodzić, że czas Słowackiego bezpowrotnie przeminął, o tyle to drugie, choć bardziej w formie tradycyjne, dowiodło, że jest przeciwnie, że językiem Słowackiego nadal można się świetnie porozumieć.

Dowiedz się więcej »Fantazy przestaje marzyć

Z fotela Łukasza Maciejewskiego: HOLZWEGE, CZYLI TYNDYK

Peryferyjny spektakl TR Warszawa, nieoczekiwanie stał się najciekawszą artystycznie propozycją „Rozmaitości” od lat.

Chociaż bohaterem „Holzwege” jest Tomasz Sikorski, a spektakl obficie czerpie z biografii kompozytora, nie warto się łudzić, że (poza wyjątkami) publiczność przychodząca do TR, w ogóle wie, o kogo chodzi. Trochę na słowo honoru wierzymy, że mowa o jednym z najciekawszych kompozytorów muzyki współczesnej, ale przedstawienie Katarzyny Kalwat na podstawie tekstu Marty Sokołowskiej raczej skłania do poznania tej twórczości, niż potwierdza kompozytorską renomę Sikorskiego. Bohater grany przez Tomasza Tyndyka sytuuje się zresztą poza konkretną biografią, jest papierkiem lakmusowym wszystkich outsiderów, kolorowych ptaków, świętych grzeszników.

Dowiedz się więcej »Z fotela Łukasza Maciejewskiego: HOLZWEGE, CZYLI TYNDYK

Lilka – portret poczwórny

„Lilka, cud miłości”, wg scenar. i w reż. Waldemara Śmigasiewicza w Teatrze Polskim w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Magdalena Zawadzka jako Maria Pawlikowska-Jasnorzewska zmagająca się z ciężką chorobą podczas wojny, na emigracyjnym chlebie w Anglii, rozpamiętuje przeszłość i szuka nadziei, ale i szykuje się do ostatniej podróży. Joanna Żółkowska [na zdjęciu] jako wcielenie energicznej poetki ironistki, o ogromnym poczuciu humoru, z dystansem do siebie i świata, ale i z diabłem w oku, walczy o niezależność. Afrodyta Weselak jest dziewczyną u progu życia, z jej pierwszymi uczuciami, wierszami i zawodami miłosnymi. I Krystyna Tkacz – skąpana w mroku, śpiewa wiersze poetki, poruszające prostotą i głębią komentarza. Dowiedz się więcej »Lilka – portret poczwórny

Z fotela Łukasza Maciejewskiego: KAWA I PAPIEROSY

NIEZNOŚNIE DŁUGIE OBJĘCIA Iwana Wyrypajewa w Teatrze Powszechnym:

Kiedy miałem dwadzieścia parę lat furorę zrobił czeski film „Samotni” Davida Ondříčka, wcale nie dlatego że był taki znowu wybitny, ale oddawał ducha tamtego czasu, nawiązywał idealny kontakt z moimi rówieśnikami. Był naszym kinem. Chodziliśmy na „Samotnych” wiele razy, oglądaliśmy dzieło Ondříčka przed balangą, po balandze, przed kawą, po papierosach.

Zupełnie niedawno wybrałem się na spektakl „Nieznośnie długie objęcia” Iwana Wyrypajewa do Teatru Powszechnego i od razu uderzyła mnie imponująca liczba widzów z wejściówkami czekającymi w foyer. To były głównie młode, inteligentne twarze, podejrzewam, że w większości studenci i licealiści. Podczas spektaklu siedzieli wszędzie, gdzie się tylko dało, niektórzy z braku wolnych miejsc cały spektakl oglądali na stojąco. Brawo na stojąco bili już wszyscy. Nie było wątpliwości, że plotka poszła w miasto, a „Nieznośnie długie objęcia” czeka bardzo długi teatralny żywot. Mamy teatralny hit.

Dowiedz się więcej »Z fotela Łukasza Maciejewskiego: KAWA I PAPIEROSY

Oklaski cichną i trzeba szukać czegoś nowego

Z Bartoszem Porczykiem rozmawia Tomasz Miłkowski

Niedawno reżyserował pan Amadeusza Shaffera we wrocławskiej szkole teatralnej. To przypadek czy świadomy wybór, a może nostalgia, bo w Amadeuszu pan debiutował?

Od Amadeusza się zaczęło – to było moje pierwsze wyjście na scenę, grałem różne drobne role, byłem lokajem, byłem jakimś świętym, zakonnicą. Wtedy byłem na II roku, spektakl robili studenci IV roku pod opieką Waldemara Zawodzińskiego, więc to było dla mnie ekscytujące wydarzenie – już samo wejście najpierw na scenę studyjną, a później do Teatru Jaracza, gdzie „Amadeusz” został przeniesiony. Potem zapomniałem o tym spektaklu, a bardzo go lubiłem. Wtedy się zastanawiałem, którego z głównych bohaterów mógłbym zagrać, czy Salieriego, czy Mozarta. Najpierw myślałem o Mozarcie, bo jest taki fajny, biedny, ale dzisiaj myślę, że Salieri ma o wiele więcej do zaoferowania.

Dowiedz się więcej »Oklaski cichną i trzeba szukać czegoś nowego

Z fotela Łukasza Maciejewskiego: PRZY ŻYCIU PO ŻYCIU

MOJA PIERWSZA ŚMIERĆ W WENECJI

reż. Tomasz Cyz

Zawsze będę w artystach cenił odwagę, otwartość na ryzyko. Zwłaszcza od debiutantów wymagam żeby starali się pokazać mi swoją prawdę: co ich interesuje, cieszy, z czym gwałtownie się nie zgadzają. Na ciepłe kapcie, lorgnon i sprawdzone numery przyjdzie jeszcze czas. Odwaga na samym początku jest jednak trudniejsza. Można obić sobie tyłek, nasłuchać złośliwości. Stróże dobrych manier i moralizatorzy od siedmiu boleści nie zasypiają.

Dowiedz się więcej »Z fotela Łukasza Maciejewskiego: PRZY ŻYCIU PO ŻYCIU

Opowieści Zygmunta

Przez wiele lat przed świętami Zygmunt Broniarek pisał opowieść wigilijną i rozsyłał ją do licznych znajomych i przyjaciół.

Jego opowieści, w wersji polskiej i angielskiej wędrowały nawet za Ocean – zawsze otrzymywali je państwo Bush, a autor szczycił się potem serdecznymi podziękowaniami i życzeniami od byłej First Lady. Opowieści zresztą drukował na papierze firmowym stałego korespondenta akredytowanego przy Białym Domu, które to stanowisko cenił sobie najwyżej w swojej dziennikarskiej karierze, a sprawował je dwukrotnie w latach 1960–1967 i 1985–1990. Opowieści Zygmunta były utrzymane w duchu Dickensowskim, zawsze lekko stylizowane na staroświeckie i zawsze pełne życzliwości dla innych. Należeliśmy z moją rodziną do odbiorców tych świątecznych przesyłek. Kiedy przychodziły, budziły mój podziw wytrwałością postanowień, przywiązaniem do tradycji, ale i pewne zakłopotanie, bo nie wiedziałem, w jaki sposób mogę się wywdzięczyć za tak wyrafinowane dowody pamięci. W roku 2012 opowieść Zygmunta już nie przyszła. Wtedy dopiero zrozumiałem, że naprawdę odszedł. Dowiedz się więcej »Opowieści Zygmunta

Kordian, czyli Polacy

Na koniec roku wracam do KORDIANA w inscenizacji Jana Englerta w Teatrze Narodowym, który aż natrętnie rezonuje ze współczesnością. Kwestia Szatana – „Jak się rozejrzeć, wszystkie takie same” nie chce odkleić się od pamięci. Oto poszerzona wersja recenzji opublikowanej wcześniej na łamach tygodnika „Przegląd”:

Kordian, czyli Polacy

Takie przedstawienie zdarza się raz na dziesięć lat albo i rzadziej. Przedstawienie, które podtrzymuje wiarę, że teatr nadal jest zdolny wadzić się z tym, co najważniejsze, że posiada wewnętrzne siły, dające szansę tworzenia wielkich, sugestywnych wizji. Tak jest tym razem. Inscenizacja „Kordiana” wedle scenariusza i w reżyserii Jan Englerta w Teatrze Narodowym, przygotowana z myślą o jubileuszu 250-lecia teatru, jest takim właśnie wyjątkowym przedstawieniem. Choć jubileuszowe, to nie ma nic wspólnego z okolicznościową celebrą. Żywe, nawet drapieżne, teatralnie zachwycające i mądre.

Dowiedz się więcej »Kordian, czyli Polacy

Dwie prapremiery w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Artystyczna uczta i sentymentalny melodramat.

Nie mamy nic do stracenia, Bal wszystkich świętych to przeboje Koncertu Sylwestrowego w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Dwudziestoletnia tradycja zobowiązuje. Publiczność lubi się bawić przy znanych przebojach musicalowych. Koncert będzie powtarzany przez kilka dni. Ale równocześnie w repertuarze styczniowym wszystkie spektakle, które cieszą się popularnością.

Kumernis, czyli o tym, jak świętej panience broda rosła – wydarzeniem artystycznym

Agata Duda-Gracz stworzyła w Teatrze Muzycznym w Gdyni widowisko najwyższej klasy. Spektakl totalny, w którym jedna z najciekawszych twórczyń polskiego teatru plastycznego, jest autorką scenariusza, reżyserem, scenografem i twórczynią kostiumów. Kumernis, czyli o tym, jak świętej panience broda wyrosła może jedynie zdziwić tych, którzy uważają, że w Muzycznym gra się tylko łatwe, ckliwe i banalne, po prostu wpadające w ucho, musicale. Dowiedz się więcej »Dwie prapremiery w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Artystyczna uczta i sentymentalny melodramat.

Z fotela Maciejewskiego: UFO NASZE CODZIENNE

 „PŁATONOW”, reż. Konstantin Bogomołow, Narodowy Stary Teatr:

Czechowowi nic nie grozi. Ustanowił wzorzec portretu psychologicznego w teatrze. Bohaterowie twórcy „Wiśniowego sadu” i „Płatonowa” bawią się w cierpienie, ponieważ cierpią naprawdę, nie potrafią jednak zdefiniować, dlaczego tak jest, skąd się to bierze, skąd cała ta nostalgia. Zagadują małe dramaty, zapijają je herbatą, leniuchują i dedukują. Nuda jest częścią egzystencji, dobrym wytłumaczeniem bezwładu.

W najnowszej adaptacji „Płatonowa” w reżyserii Konstantina Bogomołowa bezwład „czechowowskich ludzi” niewiele ma w sobie wdzięku, budzi jednak nie tyle sprzeciw, co zrozumienie. Oni to my. Bezkształtni, bezpłciowi, z wyjałowioną fantazją. „Płatonow” w reżyserii Bogomołowa także śmieszy, ale od dawna nie miałem w teatrze poczucia, że uśmiechnięty grymas części widowni brzmi brutalnie, autoironicznie. Samo-obnażenie.

Dowiedz się więcej »Z fotela Maciejewskiego: UFO NASZE CODZIENNE

Kontrabasista na wieki

W 30. rocznicę premiery monodramu „Kontrabasista”, 24 lutego 2015, Jerzy Stuhr zagrał swój legendarny spektakl w krakowskim studiu radiowym. Obok widowni zgromadzonej w radiu towarzyszyło mu 60 tysięcy słuchaczy.

To wtedy pomyślał po raz pierwszy, aby opisać swoją wędrówkę z kontrabasem, swoją wielką przygodę życiowa, jaką miał stać się ten tekst Patricka Süskinda w tłumaczeniu Barbary Wożniak. Jak pomyślał, tak zrobił. We wstępie do książki „Ja kontra bas”, która wkrótce powstała, poświęconej związkowi z kontrabasem, artysta wyliczył, że ponad 700 spektakli wykonanych przez niego, a poprzedzających wspomniany przekaz radiowy, oznaczałoby 49 dni grania bez przerwy. „W wypadku Kontrabasisty – sumował swoje doświadczenia Stuhr – czas pokazał fenomen tego przedstawienia”.

Dowiedz się więcej »Kontrabasista na wieki

„A co by było, gdyby…?”

Ostatni spektakl w roku i zarazem najważniejszy – „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Jakuba Roszkowskiego, scenografii Macieja Chojnackiego, w dźwiękach Michała Siwaka (fot. Przemysław Bator). Krakowsko – kantorowski podmuch teatralnego ducha na scenie lubelskiego „Andersena”.

Lublin, 19 grudnia 2015r., Starówka – szaro, mroźno – plusznie, już mrocznie. Dwie godziny temu Plac po Farze i okolice wibrowały tornadem głosów: „Wolność dla demokracji! Demokracja wolności! Brońmy swoich praw i swobód”. Stukając podeszwami, lekko spóźniona aż nazbyt boleśnie zdaję sobie wagę z doniosłości i ważności chwili. Skupiona czekam na pierwszy dźwięk, słowo. Ukochane, znane pozornie co do zgłoski i atomu scenicznego kurzu, piąte widziane w życiu, pierwsze tak niezwykłe i niecodzienne – „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Wygłaszanie ze sceny tych słów w tym określonym momencie czasu i rzeczywistości jest co najmniej aktem heroizmu przemieszanego z kaskaderką. Przecież ten tekst, odpowiednio i w pełni zrozumiany i zinterpretowany jest groźniejszy niż koktajle Mołotowa w rękach skrajnych ekstremistów! Jednocześnie zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest „tu i teraz” konieczny, niezbędny, niezastąpiony.

Dowiedz się więcej »„A co by było, gdyby…?”

Performatolog, czyli młot na „Kordiana”

W osobliwy sposób uczcił 250. rocznicę urodzin Teatru Narodowego w Warszawie Dariusz Kosiński, performatolog (dawniej: teatrolog) z Uniwersytetu Jagiellońskiego, pełniący również obowiązki zastępcy dyrektora Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego. Otóż na portalu tegoż Instytutu (e-teatr) pomieścił felieton Jubileusz. Kulminacja, w którym dał wyraz swej niechęci wobec jubileuszowej premiery Kordiana w reżyserii Jana Englerta.

Dowiedz się więcej »Performatolog, czyli młot na „Kordiana”

Łaknąć, czyli nieznośne współistnienie samotności

Parapetówka” na motywach „Berka” Marcina Szczygielskiego, w reżyserii i adaptacji Ewy Błachnio. Czyli jak średnią książkę zaadaptować na wielce pechowy tekst sceniczny, by (po wielkich przebojach!) stworzyć kameralne teatralne cacuszko.

Najpierw był tekst przysłany mi przez Grześka Kempinsky’ego. Świetny, nośny, zabawny, empatyczny; tylko czekać dnia premiery. Wtedy zaczęły się schody: dwóch kolejnych reżyserów „poległo pod ciężarem zadania”. Wtedy przyszła z odsieczą Kobieta imieniem Ewa. Błachnio zresztą. Szczupła, wręcz filigranowa, wysoka, z kabaretowym zacięciem i swoistą vis comica (choć nie na pierwszy rzut oka widoczną).

Dowiedz się więcej »Łaknąć, czyli nieznośne współistnienie samotności

Krzycz, Polsko?

Tomasz Miłkowski pisze o spektaklu „Krzyczcie, Chiny” na łamach „Przeglądu”:

Tak nie nazwał tego spektaklu Paweł Łysak, choć mógłby, bo jego temat, krzywda najuboższych i bezbronnych (ale do czasu) ma wymiar uniwersalny. Nigdy wcześniej w Polsce nie drukowany, a wystawiany trzykrotnie przed wojną przez Leona Schillera, dramat Siergieja Trietjakowa Krzyczcie, Chiny! pojawił się na afiszu Teatru Powszechnego w Warszawie, nawiązując bodaj do najgłośniejszego zdarzenia międzywojennego teatru politycznego. Premiery we Lwowie, Łodzi i Warszawie spotkały się wówczas ze wściekłym atakiem prawicy, reżysera wyzywano od bolszewików, choć recenzenci, niezależnie od poglądów politycznych, często nie podzielając wymowy agitki, wyrażali podziw dla kunsztu inscenizacyjnego wielkiego reżysera.

Dowiedz się więcej »Krzycz, Polsko?

Artysta czy menadżer

Kto powinien stać na czele instytucji artystycznej?Artysta czy menadżer? Po naradzie w ZASP-ie zastanawia się Tomasz  Miłkowski:

To pytanie, jak powracająca melodyjka powraca w dyskusjach środowiskowych, zwłaszcza wśród ludzi teatru. Nie wiadomo bowiem – nie ma tu ustalonych jednolitych kryteriów i nawet nie wiadomo, czy takie być powinny – kto jest pożądanym zwycięzcą rozpisywanych konkursów na dyrektora teatru: artysta czy menadżer? Reżyser czy geolog, choreograf czy inżynier? Pytania można mnożyć, ale nie rzecz w takich czy innych zgrabnych figurach stylistycznych, ale o namysł, kto jest gwarantem poziomu artystycznego teatru. Wiadomo, że każdy mówiąc o Teatrze Narodowym w Warszawie nie wskaże dyrektora-menadżera Krzysztofa Torończyka, ale Jana Englerta jako lidera tej sceny. Już nieco inaczej będzie i bardziej zawile w przypadku Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana, w którym funkcję dyrektora pełni artysta, Andrzej Seweryn [na zdj.]. Mimo to dyrektor pracuje z pomocą dwóch zastępców, jednego d.s. artystycznych (jest nim Jarosław Gajewski) i drugiego d.s. administracyjnych. W tym przypadku mamy więc do czynienia z duumwiratem kierownictwa artystycznego.

Dowiedz się więcej »Artysta czy menadżer

Kordian przymierza kostiumy

Prawie wszystkie realizacje „Kordiana” kończyły się nie najlepiej dla ich twórców. Jak da sobie radę Jan Englert? – pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie. Odpowiedź na to pytanie już znamy: Poradził sobie wyśmienicie, zarówno inscenizator jak i cały zespół Teatru Narodowego:

„Kordian” Juliusza Słowackiego chodzi za Janem Englertem od dawna. Wprawdzie Kordiana Englert nigdy nie zagrał, ale w „Kordianie” występował. Przed niemal 40 laty grał Mefista w inscenizacji Erwina Axera. Postać, upleciona z kilku innych (Doktora, Chmury, Diabła, Adiutanta), przykuwała uwagę demonizmem, przewrotnością, mocą wpływania na ludzkie losy. W zgodnej opinii recenzentów tą rolą Englert przyćmił resztę obsady. W telewizyjnym widowisku na podstawie „Kordiana”, które podpisał jako reżyser (1994), zagrał Cara. Dwuczęściowy spektakl budził podziw rozmachem, ale recenzenci marudzili, że przy okazji zagmatwał sensy dramatu. Podobne opinie dominowały po wcześniejszej premierze „Kordiana” w reżyserii Englerta w stołecznym Teatrze Polskim (1987). Dowiedz się więcej »Kordian przymierza kostiumy

WSTYD

Groteskowy układ zdarzeń. Absurdalne aż do granic paradoksu zwroty akcji. Danse Macabre szczerzących zęby sądowych werdyktów…

Proszę państwa, tu nie chodzi o żaden postmodernistyczny scenariusz. Rzecz tyczy być albo nie być stołecznego Teatru Kamienica. A że wciąż krąży plotka o eksmisji, stąd i moje pytania. Kto wywołał cały spór? Dlaczego? Cui bono?

Z jednej strony konfliktu znaleźli się artyści – zapaleńcy: Justyna Sieńczyłło, Emilian Kamiński oraz rzutki zespół aktorsko-administracyjno-techniczny. Za nimi siedem lat budowy sceny, ściśle mówiąc trzech scen we wnętrzach kamienicy – Aleja Solidarności 93. Pęczniały koszty. Malały środki. Rosły kredyty. Wreszcie powstał teatr, któremu już strzyka kolejna siódemka.

Dowiedz się więcej »WSTYD

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.