Pomysł to za mało. Idea – zbyt wiele. Refleksja, tak, refleksja jest w sam raz. Jest tym, czym sztuka uwodzi zwykłych zjadaczy chleba. Sednem, sensem, stawianiem pytań i szukaniem odpowiedzi. Bywa, że o tym beztrosko zapominamy, zadowalając się pozorami atrakcyjności, nowoczesności, odkrywczości. Powierzchowne, naskórkowe konsumowanie kultury już nikogo nie dziwi. A jednak… Jednak, zdarza się, że „widzę jasno w zachwyceniu”, a wtedy jakiś imperatyw wewnętrzny nakazuje przystanąć, zatrzymać wrażenia, zapisać, przynajmniej w notesie.
Jest kilka powodów.
Na scenie Collegium Nobilium dyplomowy spektakl Schody, schody, schody, jedna z najciekawszych propozycji artystycznych sezonu, nie tylko w Akademii Teatralnej, ale w mieście. Wybitny, poruszający, precyzyjnie napisany, brawurowo zagrany przez ośmioro utalentowanych studentów. Powiedzmy od razu: to niezwykle zdolny rocznik (opieka artystyczna prof. Ewy Konstancji Bułhak). Oglądanie przedstawień dyplomowych jest dla człowieka teatru fascynującą przygodą, odnotowywanie debiutów a potem rozwoju (lub nie) aktorów – codzienną praktyką krytyka. Maniakalnie oddaję się temu zajęciu od lat, chowając w pamięci wiele niezapomnianych realizacji i ról.
Teraz Schody, schody, schody – pozycja obowiązkowa, jeśli uważacie się za teatromanów. Reżyserował Wojciech Faruga, ostatnio ostro zaznaczający swoją obecność w Warszawie. W operze szalony Mozart Cosi fan tutte (mniej się pochylam nad Piazzolą tamże), w Narodowym nagradzany Dekalog (i Matka Joanna od aniołów, i Faust), no a od niedawna dyrekcja w Dramatycznym – poczekamy, zobaczymy.
Teatr ma budzić emocje. I rozum. I to się właśnie dzieje. Schody są świadectwem konieczności istnienia oraz ogromnej siły sztuki w czasach chaosu i bezradności, ostrym, wręcz chirurgicznym zabiegiem intelektualnym i artystycznym. Faruga (we współpracy z Maciejem Jaszczyńskim) stworzył przestrzeń dla dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More i wyobraźni, precyzyjną machinę słowa i obrazów, przerażająco zrymowanych z naszym hic et nunc. Rzecz dzieje się tam i tu, teraz i wtedy, mówi o nich, o tamtych, o nas. O makabrze, o paraliżu wobec przemocy. A przecież, powtórzmy za Młynarskim: wojna nigdy nie jest daleko.
Wojna. Pretekstem scenariuszowym stało się odniesienie do eksperymentalnego (1987!) filmu Schody Zbigniewa Rybczyńskiego (autor nagrodzonego Oscarem Tanga). Reżyser dokonał tam drastycznego zabiegu wprowadzenia amerykańskich turystów do słynnej sceny masakry na schodach odeskich w filmie Eisensteina Pancernik Potiomkin. Nieoczekiwanie skonfrontował dwa światy. Wojna, rzeź, przemoc, kobieta poszukująca dziecka i wycieczka beznamiętnych obserwatorów z aparatami fotograficznymi – zaraz wrzucą fotki na media społecznościowe.
To oni? To my? Porażające. Schizofreniczne zderzenie dramatu i obojętności, tragedii i bezduszności odsłania totalny brak empatii (modne słowo), ubóstwo ludzkiej wrażliwości, po prostu brak człowieczeństwa w człowieku. W tej sytuacji wojna jako taka staje się atrakcją, sensacyjnym obrazkiem, towarem masowej kultury. Przecież oglądamy ją sobie w wygodnych fotelach. Czy potrafimy jeszcze współczuć, czy tylko konsumujemy emocje podlane adrenaliną, która stała się kokainą naszych czasów?
Wojna jako show. Taki jest punkt wyjścia teatralnej historii w Collegium Nobilium. Można wykupić wycieczkę do Odessy, atrakcyjną podróż poślubną (na przykład), można wziąć udział w safari filmowym, to znaczy doświadczać groźnych scen z tamtego legendarnego filmu, zostać wchłoniętym w tamten czas, konsumować tragedię innych z infantylnym zadowoleniem na twarzy. Wydarzy się wszystko. I będzie, jak to w filmie, kręcić się w kółko, klatka po klatce, w nieskończoność. Jednym z najbardziej wyrazistych motywów staje się historia Olgi, kobiety skazanej na wieczne cierpienie, codziennie poszukującej dziecka, gwałconej, poddanej rytuałowi powtarzalności, jak w micie Prometeusza. To Olga wypowie jedną z tez – kluczy tej psychodramy: wojna jest zawsze taka sama.
Figura schodów jest pojemna: symboliczne miejsce tamtej parady i kaźni, a przecież także rewia i wejście na szczyt, i drabina Jakubowa… W przedstawieniu przenikają się wątki, zdarzenia, historia i współczesność, plany czasowe. Nie ma tu strachu, tylko bezradność, zdziwienie, znieczulica (zapomniane słowo) a także karykaturalne nieprzystawanie reguł i współczesnego języka do sytuacji ekstremalnych. W teatrze zdziwienie jest traumatyczne i z pewnością przekłada się też na demonstrację zagubienia młodych aktorów, którzy dostali szansę, żeby zaistnieć artystycznie, społecznie, moralnie i kulturowo niekoniecznie tylko w teatrze, ale w sobie, dziś, tutaj, w codziennym życiu. Z całym bagażem własnych wątpliwości. Nieprzypadkowo pojawia się w spektaklu pacyfistyczna Biała flaga Beaty Kozidrak. Ktoś brzdąka na pianinie motyw z pradawnej filmowej ballady Edmunda Fettinga Deszcze niespokojne potargały sad – ironia siostra smutku.
W scenariuszu Schodów narcystyczny fotograf próbuje zrealizować post-dokument o nakładaniu masek tragedii przez uczestników tej przerażającej gry. Mały chłopiec nie potrafi udawać płaczącego dziecka, przecież naprawdę ocierał się o śmierć. Jest też reporterka, której się wydaje, że zbawi świat, opisując tę zabawę w wojnę, atrakcyjną przygodę, nierzeczywistą rzeczywistość. Jest też kolejny wymiar – pada nazwisko mordercy z Kremla, słyszymy o współpracujących z reżimem legendarnych reżyserach rosyjskich – jakbyśmy słuchali informacji z wczoraj.
No właśnie, kontekst tego przedstawienia w Collegium Nobilium sprawia, że intensyfikują się nie tylko przekaz, wydźwięk, ale też realne niepokoje. Premierę dawano w listopadzie, wówczas pomysł twórców, żeby uczynić katalizatorem absurdalny pomysł filmowego safari na zgliszczach pojedynczych ludzkich tragedii i wszechświatowego dramatu ludzkości był tak samo przerażający, jak dziś, kiedy nasiliło się metodyczne unicestwianie Ukrainy, kiedy szaleństwo imperialne USA sięga zenitu. A wtedy jeszcze (jakby na zamówienie) media powróciły do sprawy safari w Serbii, gdzie urządzano – wcale nie w teatrze czy filmie – zbrodnicze polowania na ludzi dla bogatych, znudzonych turystów z Włoch czy Niemiec. Życie przekroczyło pomysły sztuki.
Czy oglądamy moralitet? Niemalże. Czy pokazują nam dyskurs o świecie – z pewnością. Czy… Najważniejsza jest prawda tego przekazu, zaangażowanie aktorów, szczerość, niekłamana bezradność wobec przemocy i banału, dramatu i infantylizmu, które obejmują mocno nasz świat. Aktorzy – wymieniam ich tak, jak każe alfabetyczny porządek, bo wszyscy (wszyscy!) pokazują prawdę i kunszt (zapomniane słowo) – Faruga umiejętnie stworzył szanse dla zaprezentowania zespołu i każdego z osobna. Niekoniecznie tak się zdarza na przedstawieniach dyplomowych, będących czasem egocentrycznymi popisami realizatorów. A zatem, podziękowania, brawa dla wszystkich i każdego z osobna. Tworzą ten świat: Zofia „Cynka” Derwich, Oliwia Hołozubiec, Jakub Jankiewicz, Katarzyna Łubik, Nela Maciejewska, Małgorzata Nowińska, Damian Pelc, Piotr Zapert. Zapamiętajmy te nazwiska. I trzymajmy kciuki.
Tak się złożyło, że niemal równolegle pojawił się na małej scenie Teatru Żydowskiego przy Senatorskiej inny niezwykły dyplom, tym razem reżyserski, spektakl młodego twórcy, który już dał znać o sobie z dużym rozgłosem (Pan Tadeusz w Poznaniu, teraz w Narodowym Niewyczerpany żart). Kamil Białaszek, bo o nim mowa, pokazał Skowyt na motywach kontrkulturowego poematu Allena Ginsberga z 1956 roku. Zbudował przejmujący spektakl o zadziwiającej manipulacji, idiotyzmie nudy, medialnym bełkocie, nieuchronnej autodestrukcji cywilizacji – jednym słowem niezamierzone preludium do odeskich Schodów.
Collegium Nobilium na Miodowej przynosi zawsze zaskakującą, ciekawą ofertę repertuarową, to teatr, który myśli. Żydowski na Senatorskiej, jak od dawna mówię, to najgorętsza scena w Warszawie. Nie miejsce tu ani czas, żeby się rozpisywać, ale chodzę i widzę. Kręcę się w jakimś bermudzkim trójkącie teatralnym, który wciąga w otchłań spraw najważniejszych, pożera emocje i każe – jak u Herberta: być wiernym, iść!
Dosłownie o krok, w Narodowym rzecz o narodowej malignie, Termopile polskie Micińskiego – Klaty, dojmujący krzyk rozpaczy i nadziei. Dzieje się wówczas i teraz, mówi o nich, o tamtych, o nas. Wybitne przedstawienie, jak rzadko rezonujące z czasem, chwilą, z nami, z Polską wielkiej narodowej tradycji teatru tytanów sceny. Jan Klata, nie mam wątpliwości, Klata tą premierą uderza w Dzwon Zygmunta! Czy się opamiętamy?
Żeby nie brzmiało tak patetycznie (ale jest tak, uwierzcie) przywołam pełne nadziei pytanie z dyplomu na Miodowej: jeszcze coś ci się śni ?
No właśnie.
Krystyna Gucewicz (dla Tomka Miłkowskiego, bo się uparł)
