XVI RANKING AKTORÓW KRAKOWSKICH ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO dla „GAZETY KRAKOWSKIEJ”
Kolejny teatralny rok za nami. Towarzyszyły mu zachwyty i rozczarowania ofertą krakowskich, czy szerzej – małopolskich – teatrów; a jeszcze telewizja, Teatry Telewizji, seriale, kino. Aktorski Kraków jest wciąż obecny w mainstreamowych mediach. A ikony takie jak Anna Dymna, Krzysztof Globisz, Marian Dziędziel, Anna Radwan czy Dorota Segda, na zawsze pozostają w powszechnej opinii synonimami aktorstwa w najszlachetniejszym, najpełniejszym wydaniu.
To cieszy zawsze, tym bardziej że w krakowskim panteonie wciąż pojawiają się nowe nazwiska, a Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie od dekad jest kuźnią talentów sztuki aktorskiej.
Jeżeli chodzi o artystyczny poziom teatrów w Krakowie, rok 2025 był, rzekłbym, solidny. Niby nie najgorzej, chociaż na pewno bywało lepiej. Teatr im. Słowackiego wciąż trzyma wysoki poziom, mimo że w tym sezonie zabrakło hitów i spektakularnych wydarzeń w rodzaju „1989”, „Wesela” czy „Dziadów”- i dlatego tak bardzo czekam na powrót Mai Kleczewskiej do „Słowaka” i jej próbę zmierzenia się z „Wyzwoleniem”. Jubileuszowy rok Teatru Ludowego to próba utrzymania wysokiej pozycji tego miejsca na mapie teatralnej zarówno Krakowa, jak i Polski. „Ludowy” wyróżnia się także i tym, że daje szanse młodym i bardzo młodym aktorom. Tylu świetnych aktorskich debiutów w ostatnich latach nie mieliśmy chyba na żadnej innej scenie.
Uważnie i z entuzjazmem obserwuję progresywną politykę repertuarową „Nowego Proximy” i „Barakah”. A contrario – Teatr Bagatela, konsekwentny w polityce repertuarowej i artystycznej, podobnie jak Teatr STU (czekam na „Fausta” w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego). Sezon w „Starym” wygrał Michał Borczuch z „Piramidą zwierząt”, spore nadzieje budzi nowe kierownictwo Teatru Variété, ciekawi rozwój repertuarowy KTO, czy unikatowej „sceny na wynos”. Stabilny poziom trzymają pozostałe teatry offowe. W Teatrze Witkacego w Zakopanem udał się zdecydowanie „Labirynt Schulza” w reżyserii Grzegorza Brala; w Tarnowie, w Teatrze im. Solskiego, „Azoty Fiction” Łukasza Czuja.
Jest różnorodnie, bywa ciekawie, aktorsko wręcz zachwycająco. I o tegorocznych zachwytach chciałbym napisać.
***
Anka Graczyk
Czarodziejka teatralnego offu. W 2013 roku, razem z Dariuszem Starczewskim, założyła najmniejszy teatr w Polsce – „sztuka na wynos”. Od dwudziestu dwóch lat, w kamienicy przy Starowiślnej, dla kilkunastu albo dwudziestu paru widzów, grają Szekspira, Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More, dramaturgię współczesną. Działają poza systemem, także poza większością dotacji, z czystej miłości do teatru, do sztuki. U nich jest „na wynos”.
Anka jest prawdziwą gwiazdą tego miejsca. Grywa także w Teatrze STU („Cnoty niewieście albo dziwki w majonezie”, Natasza w „Trzech siostrach”, debiut(fr. début), pierwszy występ na scenie, estradzie bądź w... More w 1986 roku jako Siostra Anna w legendarnym „Wariacie i zakonnicy”), pojawia się w filmach i w serialach (ostatnio w „Lady Love” oraz w niemieckim „Das Masuren krimi” – jest absolwentką Max Reinhardt Seminar w Wiedniu, mówi biegle po niemiecku), najważniejszym miejscem pozostaje jednak dla niej teatr przy Starowiślnej.
W najnowszej trawestacji Hamleta zagrała rolę tytułową. Hamlet Graczyk jest poza płcią. To tylko przecież konwenanse. Cierpi się jednakowo i walczy jednakowo. Zwycięstwo jest jednak jednostkowe. Graczyk, nie tylko w tej roli, mogłaby ogłosić victorię.
Ireneusz Pastuszak
„Azoty fiction” z Tarnowa to powinien być spektakularny, ogólnopolski hit Teatru im. Solskiego. Skończyło się na skromnej satysfakcji lokalnej, teatrowi zabrakło chyba przebojowości marketingowej. Mało kto o tym przedstawieniu usłyszał, a szkoda. Musical o Zakładach Azotowych w Tarnowie, w świetnej inscenizacji Łukasza Czuja, to kapitalna opowieść o radościach i smutkach transformacji, dowcipna i wzruszająca, wspaniale zagrana i zaśpiewana. Na tle udanej obsady błyszczy zwłaszcza Ireneusz Pastuszak w roli inżyniera Matuszaka. Ta znakomicie wymyślona i błyskotliwie poprowadzona rola, przypomniała mi o tym wybitnym aktorze, bez którego w ogóle trudno wyobrazić sobie tarnowską scenę.
Pastuszak – dziesiątki ról, pierwszy i drugi plan, klasyka i komedia. Lata posuchy i stabilności tarnowskiej sceny. W tym momencie gra aż w trzynastu spektaklach w repertuarze „Solskiego”. Zupełnie mnie to nie dziwi. Od czasu do czasu – zbyt rzadko – pojawia się także w kinie. Trudno zapomnieć jego poruszające, zagrane ostrą kreską epizody ojców głównych bohaterów w „Johnnym” czy w „Słoniu”. Żywiołem Ireneusza Pastuszaka pozostaje jednak Tarnów i teatr. I tak jest dobrze. Tarnów jest z pana dumny.
Beata Rybotycka
W lipcu trafiłem wreszcie do Gromu, wyjazdowej, mazurskiej siedziby Krzysztofa Jasińskiego, na arcyciekawą sesję naukową poświęconą fenomenowi Teatru STU w związku z jubileuszem sześćdziesięciolecia. Było mądrze i dowcipnie, jak to w STU, a miejsce rzeczywiście wyjątkowe.
W ostatnim dniu seminarium, podejrzałem jak gospodyni tego miejsca, Beata Rybotycka, układa żółte lilie. Podcina końcówki, wkłada do flakonów, rozstawia kwiaty starannie po wnętrzu. Został we mnie ten obrazek, ponieważ wydaje mi się, że metaforyzuje osobowość i obecność Beaty Rybotyckiej w Krakowie i w STU. Układaczka kwiatów. Stonowana, zdroworozsądkowa, a przy tym bardzo kobieca, i w tej swojej kobiecości naturalna, nieupozowana, dowcipna. Aktorka i człowiek.
Sześćdziesięciolecie STU to także wdzięczność za kilka dekad tego teatru z Beatą Rybotycką. Blisko trzydzieści ról – od Kordulli w „Panie Twardowskim” z 1990 roku, po „Małe zbrodnie małżeńskie”, „Sługę dwóch panów” i „Dom weselny” (wszystkie premiery z 2025 roku). Role śpiewające, role komediowe, rodzajowe, charakterystyczne, dramatyczne. Lilie, tulipany, róże. Układaczka kwiatów – Beata Rybotycka, dobrze wie, jak pachnie teatr.
Kamila Klimczak
Rozśpiewana „Bagatela” to żywioł Kamili Klimczak, jednej z najlepiej śpiewających aktorek w Polsce. „Bagatela” daje jej materiał, repertuar, w którym artystka, związana od lat z „Piwnicą pod Baranami”, a wcześniej także m.in. z zespołem nieodżałowanego Leopolda Kozłowskiego, czuje się najlepiej. W recitalu „Piosenki odnowa” w reżyserii Krzysztofa Materny, Klimczak odkrywa na nowo przeboje z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Niby wszystko jasne, znaliśmy oryginały Piaf czy Młynarskiego, a jednak pełna energii, feelingu i czułości wobec pierwowzorów artystka, wspomagana przez zespół pod kierownictwem Dawida Suleja Rudnickiego, potrafiła dać evergreenom nową siłę. Siłę Kamili Klimczak: tak dobrze znaną z jej niezliczonych występów muzycznych, ale i regularnych spektakli teatralnych. Ta solistka potrafi przecież świetnie pracować w zespole – w „Procesie”, w „Bajkach dla niegrzecznych”, w „Weselu Figara” czy w „Śmierci pięknych saren” (wszystkie spektakle w „Bagateli”), idealne wkomponowując się w tło, grając drugie skrzypce – cały czas pamięta, iż doskonale zna dźwięk skrzypiec pierwszych.
Jan Frycz
Krystyna Janda, zapytana jakiś czas temu w programie telewizyjnym o najwybitniejszego polskiego aktora, odparła bez wahania: Jan Frycz. Nigdy nie miałem wątpliwości, że Frycz to gigant. Wciąż jeszcze trochę nasz, krakowski gigant. Chociaż od lat pracuje w Warszawie, w Teatrze Narodowym (ostatnio kreacja w „Termopilach polskich” Micińskiego w reżyserii Jana Klaty), nie przestaje jeździć po Polsce z jakże krakowskim przecież „Kwartetem dla czterech aktorów”, w tym roku odbyła się także premiera telewizyjnej rejestracji tego kultowego spektaklu. Frycz również wciąż przemieszkuje w Krakowie, na Kazimierzu.
Poza tym, mam poczucie, że w przypadku aktorów takich jak Jan Frycz, podobnie jak to było z Bińczyckim, Trelą, Nowickim, Stuhrem, albo jest z Dymną, Peszkiem, Dziędzielem, Segdą, Grabowskim czy z Globiszem, od Krakowa – w ich przypadku – nie ma ucieczki. Krakowscy będą na amen, i żadne warszawskie ucieczki na dłużej czy krócej, nie mają w tym przypadku żadnego znaczenia.
„Na szczytach panuje cisza”. Taki tytuł nosiło arcydzieło Thomasa Bernharda przeniesione lata temu do Teatru Dramatycznego w Warszawie przez Krystiana Lupę. W 2025 roku, w Teatrze Telewizji, oglądaliśmy rekonstrukcję „Wycinki” Bernharda w reżyserii tegoż Lupy. Spektakl z Wrocławia, z Teatru Polskiego, w roli głównej – aktora Teatru Narodowego – Jan Frycz. Wielka rola aktora stale siebie pomniejszającego, a przecież mocarnego, dotkliwego, autoironicznego. Na aktorskich szczytach panuje cisza. Tam rządzi Frycz.
Małgorzata Kochan
Lubi się ją na pierwszy rzut oka. Kwestia charakteru. I uroda, i tembr głosu, i sylwetka. Plus talent. Chciałoby się mieć w Małgorzacie Kochan przyjaciółkę, sąsiadkę, mądrą powiernicę. Takie też często dostaje zadania aktorskie, a przecież aktorsko potrafi uwiarygodnić najróżniejsze stany emocjonalne. Także złość, niechęć, znużenie, a nawet agresję. Macierzysta scena Małgorzaty Kochan – Teatr Ludowy w Krakowie, pozwala aktorce, zwłaszcza w ostatnich latach, rozwinąć szeroko skrzydła. Od „Chłopów”, do niedawnej „Uroczystości”, poprzez „Aktorów prowincjonalnych czyli pociąg do Hollywood”, „Folwark zwierzęcy”, czy nieśmiertelne „Wszystko o kobietach”. Małgorzata Kochan jest w Ludowym szanowana, doceniana, lubiana przez publiczność, częściej niż dotychczas pojawia się też w kinie i w telewizji (film „Brat”, krakowski serial „Szpital świętej Anny”). Nic dziwnego: czasy są tak ponure, dotkliwe, chwilami przerażające, że aktorskie osobowości tak jasne jak Małgosia Kochan powinny być pod szczególną ochroną. Rozjaśnia scenę.
Martyna Krzysztofik
Jej zasłużony, wypracowany latami sukces, cieszy szczególnie. Za rolę Molly Bloom w „Ulissesie” Joyce’a w Teatrze im. Słowackiego otrzymała właśnie nagrodę na Boskiej Komedii, a przecież droga Martyny nie była ani łatwa, ani szybka.
Nazwisko świetne, ale nazwisko (bardziej mama, ale tata również) będące także balastem. Być córką aktorki klasy Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, to nie jest wcale prosta sprawa. I Martyna musiała się z tym mierzyć.
Pamiętam ją z najdawniejszych lat, z niedużego mieszkanka teatralnego Małgorzaty i Romana Krzysztofików przy ulicy Józefa. Martynka grała wtedy z siostrą Kasią i z Klarą Bielawką obok mamy w „Dziadach – dwunastu improwizacjach” w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego. W 2013 skończyła PWST w Krakowie, potem tułała się to tu, to tam – Teatr Ludowy, Teatr Narodowy w Warszawie, Barakah, STU, „Stary”, „Och-Teatr” Krystyny Jandy, Nowy Proxima…
Czuję, że Teatr im. Słowackiego, gdzie teraz pracuje, to najlepsze miejsce dla Martyny. Miejsce idealne, gdzie może wybrzmieć soczysta, frenetyczna osobowość aktorki. Znam takich, którzy na „Ulissesa” w reżyserii Michała Borczucha, spektakl męczący i wymagający, wybierają się tylko dla niej. Wielominutowy monolog Molly to jest Mount Everest Martyny, na który wdrapała się samodzielnie. Szczyt zdobyty. Dalej powinno być łatwiej.
Łukasz Maciejewski
[Na zdj.: Beata Rybotycka, archiwum autora]
