Wpadło mi w ręce zestawienie, od którego włos się jeży na głowie, a portfel w kieszeni samoczynnie zaciska ze strachu. Pewien portal, mieniący się pismem o teatrze (dawniej zaś miesięcznik o nazwie „Teatr”), wyliczył skrupulatnie, kto i ile w tym naszym nadwiślańskim przybytku sztuki zarabia. I cóż się okazuje? Okazuje się to, co wiedziałem od zawsze: że w Polsce Ludowej – przepraszam, w III RP – „realny” socjalizm ma się najlepiej tam, gdzie kurtyna idzie w górę.
Lektura to pasjonująca, choć smutna jak polska jesień. Dowiadujemy się z niej, że szeregowy aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More, ten co to „nie gra w serialu”, a jedynie wieczorami wypruwa żyły jako Hamlet, zarabia tyle, co kasjer w dyskoncie, a czasem i mniej. Z kolei akustyk czy oświetleniowiec – ludzie, bez których ów Hamlet byłby niemym cieniem w ciemności – otrzymują jałmużnę, która ledwo starcza na waciki.
Dlaczego tak jest? Bo wmówiono im „misję”. To jest to magiczne słowo-wytrych, którym w naszym kraju zatyka się gęby pracownikom budżetówki. Masz misję, więc nie musisz jeść szynki, wystarczy ci salceson i satysfakcja z obcowania z Wyspiańskim. Mawia się, że artysta głodny to artysta płodny – jeśli tak, to czeka nas eksplozja talentów, przy której renesans to małe piwo.
Ale uwaga! Bieda nie dotyczy wszystkich. Mamy bowiem system, w którym teatr nie jest przedsiębiorstwem (broń Boże! to by było kalanie sztuki brudnym pieniądzem!), ale urzędem. A w urzędzie panuje „tabelkomania”. Ktoś te widełki ustalił, ktoś te budżety zatwierdził. I ten „Ktoś” – urzędnik, dyrektor, księgowy – ma się zazwyczaj całkiem nieźle. Stworzyliśmy potwora, w którym armia artystów wegetuje, podczas gdy administracja pęcznieje. Bo urzędnik jest trwały, a sztuka ulotna. Urzędnik produkuje papiery, które zostają w segregatorach, a spektakl znika po opadnięciu kurtyny.
I tu dochodzimy do sedna tego absurdu, który mnie doprowadza do szewskiej pasji. Pieniądz w teatrze nie bierze się od widza, tylko z „dotacji”. A skoro pieniądz jest państwowy, czyli niczyj, to i wydaje się go w sposób właściwy dla naszej biurokracji: głupio i niesprawiedliwie.
W normalnym świecie, jeśli piekarz piecze chleb, którego nikt nie chce jeść, to bankrutuje. W polskim teatrze, jeśli reżyser robi spektakl, którego nikt nie rozumie i na który nikt nie przychodzi, to dostaje nagrodę na festiwalu i kolejną dotację, bo „to sztuka ambitna”. Zabito w teatrze ryzyko, zabito konkurencję, a w zamian dano „bezpieczeństwo” socjalne na poziomie egzystencji i urawniłowkę rodem z minionej epoki. Czy sala pełna, czy pusta – pensja leci taka sama (czyli mała).
Efekt? Mamy teatry, do których płacimy podatki, a nie chodzimy. Mamy aktorów, którzy marzą o ucieczce do reklamy margaryny, byle tylko uciec od „misyjnej” pensji. I mamy urzędników, którzy decydują, komu dać, a komu zabrać.
Rozwiązanie? Proste i brutalne, jak to w kapitalizmie. Niech teatr walczy o widza. Niech biletkupon uprawniający do wejścia na przedstawienie, zazwyczaj... More kosztuje tyle, ile jest wart spektakl. Wiem, zaraz podniosą się głosy: „A co z Mickiewiczem?”. Odpowiadam: Mickiewicz się obroni, jeśli będzie dobrze zagrany. A chałtura niech ginie, nawet jeśli jest podstemplowana przez samo Ministerstwo.
Póki co jednak, Drodzy Państwo, cieszmy się. Mamy teatr absurdu nie tylko na scenie, ale przede wszystkim w księgach rachunkowych. Melpomena płacze w kącie, ale cicho, żeby nie obudzić księgowego.
Konrad Szczebiot
