Salon rodem z lat 60., kultowa meblościanka, szeroka ława rozłożona do stołu z tapicerowanymi krzesłami wokoło. Na okalających ścianach widać szlaczki malowane wałkiem. W jednych z drzwi wisi zasłona z koralików, w innych znajduje się ornamentowa szyba. Na niektórych ścianach widoczna jest boazeria w formie lamperii, widać też obraz przedstawiający świętą rodzinę. Tapczan, fotel, firany, ażurowy obrus…
Scenografia Dominiki Nikiel zdaje się nas przenosić w inną epokę. W inną…? Nie, znajdujemy się we współczesnej Polsce, gdzieś na – nie znoszę tego słowa! – prowincji. ,,Tęsknię za domem” autorstwa i w reżyserii Radosława B. Maciąga przenosi nas w świat zdawałoby się miniony, chociaż w wielu miejscach kraju wciąż obecny. Punktem wyjścia dla tekstu nagrodzonego gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną jest przyjazd Macieja (Filip Łannik), studenta jednej z warszawskich uczelni, do rodzinnego domu. Tam czeka go spotkanie z familią.
Jest tu mama (Izabela Brejtkop) – sfrustrowana kobieta z poczuciem zmarnowanych lat, zmęczona codziennymi obowiązkami. Jest ojciec (Piotr Kondrat), alkoholik żyjący wspomnieniem swojej działalności w Solidarności i prężnego działania swojego lokalnego zakładu w okresie PRL-u. Pojawia się brat Macieja, Sylwek (Mateusz Paluch), marzący o wyjeździe z rodzinnego domu, choć zarazem czujący wobec bliskich zobowiązanie i chęć bycia oparciem. Jest i jego żona Elka (Natalia Samojlik), w kwestii mieszkania zdana niejako na łaskę i niełaskę teściów. Babcia w wykonaniu Iwony Pieniążek to cierpiąca na demencję kobieta, w której nielicznych przebłyskach świadomości czuć świadomość, czym skłócona rodzina powinna naprawdę być.
Ten świetny sześcioosobowy zespół prowadzi nas przez opowieść o skumulowanych pretensjach, niewyjaśnionych rodzinnych sporach, o codzienności, która tłumi pozytywne odruchy. O ludziach zarazem poruszających, strasznych i śmiesznych w swoich roszczeniach oraz żalach. Ale jest to też spektakl o tych, którzy w Polsce po 1989 roku zostali odrzuceni, którzy nie poradzili (i wciąż nie radzą) sobie w rzeczywistości. Wielką zaletą tekstu Maciąga jest wielowymiarowość, pokazanie różnych punktów widzenia bez stawiania jednoznacznych ocen, przekonujące jest wreszcie jego społeczno-polityczne tło.
Każdy tu jest w jakiś sposób winny, każdy też ma swoje racje – a w tej diagnozie co i rusz widać czasem ostry, czasem dobrotliwy humor, który łagodzi dramatyczne relacje. Jest w tym coś z pozbawionego poczucia wyższości ciepłego dystansu, jaki w swojej twórczości prezentowali Stanisław Bareja czy Bohdan Smoleń. Tekst wpisuje się w tradycję dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More rodzinnego, który we współczesnej polskiej dramaturgii reprezentują m. in. ,,Zaręczyny” Wojciecha Tomczyka czy ,,Wstyd” Marka Modzelewskiego.
Sukces ,,Tęsknię za domem” i powstałej na jego bazie inscenizacji pokazuje swoisty głód teatru opartego na… opowieści. Linearnej narracji i tradycyjnej strukturze, która nawet jeśli w wielu momentach jest schematyczna, z sukcesem przebija się do głównego nurtu. Nieprzypadkowa jest wszak popularność tytułu na polskich festiwalach. W dobie dominującego nurtu we współczesnych teatrze i dramaturgii opowiadających o sobie samych; twórców stawiających się w roli terapeutów i doszukujących się naokoło traum, stawiając przy tym krzywdzące generalizujące tezy; wreszcie sztuce skupionej na dekonstrukcji i performatyce, które popadają we własne oklepane schematy – ,,tradycyjny” w formie dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More okazuje się powiewem świeżości. ,,Tęsknię za domem” jest poza tym wszystkim po prostu dobrze napisanym tekstem, nie silącym się na językowe gry i szukanie jakichś form ,,neutralnego” języka, pisania ,,pod scenę”. Przypomina, że dobry dramat może być po prostu świetnym utworem literackim. Czy można tu mówić o jaskółce…? Być może tak, być może nie, ale ten lot jest zdecydowanie obiecujący.
Szymon Spichalski
