Z Katarzyną Figurą rozmawia Tomasz Miłkowski
– Przed laty, w przerwie sesji okładkowej do „Tele Tygodnia”, wyszliśmy na korytarz i wtedy podeszło do Pani dwóch młodych mężczyzn, zatrudnionych przy remoncie budynku i poprosiło o autograf. Okazało się, że mają już przygotowany flamaster, ale nie mają nawet skrawka papieru, poprosili wobec tego, żeby złożyła Pani podpis na ich plecach.
I?
– Oczywiście dostali autografy i zachwyceni wrócili do swojej ekipy. Często stykała się Pani z takimi prośbami?
O tak, często dochodzi do podobnych sytuacji. Może nie w tak szczególnej formie, ale jednak. Od kilkunastu lat mieszkam w Trójmieście i stykam się z niezwykle ciepłymi reakcjami ze strony ludzi, którzy widząc mnie, zachwycają się tak, jakbym właśnie zeszła z ekranu i zjawiła się wśród nich, na przykład w osiedlowym warzywniaku. I nie mogą wprost uwierzyć, że Katarzyna Figura kupuje warzywa. Że ktoś, kogo widzieli w Kilerze czy jeszcze wcześniej w Kingsizie jest dostępny na wyciągnięcie ręki. To są bardzo ciepłe spotkania i bardzo je sobie cenię.
– Pojawiła się Pani na ekranie i niemal od początku nazwano Panią polską Marylin Monroe, kobietą-dzieckiem, kobietą-demonem, dziewczyną-dynamitem, ikoną kina… Jak przyjmowała Pani ten deszcz określeń?
Nie ukrywam, że robiło to na mnie wrażenie. Wychowywałam się oglądając na ekranie wspaniałe aktorki: Sophię Loren, Ginę Lollobrigidę, Claudię Cardinale, Brigitte Bardot… Chciałam być taka, jak one. Ale od początku kariery próbowałam walczyć ze stereotypami. Miałam wrażenie, że krytycy skupiają się na moim wyglądzie, nie talencie aktorskim. Chwalili bardziej ciało niż duszę.
– Powtarzała Pani często, że nie chce być gwiazdą, ale że chce Pani po prostu pracować.
Takie było moje życie – cały czas pracowałam. Nie odcinałam kuponów od tego, że uważano mnie za atrakcyjną czy ładną kobietę. Cały czas szłam za pracą, za rozwojem, czy to w filmie czy w teatrze. Jestem dumna i usatysfakcjonowana z mojego życia. Nie mam żalu, także i z tego powodu, że ktoś mnie próbował wciskać w jakieś ramy. Świetnie sobie z tym poradziłam. Zagrałam różnorodne role. Będąc młodą aktorką, grałam starsze kobiety. Teraz, kiedy już jestem starszą panią – mam przecież 63 lata – gram role atrakcyjnych kobiet. Ale gram też role kobiet bardzo zniszczonych przez czas. Jako aktorka, podsumowując swój dorobek, jestem bardzo spełniona. I nie mówię tylko o rolach zagranych w Polsce, ale także o tych zagranych za granicą. Wielu ludzi próbowało umniejszać moje dokonania, ale się temu nie poddałam. Uważam, że moja kariera jest nasycona i pełna.
– Radosław Piwowarski powiedział kiedyś, że jest Pani tytanem pracy i dla pracy zrobiłaby Pani wszystko, nawet palec sobie ucięła.
To zawsze jest zabawne, co mówi Sławek, myślę jednak, że przesadza. Sławek ma takie specyficzne poczucie humoru. Pewnie palca bym sobie jednak nie chciała obciąć, ale rzeczywiście moje życie jest niekończącą się pracą. Cały czas rozwijam się i tworzę. Bezczynności i marazmu nie biorę nawet pod uwagę, mimo że już mam swój wiek i formalnie jestem od kilku lat na emeryturze. Emerytura kojarzy się najczęściej z błogim odpoczywaniem, ale dla mnie takie odpoczywanie mogłoby oznaczać zastój, a do tego dopuścić nie mogę. Myślę, że akurat przy mojej energii, przy mojej naturze, nie byłoby to dobre.
– Wciąż ma Pani w sobie głód pracy?
To nawet nie jest głód czy niezaspokojenie, to jest po prostu nieustanna praca nad sobą. Rodzaj aktywności, który jest dla mnie najważniejszy. Tu chodzi o zdobywanie wiedzy, rozwój i ewentualne przekazywanie tej wiedzy, jeżeli ktoś jest na to otwarty. Cały czas czytam. Przeglądam dziesiątki książek, scenariuszy, w wyobraźni buduję sceny. To dla mnie najpiękniejsze i najistotniejsze chwile: czytam książki, popijam wino i przenoszę się w inne światy. Z tego czerpię różne inspiracje. A potem wchodzę albo na scenę, albo przed kamerę, albo podróżuję z tym całym cudownym bagażem nowych odkryć, nowych-starych odkryć, bo to może być literatura, którą znam, ale wciąż do niej z sentymentem wracam.
– Tak jak było z Fedrą… W 1985 roku w spektaklu teatru telewizji w reżyserii Laco Adamika grała Pani Arycję, a przed kilku laty w Teatrze Wybrzeże w spektaklu reżyserowanym przez Grzegorza Wiśniewskiego wykreowała tytułową bohaterkę, którą zachwyciła Pani całą Polskę.
Dziękuję, jestem bardzo wdzięczna za te słowa i za Nagrodę im. Ireny Solskiej. Ale, wrócę, nie byłoby tej nagrody, gdybym od dziecka nie poszukiwała swojej drogi…
– A zaczęło się od Kubusia Puchatka…
A tak, od Kubusia Puchatka. To była moja pierwszej rola w Ognisku Teatralnym prowadzonym przez Halinę Machulską przy Teatrze Ochoty. Ja byłam Kubusiem, a moja koleżanka ze szkoły, Małgosia Bogdańska, Prosiaczkiem. To Małgosia namówiła mnie, żeby zapisać się do tego Ogniska. Wtedy nie myślałam jeszcze o aktorstwie, chciałam zostać pisarką, Jednak poszłyśmy razem z Małgosią na egzamin, przeszłyśmy przez konkursowe sito i zaczęłyśmy swoją przygodę z aktorstwem, która i u mnie, i u Małgosi trwa do dzisiaj. Ciekawe, że po klasyce dziecięcej, zdarzyło mi się spotkanie z klasyką dla dorosłych. Miałam czternaście lat, kiedy zagrałam Puka w Śnie nocy letniej Williama Szekspira, psotnego ducha o nieokreślonej płci. Arycja przyszła później, wtedy już byłam studentką PWST.
– Grała Pani u boku Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Franciszka Pieczki, Bogusława Lindy…
Niedawno, właściwie przez przypadek, obejrzałam ten spektakl. TVP wyemitowała go ponownie po śmierci Franciszka Pieczki, który grał Tezeusza. Oglądałam naszą wspólną scenę i nie mogłam uwierzyć, jak ja wtedy, będąc przecież jeszcze na studiach, odważnie partnerowałam tak wspaniałemu aktorowi. Tak pięknie mówiłam wiersz, tak skromnie, bez żadnych zbędnych dodatków. I cudownie wyglądałam. Nie mogłam wprost się nadziwić, że ja to wszystko przy współpracy reżysera, przy tak wspaniałych partnerach, jako studentka potrafiłam unieść. Dotrzymałam kroku tym niezwykłym aktorom.
– Potrafi Pani przyglądać się swojej drodze dociekliwie. Parę lat temu w Słupsku widziałem Pani spektakl-performance, spotkanie mistrzowskie. Trudno tu o dobrą nazwę gatunkową, ale była to wędrówka przez Pani karierę. Takie My Way Katarzyny Figury. Powtarzała Pani ten spektakl w innych miejscach?
Nie, to zdarzyło się tylko raz… Sama nie byłam pewna, jak się potoczy. Spektakl był po części improwizowany, ale rzeczywiście w trakcie przeglądałam się w lustrach swoich ról filmowych i teatralnych.
– To była opowieść o odwadze. I artystycznej, i ludzkiej, ilustrowana bogato przykładami, Pani dokonaniami artystycznymi. Publiczność bardzo to przeżywała, utożsamiała się z bohaterką.
To było bardzo spontaniczne. Bez wyraźnie zakreślonych konturów, jak choćby w monodramie. Tam wszystko mogło się zdarzyć. Pewnie należało to poddać większej dyscyplinie, tak aktorzy powinni działać, ale ja jestem totalnym spontanem. Do swojego magicznego pudełka wspomnień wrzuciłam różne ślady przeszłości, a potem je wyciągałam, sama bardzo ciekawa, co z tego wyjdzie. Jakaś alchemia. Miałam świeżo w sobie tę Fedrę i film Chrzciny, który wówczas miał premierę. To wszystko ze sobą połączyłam i rzuciłam się w ten eksperyment. Ale właśnie coś takiego – przekraczanie granic, poszukiwanie, najbardziej mnie interesuje.
– Monodram też nie jest Pani obcy, to także pole do eksperymentów. Zaczęło się od Lustra…
…Grzegorza Skurskiego. Potem były Badania terenowe nad ukraińskim seksem Oksany Zabużko w Teatrze Polonia, w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej, dla której to była pierwsza i bodaj jedyna praca w teatrze.
– Wystąpiła Pani z ogoloną głowa, co szeroko komentowano, a stało się tak ze względu na film, w którym Pani występowała…
I po sztuce w reżyserii Pawła Miśkiewicza Alina na Zachód w Teatrze Dramatycznym. To były dwie role przed monodramem Zabużko, w których miałam ogoloną głowę.
– Nie bała się Pani ekstremalnej zmiany wyglądu.
Jeśli to było potrzebne, nie bałam się. W westernie Summer Love, w reżyserii Piotra Uklańskiego, mężczyzna upokarza kobietę, którą grałam, obcinając jej włosy. Proponowano mi wystąpienie w „łysce”, udającej ogoloną głowę, ale ja powiedziałam: „Nie”. Coś jest na rzeczy, pomyślałam, skoro gram dwie role, dwie postaci w tym samym czasie w teatrze i w filmie, które pojawiają się z łysą głową. Muszę tego doznać, muszę poczuć jak to jest, gdy nie ma się włosów, żeby być wiarygodną, prawdziwą, a nie tylko polegać na wyobraźni. Podobnie zdarzyło się po latach, a nawiązuję do filmu krótkometrażowego Karoliny Porcari Victoria, w którym moja bohaterka w wieku pięćdziesięciu kilku lat po raz pierwszy w życiu doznaje orgazmu używając wibratora. Wtedy też postawiłam na eksperyment. Już wcześniej wielokrotnie zagrałam orgazmy. Ale skoro robimy taki film, pomyślałam wówczas, mamy mały budżecik, to możemy sobie pozwolić na eksperyment, bo na to nas stać. Ustaliłam wszystko z reżyserką, ekipa została wysłana na przerwę kawową, pozostała tylko reżyserka i operator. Zostałam sama w pokoju, zrobiono dla mnie konstrukcję niczym szałas – kamera była nade mną, a ja użyłam wibratora i naprawdę doznałam orgazmu, bo chciałam zobaczyć, jak to wypadnie. Mogłam zagrać, ale byłam ciekawa… I to było niesamowite doświadczenie. Zrobiliśmy dubel, reżyserka miała do wyboru dwie wersje, a potem dostałyśmy za ten film między innymi Nagrodę im. Elżbiety Czyżewskiej na Festiwalu Filmów Polskich w Nowym Jorku. Teraz odbieram Nagrodę imienia Ireny Solskiej, ale Elżbieta Czyżewska to też była niezwykła aktorka i osobowość. Kawał historii polskiego kina.
– Mówiono o niej aktorka nieprzewidywalna, zwariowana…
Panie Tomaszu, ja też jestem zwariowana. Gdybym nie była zwariowana, nie powstałoby tyle moich ról, tyle filmów, przedstawień, nie byłoby niczego. Zawsze miałam w sobie taką piekielną ciekawość, potrzebę doświadczania i rozwoju.
– A czy nie ciekawość poznania swoich poprzedniczek o niezwykłej biografii i dokonaniach, zawiodła Panią kiedyś do Kaliny Jędrusik, a ostatnio do Marleny Dietrich – to im poświęciła Pani swoje dwa ważne spektakle.
Tak, na pewno. Ale to są też postacie, które do mnie przychodzą, pojawiają się na mojej drodze i domagają się ode mnie powrotu na scenę. Więc wracam.
– Spektakl o Marlenie Dietrich to ostatnia Pani produkcja. Wyjątkowy spektakl, bo jednocześnie jest hołdem dla wybitnej, nieżyjącej aktorki Teatru Wybrzeże, Joanny Bogackiej. Przedstawienie nosi podtytuł: Hommage a Joanna Bogacka.
To produkcja dwuosobowa, gram z Adamem Machalicą, który wprawdzie nic nie mówi, ale jego obecność jest znacząca. Spektakl reżyserował André Ochodlo, twórca Teatru Atelier w Sopocie, który przed laty wystawił Szarego anioła Moriza Rinke z Joanną Bogacką w roli ikony kina. A teraz po latach wrócił do tego tekstu ze mną. To było dla mnie bardzo ciekawe, bo weszłam jednocześnie w buty gwiazdy kina Marleny Dietrich i jej odtwórczyni, wspaniałej aktorki Joanny Bogackiej. Zadanie było karkołomne, ale reżyser powiedział, że przyniosłam do tego spektaklu coś z Bertolta Brechta(1898-1956) niemiecki poeta, prozaik, dramaturg i inscenizat... More i coś z Becketta.
– Jest Pani wierna zasadzie, że trzeba grać odważnie, bo inne granie Panią nie interesuje. Krystyna Gucewicz napisała o tym przedstawieniu: „Wielka rola, wielki teatr, wbrew małości czasów”. Podobno niebawem zobaczymy Panią w dwóch nowych spektaklach w Warszawie?
Warszawa się o mnie upomniała po latach. Jestem teraz w próbach. Już 18 października czeka mnie premiera Prezentu Phila Olsona w Teatrze Komedia, który reżyseruje Anna Groszyńska, a 8 listopada Wspaniałych horyzontów Bess Wohl w Teatrze 6 Piętro w reżyserii Rafała Szumskiego.
– Otwiera się przed Panią nowy etap?
Na to wygląda.
[Wywiad opublikowany w tygodniku „Przegląd” nr 40/2025, fot. Krzysztof Żuczkowski]
