Człowiek współczesny, a już zwłaszcza człowiek parający się sztuką, żyje w stanie nieustannego rozdarcia. Z jednej strony tęskni za mitem, za legendą, za siermiężną, ale podobno autentyczną wspólnotą minionych epok. Z drugiej – panicznie boi się wszystkiego, co w tej przeszłości było niewygodne: braku klimatyzacji, ciepłej wódki i, o zgrozo, braku zasięgu. Nigdzie ten tragikomiczny dualizm nie objawia się z taką mocą, jak w teatralnej garderobie.
Dawniej garderoba, a właściwie jej przedłużenie, jakim był legendarny warszawski SPATiF, była azylem. To tam rozgrywały się sceny, które dziś nadawałyby się co najwyżej do prokuratury, a wtedy uchodziły za esencję artystycznej wolności. Było już o tym co nieco na tych łamach… Kiedy Jan Himilsbach, natchniony nie tylko muzą, wpadał do lokalu z okrzykiem „Inteligencja wypierdalać!” („-Znacie? -Znamy!. -To posłuchajcie…”), nikt nie wzywał policji ani nie pisał donosu do komisji etyki. Był to po prostu kolejny wieczór w teatrze życia, w którym role były jasno określone, a puenta, choć gorzka, zawsze była błyskotliwa.
A dziś? Ach, dziś wszystko jest inne. Garderoba III Rzeczypospolitej to już nie jest zadymiony azyl, lecz sterylne, klimatyzowane laboratorium, w którym aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More, niczym bolid Formuły 1, poddawany jest nieustannej optymalizacji.
Po pierwsze – ciało. Kiedyś ciało aktora było, jakie było. Czasem chude, czasem grube, najczęściej lekko zatrute. Liczył się duch, talent, charyzma. Dziś aktor musi być przede wszystkim projektem. Projektem fizycznym. Przygotowując się do roli, nie spędza już nocy na filozoficznych dysputach nad kieliszkiem, lecz na siłowni z trenerem personalnym, licząc kalorie i procent tkanki tłuszczowej. Metamorfoza nie polega już na duchowym wniknięciu w postać, ale na spektakularnym przybraniu lub zrzuceniu dwudziestu kilogramów, co jest skrupulatnie dokumentowane na Instagramie i opisywane w kolorowej prasie. To już nie jest aktorstwo, to jest sport wyczynowy z elementami masochizmu.
Po drugie – dusza. Dusza aktora, niegdyś hartowana w ogniu cenzury i egzystencjalnych sporów, dziś jest obiektem troski całego sztabu specjalistów. Dawniej jedynym psychologiem był barman, a jedyną terapią – rozmowa z kolegą po fachu, która często kończyła się braterską bójką. Dziś mamy psychologów, coachów, warsztaty z radzenia sobie ze stresem i, co jest koronnym dowodem naszego postępu, koordynatorów scen intymnych.
Proszę mnie źle nie zrozumieć, idea szlachetna. Chodzi o to, by nikt nikogo nie dotykał bez uprzedniej, wyrażonej na piśmie i poświadczonej notarialnie zgody. Ależ to brzmi pięknie! Wyobrażam sobie taką scenę w nowoczesnym teatrze. Reżyser mówi: „Kochani, w tej scenie ma być namiętność, pożądanie, erupcja uczuć!”. Na co wkracza koordynator z podkładką i pyta: „Dobrze, ale czy uzgodniliśmy już trajektorię dłoni na odcinku lędźwiowym i czy mamy zgodę na kontakt wzrokowy dłuższy niż trzy sekundy?”. Dawniej o namiętności decydowała chemia i butelka wina. Dziś decyduje o niej kodeks postępowania i aneks do umowy. Zamiast niebezpiecznej improwizacji mamy bezpieczną biurokrację.
I wreszcie po trzecie – wspólnota. Ta legendarna wspólnota, która rodziła się w oparach absurdu w warszawskim SPATiF-ie, krakowskim salonie przy Placu Szczepańskim czy sopockim mateczniku rozpusty, po prostu wyparowała. Gdzie dziś spotykają się aktorzy? Na bankietach sponsorowanych przez producenta samochodów, gdzie przez dwie godziny uśmiechają się do zdjęć na tle ścianki z logo. Gdzie prowadzą swoje spory? W komentarzach na Facebooku, używając argumentów o sile i finezji cepa.
Nową garderobą, nową Wyspą Wolności, stał się, jak to ktoś mądrze zauważył, laptop. To tam, w samotności, toczy się prawdziwe życie. Zamiast anegdot – memy. Zamiast złośliwości – hejt. Zamiast wspólnego picia na pohybel systemowi – indywidualne lajki pod zdjęciem z wakacji.
Osiągnęliśmy więc profesjonalizm, bezpieczeństwo i higienę pracy. Aktor jest dziś zdrowy, świadomy swoich praw i doskonale zarządza swoją marką osobistą. Tylko, na litość boską, czy ktoś jest jeszcze w stanie wykrzyczeć coś tak wspaniale niepoprawnego jak Himilsbach? Czy ktoś potrafi odpowiedzieć z taką klasą jak Holoubek? Obawiam się, że nie. Bo w naszej nowej, wspaniałej garderobie, zanim ktokolwiek zdążyłby otworzyć usta, jego agent już wysyłałby esemesa z pytaniem, czy taka wypowiedź jest zgodna z nową strategią wizerunkową. I to jest, moi drodzy, prawdziwy dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More. Tyle że bez puenty.
Konrad Szczebiot
