Proszę Państwa, cóż za piękny festiwal hipokryzji i świętego oburzenia rozpętał się wokół tej nieszczęsnej ustawy o artystach! Z jednej strony słyszymy gromkie pohukiwania obrońców wolnego rynku, którzy w każdym przejawie państwowej troski widzą widmo socjalizmu. Z drugiej – lamenty nad biurokratyczną hydrą, która rzekomo ma teraz decydować, kto jest prawdziwym artystą, a kto ledwie chałturnikiem. A pośrodku tego zgiełku stoi on – polski artysta. Nie ten z telewizji, z willą i basenem, ale ten prawdziwy, który, jak pokazują brutalne dane, w większości zarabia poniżej średniej krajowej, a nierzadko i poniżej płacy minimalnej.
W narodowej mitologii artysta to postać eteryczna, żywiąca się natchnieniem i poklaskiem. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest trywialnie prozaiczna. To człowiek, który, podobnie jak szewc czy piekarz, musi płacić rachunki. Tyle że jego praca ma charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More nieregularny, kapryśny, zależny od ulotnego fluidu zwanego weną i jeszcze bardziej ulotnego zainteresowania publiczności. Skutek? Większość z nich funkcjonuje w „legislacyjnej i ubezpieczeniowej strefie cienia”, bez prawa do chorobowego, bez perspektyw na emeryturę. To sytuacja, którą jeden z polityków, o dziwo trafnie, nazwał „niecywilizowaną”.
I oto, gdy po dekadach debat i konferencji pojawia się projekt, który ma tę dziką prerię choć trochę ucywilizować, podnosi się wrzask. Krzyczą, że to zamach na wolność i tworzenie urzędniczego potwora, który będzie weryfikował dorobek. Oczywiście, że będzie! I pewnie będzie to robił nieudolnie, po znajomości, z klucza politycznego. Cóż za nowina w naszym nadwiślańskim kraju! Ale co jest alternatywą? Dalsze udawanie, że problemu nie ma? Dalsze przyzwolenie na to, by ludzie tworzący tkankę naszej kultury żyli w warunkach, które uwłaczają godności?
Słyszę też argument o kosztach. Trzysta, może trzysta pięćdziesiąt milionów złotych rocznie! Majątek! Proszę Państwa, czy my naprawdę jesteśmy tak zubożałym narodem, że nie stać nas na to, by nasi poeci, kompozytorzy i malarze nie umierali w nędzy? Wydajemy miliardy na rzeczy bez porównania głupsze, na fanaberie polityków i nietrafione inwestycje. A tu nagle żałujemy paru groszy na coś, co stanowi o naszej tożsamości.
Bo tu nie chodzi, na litość boską, o żaden socjalizm. Tu chodzi o zwykłą, prozaiczną mądrość stanu i odrobinę cywilizacyjnej ogłady. Państwo, które nie dba o swoich artystów, samo podcina gałąź, na której siedzi. To nie jest akt(łac. actus = czyn) część dramatu, będąca względnie s... More łaski, lecz inwestycja w kapitał symboliczny, który decyduje o tym, czy jesteśmy narodem, czy tylko zbiorowiskiem ludzi zamieszkujących ten sam obszar geograficzny.
Więc uchwalmy wreszcie tę ustawę, z całym jej biurokratycznym absurdem i niedoskonałością. Będzie to akt może i spóźniony, z pewnością nieidealny, ale konieczny. Akt przyzwoitości. A że malkontenci i filistrzy będą narzekać? Cóż, taka już ich niewdzięczna rola w teatrze polskiego życia publicznego. Niech sobie narzekają. Karawana musi jechać dalej.
Konrad Szczebiot

Pingback: Finansowa strefa cienia artystów - BLOG Grzegorza Kempinsky'ego | BLOG Grzegorza Kempinsky'ego