Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

BoyKott, czyli teatralny Kisiel (10)

W oparach absurdu, czyli o żebraniu na kulturę

Doprawdy, nie nadążam. Kiedy człowiekowi zdaje się, że dno absurdu zostało już osiągnięte i że niżej w tej naszej polskiej kotlinie upaść się nie da, zjawia się urzędnik – albo i całe ministerstwo – i z łagodnym uśmiechem puka w dno od spodu. Przeczytałem byłem oświadczenie redakcji pisma „Didaskalia” i znów poczułem ten znajomy dreszcz, tę mieszaninę zgrozy i podziwu dla logiki, której nie powstydziłby się sam Alfred Jarry, twórca króla Ubu.

Mamy oto, proszę Państwa, pismo teatralne. Pismo, które od lat trzydziestu, z uporem godnym lepszej sprawy, opisuje to, co się dzieje na naszych scenach. Robi to na poziomie, jakiego nie powstydziłby się żaden cywilizowany kraj, o czym świadczą jakieś zagraniczne punkciki i tytuły, których nazw nawet nie podejmę się wymówić – ERIH PLUS, SCOPUS – brzmi to jak zaklęcie przeciwko złym mocom, a jest, jak rozumiem, dowodem na rzetelność. I co? I nic.

Jeden wielki Gmach przy Krakowskim Przedmieściu, ten od Kultury, powiada: „To pismo jest naukowe, więc my za nie nie płacimy”. Logika, zaiste, spiżowa. Bo przecież kultura, a zwłaszcza teatr, to rzecz tak prosta i oczywista, że namysł nad nią jest zbytecznym luksusem, fanaberią jakichś jajogłowych. Drugi Gmach, ten od Nauki, nabrał wody w usta i duma, czy teatrologia to w ogóle jest nauka, czy raczej jakaś podejrzana dywersja ideologiczna. A pismo wisi w próżni.

I tu dochodzimy do sedna tej komedii omyłek. Otóż, żeby przetrwać, redakcja musi co miesiąc startować w konkursie. Co miesiąc udowadniać, że wielbłąd nie jest ptakiem, że teatr w Polsce istnieje i że warto o nim pisać. Trzeba bowiem, proszę Państwa, przedstawić z góry, co się w numerze znajdzie. Bo teatr, jak wiadomo, jest rzeczą ze szczętem przewidywalną. Premiery odbywają się wedle pięcioletniego planu, aktorzy grają od linijki, a krytyczna myśl to tylko kwestia wypełnienia odpowiedniej rubryki w formularzu. Każdy, kto choć raz był w teatrze, wie, jaka to durnota. Ale urzędnik nie był. Urzędnik ma swoje tabelki.

Najpiękniejsza jest jednak wolta z punktacją. Była władza rozdawała punkty swoim faworytom. Obecna władza, w szlachetnym porywie dziejowej sprawiedliwości, cofnęła niektóre z tych darów. Ale cofnęła je tak sprytnie, że ci, co dostali punkty za zasługi czysto naukowe i międzynarodowe uznanie (jak owe nieszczęsne „Didaskalia”), je stracili, a ci, co dostali je z politycznego nadania, je sobie zachowali. To już nie jest logika Ubu, to jest logika z domu wariatów. Wychodzi na to, że w naszej umęczonej ojczyźnie bardziej opłaca się być pieszczochem władzy – obojętnie której – niż po prostu dobrze robić swoje.

I tak oto pismo z trzydziestoletnim dorobkiem staje się petentem. Ma status żebraczy, co miesiąc wyciągając rękę po jałmużnę, która pozwoli mu przeżyć do następnego konkursu. Redakcja pisze z godną podziwu delikatnością, że władza „lekceważy czytelników i autorów”. Ja bym to ujął prościej: władza ma kulturę w głębokim poważaniu. Toleruje ją, dopóki jest ona źródłem igrzysk i nieszkodliwej rozrywki. Ale myśl? Refleksja? Analiza? To już fanaberia, na którą szkoda grosza z państwowej kasy.

Bo tu nie chodzi o jedne „Didaskalia”. Chodzi o odwieczny stosunek państwa – każdego państwa, ale naszego w szczególności – do tego, co nie jest ani fabryką gwoździ, ani defiladą wojskową. Do sfery ducha, która ma tę nieznośną właściwość, że jest nieprzewidywalna i czasem krytyczna. O wiele łatwiej jest dać pieniądze na festyn z kiełbasą albo na produkcję telewizyjnej papki. To jest policzalne, wdzięczne i nie zadaje kłopotliwych pytań.

Redakcja kończy apelem: „Mamy nadzieję, że mimo wszystko przetrwamy”. To „mimo wszystko” jest najsmutniejszym podsumowaniem kondycji polskiej inteligencji. Przetrwać nie dzięki systemowi, nie w ramach normalnego porządku, ale na przekór, cudem, na złość biurokratycznej machinie.

A może ja się mylę? Może właśnie o to chodzi, by nikt nie czuł się pewnie? By każdy twórca, redaktor i intelektualista wiedział, gdzie jego miejsce – w kolejce po zasiłek? Bo jak się człowiek martwi o przetrwanie, to nie ma czasu na myślenie.

I będzie spokój. A o to przecież w tym całym galimatiasie chodzi.

Konrad Szczebiot

1 komentarz do “BoyKott, czyli teatralny Kisiel (10)”

  1. Pingback: O żebraniu na kulturę - BLOG Grzegorza Kempinsky'ego | BLOG Grzegorza Kempinsky'ego

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.