„Panie Łukaszu, nie przyjadę, przepraszam ale nie dam rady, coś się dzieje, nie wiem jeszcze co, jutro idę do szpitala”.
W połowie lutego, w cyklu „Przywrócone arcydzieła” w Krakowie, pokazałem „300 mil do nieba” Macieja Dejczera.
Jadwiga Jankowska-Cieślak miała być gościem tego spotkania. Nie przyjechała.
Kiedy kilka lat temu, w tym samym cyklu, pokazaliśmy „Trzeba zabić tę miłość”, usiedliśmy w trakcie seansu z Panią Jadwigą na piętrze, pusta sala, niedobitki jakieś. I rozmowa. Jedna z tych do zapamiętania. Zapisałem notatki w głowie.
Rozmowa o byciu aktorem, o złości na ten zawód, i akceptacji, i jeszcze o tym, że nie trzeba mieć żalu do losu, że ułożył się tak, a nie inaczej.
W przypadku Jankowskiej-Cieślak mogłoby chyba rzeczywiście być lepiej.
Cóż to było za zjawisko. Całe życie zawodowe, aż do końca, aż do ostatniej premiery, „Przebłysków” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz i poruszającego duetu z Danielem Olbrychskim.
Zjawisko. Janusz Morgenstern uważał Jankowską-Cieślak za swoje największe odkrycie aktorskie. Nie trzeba tego weryfikować. Wystarczy obejrzeć wspomniane „Trzeba zabić tę miłość”, potem koniecznie „Inne spojrzenie” Makka (genialny duet z genialną Szapołowską i zasłużona Złota Palma w Cannes), kolejne filmy, a szczęśliwcy także teatr, nawet bardzo teatr, bardzo bardzo.
Zjawisko. Talent, który zdarza się raz na dekadę może. Dzika dziewczyna, jak z angielskiego kina społecznego, ale w tej dzikości przecież także inna, purpurowa róża z Mokotowa, nie z Kairu. Kolczasty kwiat, zadzior, ale jak Magda w „Trzeba zabić…”, jak Joanna w „Rysie” Michała Rosy, jeżeli te kolce kogoś raniły, to ją tylko, bohaterkę graną przez Jankowską-Cieślak.
Nie chcę pisać o człowieku, za mało się znaliśmy, chociaż tych spotkań trochę było, a zawsze serdeczne, o jednym jednak nie tyle chcę, co muszę napisać. Muszę koniecznie.
To była pandemia, ścisła pandemia, wszystko zamknięte właściwie. Jednym z niewielu festiwali, który wówczas się odbył, w krótkim okienku odblokowywania imprez, była „Integracja Ty i Ja” w Koszalinie.
Bardzo wyjątkowy festiwal, bo dedykowany osobom z niepełnosprawnościami, od których i ja, i uczestnicy, uczą się sprawności mentalnej, ludzkiej, uczą się wszystkiego.
Wtedy, w maseczkach, przestraszeni, ruszyliśmy z jurorami, Panią Jadwigą, Małgosią Foremniak i z Kubą Czekajem, do Koszalina.
Tamto zamknięcie umożliwiło bliższą relację. Uczestnicy, każdy z własnym dramatem(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More, i my, nieduża grupa gości, i Pani Jadwiga Jankowska-Cieślak między nami, zasłuchanymi w nią.
Starsza, mądrzejsza, taka skromna.
W pustej sali bankietowej, pustego hotelu „Koszalin”, siedzieliśmy z Kubą Czekajem, z Petro Aleksowskim i z Panią Jankowską-Cieślak.
Pytałem o Cannes, o role, nie chciała o tym opowiadać. Pytała nas – o życie, o pracę, o rodziny.
Zaklinam teraz tamten czas, za który wyjątkowo jestem wdzięczny; za czas, dzięki któremu dowiedziałem się, że spokój wewnętrzny to również pokora, że skromność to największa może wartość.
W Koszalinie nie mogliśmy się ze sobą rozstać.
Traktujmy to zatem za sprawę niedokonaną.
Nie ma rozstania.
W Cieszynie, podczas „Kina na Granicy”, pokazaliśmy niemal zupełnie zapomniany film „Ostatni liść” Barbary Sass z 1973 roku – z onieśmielająco znakomitą rolą Jadwigi Jankowskiej-Cieślak oraz równie wybitną bohaterki cieszyńskiej retrospektywy, Mai Komorowskiej.
Wiadomo, komu zadedykowaliśmy ten seans.
Komu zadedykujemy jeszcze niejeden seans w naszym życiu.
Łukasz Maciejewski
[Felieton publikowany w „Kalejdoskopie Kultury”; foto: Wojciech Szwey / Integracja Ty i Ja]
