Zacieranie śladów poprzedników to cecha wielu następców. Wstępują na tron, jakikolwiek ten tron by nie był, w przeświadczeniu, że historia zaczyna się od nich.
Ta dość irytująca praktyka obca jest jednak naturze ustępującego dyrektora artystycznego Teatru Narodowego, który po 22 latach kończy 31 sierpnia swoją misję. Jan Englert pielęgnował wręcz pamięć o dokonaniach swego poprzednika i o brak szacunku dla tradycji nie sposób byłoby go pomówić. To on przecież był inicjatorem przeglądów twórczości sygnowanych nazwą „Planeta Grzegorzewski”, inicjatorem wydawnictw i spotkań poświęconych magowi polskiej sceny. Wyśmienity spektakl Jerzego Grzegorzewskiego „Duszyczka” wg poematu Tadeusza Różewicza, w którym zresztą Englert kreował rolę główną, utrzymywał na afiszu przez kilkanaście lat – był grany jeszcze kilka miesięcy temu.
Wspominam o tym wszystkim, ponieważ pierwsza scena „Hamleta”, pożegnalnego spektaklu dyrektora Englerta, ukazuje demontaż pamiątek po zamordowanym królu. Jego portrety, będące portretami Jana Englerta w rolach królewskich, najpierw ładowane na wózek transportowy zrzucane są w czeluść teatralnej zapadni. W ten sposób Englert przyznaje, że nie wierzy w zachowanie pamięci o swojej pracy, że podzieli los wielu odchodzących, co zresztą wydaje się dość naturalnym procesem w teatrze – sztuce zawsze nastawionej na teraźniejszość. Aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More/ reżyser umierają wraz z końcem przedstawienia. Zostają po nich tylko powidoki. Jeśli ktoś chce w tym dostrzec jakiś przytyk do następcy, głęboko się myli. Fakt, że ci – w sposób oczywisty różniący się doświadczeniami artyści – zauważyli talent tego samego, młodego aktora u progu kariery, Hugo Torresa, wydaje się znaczący. Torres zadebiutował w dorosłym teatrze zaledwie pół roku temu jako Merkucjo w „Romeo i Julii” we wrocławskim Capitolu w reżyserii Jana Klaty. Teraz błyszczy jako Hamlet w spektaklu Englerta.
Pojawia się na scenie, zanim ruszy machina akcji, od razu zwraca uwagę jego energia, młodzieńczość, zachwyt światem i przyjazna zwyczajność – widać, że rwie się ku życiu. Pojawia się nie sam, bo z przeciwnej krawędzi sceny zjawia się Ofelia (Helena Englert) . Oboje są sobą zafascynowani, może to pierwsze zauroczenie, może to już miłość na zawsze, kto wie. Wygląda to na początek romantycznej historii. Ale nie jest. Bo ani „Hamlet” Szekspira, ani „Hamlet” w reżyserii Jana Englerta nie jest romantyczną historią, bo to nie miłość, ale zawiść, łotrostwo, walka o władzę grają tu pierwsze skrzypce.
A jednak obecność na scenie, już na samym początku, Hamleta i jego ukochanej, wzmacnia dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More młodych ludzi, którzy postawieni wobec niewyobrażalnych przeszkód, będą musieli wyrzec się zwykłego życia. Na początku, w choreograficznej ekspozycji Englert chce wszystkim powiedzieć: spójrzcie, to tylko zwyczajni młodzi ludzie, pełni życia, radości, energii, wydaje się, że świat do nich należy i mogą wszystko. Tyle tylko, że to ułuda, że to zwykłe życie nie jest im z góry pisane. Hamlet jest przecież księciem, następcą tronu, ulubieńcem tłumu, a wiadomo, że królom nie wolno wszystkiego, są więźniami obyczaju i obowiązków dynastycznych, cierpią na brak swobody w lokowaniu uczuć. Toteż Laertes przestrzega siostrę przed zalotami księcia, a Poloniusz (Cezary Kosiński) troszcząc się o córkę posuwa się nie tylko do dobrych rad, ale zamienia w gorliwego szpiega uczuć. Ale jeszcze na początku, nim ruszy machina akcji i świat nie wypadnie z formy, młodzi zdają się o tym wszystkim nie wiedzieć. Nie biorą tego pod uwagę, zanim na księcia nie spadną ciosy, jeden po drugim. Śmierć ojca, najpierw podejrzenie, a potem pewność, że skrytobójcza, pospieszne zamążpójście owdowiałej matki (Beata Ścibakówna), knowania stryja Klaudiusza (Mateusz Kmiecik), intrygi dworu, zdrady najbliższych, próby manipulacji bliskich kolegów Rosencrantza (Sebastian Dela) i Guildensterna (Piotr Kramer), to kolejne lekcje udzielane ze strony gnijącego państwa. U Szekspira przynajmniej Horacjo (Przemysław Stippa) pozostaje wiernym druhem Hamleta, ale Englert i jego czyni intrygantem i podstępnym wiarołomcą, który dla własnego interesu albo może w służbie obcego władcy działa przeciw swemu przyjacielowi. Hamlet mógłby jak Mickiewiczowski Konrad rzec: „Samotność, cóż po ludziach”. Bo jest sam jak palec w zwarciu z nieprzyjaznym światem. No, może aktorzy mu sprzyjają, ale to przelotne ptaki.
Tej drapieżnej konfrontacji Hamlet Torresa sprosta. Dorośleje w oczach, nie poddaje się. Najpierw szlochem reaguje na wspomnienie zabitego ojca, ale potem zmienia się w księcia z książki Machiavellego, ucieka się do gry i podstępu, choć na koniec – jak chciał Szekspir – sam na siebie zastawia pułapkę, stając do walki z Laertesem. Ten chłopak z gitarą w wyciągniętym swetrze, przypominający tymi atrybutami Hamleta Włodzimierza Wysockiego, kiedy monologuje „być albo nie być” wie, że los ma w swoich rękach. Fatum przedstawia postawiona gitara, która wychyla się, a to w prawo, a to w lewo, przypadkiem wskazując zwycięzcę – los trzeba chwycić w odpowiednim momencie, tak jak to uczyni Hamlet, łapiąc zręcznie gitarę, nim przewróci się na bok. Ale mimo tej zademonstrowanej pewności ręki, nie ucieknie przed swoim przeznaczeniem – koniec i tak będzie należał do Fortynbrasa. W tym przedstawienia Fortynbras (Paweł Tołwińśki) wyłania się zza Carskich Wrót i zdecydowanym kołyszącym krokiem Władimira Putina podąża po władzę. Wystarczy się nieznacznie schylić, elita polityczna kraju padła pokotem. Englert wyciągnął wnioski z lektury interpretacji Jana Kotta i potraktował „Hamleta” jak gąbkę, która wsysa współczesność.
To oczywista przestroga, którą podkreśla projekcja reprodukcji obrazu „Przejście przez Berezynę” Janusza Suchodolskiego jako kurtyny przed drugą częścią przedstawienia – zapowiedź wkroczenia wojsk Fortynbrasa. Przestroga bardziej dla polityków niż teatru, choć o teatrze w tym spektaklu sporo. Tragedia Szekspira w równej mierze dotyczy świata polityki, co świata teatru, oba te światy ze sobą konfrontując w scenie „pułapki na myszy”, kiedy to oszustwo teatru, udanie, sztuka wykazuje swoją moralną wyższość nad oszustwem, udaniem, intrygami, którymi na każdym kroku żywi się polityka. Różnica polega na tym, że po zbrodniach polityki przegranych aktorów wydarzeń trzeba wynosić na mary, a w teatrze aktorzy wstają zwykle do ukłonów. „Ale naprawdę podniosłe – jak pisała Wisława Szymborska – jest opadanie kurtyny”.
Hamlet jednak nie wypowie porad dla aktorów, jak mają grać, aby ocalić prawdę, bo zabrzmiałoby to w tym przedstawieniu fałszywie: dla Hamleta Torresa/Englerta to aktorzy są nauczycielami świata, a nie politycy nauczycielami aktorów. Przed taki pokusami zdaje się odchodzący dyrektor przestrzegać, tak jak z lekka pokpiwa sobie z „chłopięcych teatrów”, którym najwyraźniej i Szekspir nie sprzyjał. Pokpiwa też z publiczności, która często gęsto nie potrafi odróżnić ziarna od plewy.
Scena z aktorami stanowi jeden z wierzchołków tego spektaklu, a występ mistrzów ze stolicy (niezrównani Jerzy Radziwiłowicz i Patrycja Soliman) zesłanych na prowincję okazuje się idealny w swojej konwencji, choć nosi znamiona lekkiego pastiszu. Jan Englert jest zbyt wytrawnym artystą, aby nie wiedział, że teatr wciąż się zmienia, a więc i ta konwencja kruszeje, przechodzi nieuchronnie do archiwum. Jej miejsce zajmuje żywiołowość, młodzieńczość, nowa naturalność (ale kontrolowana), jaką w tym spektaklu proponują Hamlet, Ofelia i Laertes (Paweł Brzeszcz), choć przecież jako echo i przestrogę mają piosnkę Grabarza (świetny Arkadiusz Janiczek): „I czeka już dół pełen chłodu,/ Gdzie cmentarz rozkwita zielony”.
W znakomitej formie artystycznej Jan Englert zamyka swoją dyrekcję artystyczną w Teatrze Narodowym.
Tomasz Miłkowski
Hamlet Williama Szekspira, tłum. Stanisław Barańczak, reżyseria Jan Englert, scenografia Wojciech Stefaniak, kostiumy Martyna Kander, muzyka Aleksandra Gryka, choreografia(gr. choreia = taniec + grapho = piszę), sztuka tworzenia u... More Tomasz Wygoda, światło Karolina Gębska, projekcja wideo Jagoda Chalcińska, układ pojedynku Przemysław Wyszyński, Teatr Narodowy, premiera 12 kwietnia 2025.
[Fot. Marta Ankiersztejn/ Archiwum artystyczne Teatru Narodowego]
