Alina Kietrys o WSPÓLNYM POKOJU i BRYTANIKU w Teatrze Wybrzeże:
Teatr Wybrzeże święci ogólnopolskie triumfy. Ma bowiem bardzo dobry zespół aktorski, ale również dyrektor Adam Orzechowski wybiera dramaturgów i reżyserów zasługujących na baczną uwagę. Zaprasza młodych twórców, którzy w Wybrzeżu przecierają swój artystyczny szlak, jak i angażuje doświadczonych artystów, tworzących niezapomniane spektakle: Jana Klatę, Mariusza Grzegorzka, Jarosława Tumidajskiego czy Marcina Wierzchowskiego. Z pewnym niepokojem czekamy na przełożoną na 29 marca premierę „Potopu” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego, ale radością napawa fakt, że za kilka miesięcy obejrzymy spektakl „Mamling, czyli historia końca świata” w reżyserii i według tekstu Agaty Dudy-Gracz.
„Wspólny pokój”
Ten spektakl włączono do repertuaru teatru pod koniec ubiegłego roku. „Wspólny pokój” jest opowieścią o pierwszych miesiącach bytowania po drugiej wojnie światowej urządzających się w Gdańsku ludzi. Trafili oni do naszego miasta w 1945 roku z Kresów, z Warszawy, ale też z głębi Polski. Gdańsk był wówczas miastem „trupów i ruin” jak pisał poeta. Zburzone i wypalone kompletnie Śródmieścia i gdzieniegdzie samotnie sterczące kikuty murów. W taką przestrzeń powoli wprowadzali się Obcy i Swoi, wracała bowiem do miasta ocalona część gdańszczan. O tamtej więc atmosferze i czasie miał być spektakl na Scenie Malarnia, który wyreżyserował Radek Stępień, a scenariusz jak zwykle w tym duecie napisał Konrad Hetel. Zamysł takiego spektaklu o Gdańsku na pewno był ciekawy, ale materia literacka, która stanowi kanwę widowiska, nie jest wystarczająco pełna i odnosząca się rzeczywiście do historycznych doświadczeń naszego miasta. Wydaje się wręcz, że miejsce akcji jest tutaj okolicznościowym wyborem i właściwie w wielu miastach na tzw. Ziemiach Odzyskanych mogłaby się rozgrywać akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More tego spektaklu. W scenariuszu niestety pojawiły się stereotypy i zadziałały mentalne wzorce, wykorzystywane już w literaturze po wielokroć. ilustrujące tamten pookupacyjny czas. Ale bronią się w tym spektaklu nakreślone typy osobowości bohaterów i ich psychologiczne postawy w budowaniu wspólnoty w nowej przestrzeni, do której trafili. Tworzą te psychologiczne rysy bardziej grający w spektaklu aktorzy niż scenariusz widowiska.
Scena jest głównym pokojem dawnego, zapewne dużego mieszkania, w którym było wiele drzwi i jedno, teraz nieszczelne okno. Tutaj będzie rozgrywała się akcja tej z pozoru gdańskiej opowieści. Przestrzeń pokoju zagospodarowano tym, co dało się zdobyć po wojennej pożodze. Materac, krzesła, stół i jakiś cudem ocalony obraz – scenografia Pawła Paciorka jest adekwatna do snutych przez bohaterów opowieści. To też sugestia, że zaczynaliśmy po tej wojnie wszyscy niemal od zera i budowaliśmy powoli i z trudem ten nasz wspólny pokój, choć nie było w nim na początku ani miło, ani przytulanie. Najważniejszy był dach nad głową i miejsce, do którego można było przyjść i w którym można było się schronić i ogrzać. Do tego właśnie mieszkania trafiają pierwsi lokatorzy – Stary i jego wnuk Janek. Lokum za łapówkę przydziela im Rosjanin, którego nie poznajemy w spektaklu, ale o którym będziemy słyszeli kilkakrotnie. Ów Ruski decyduje, kto i gdzie w Gdańsku będzie mieszkał.
Stary jest dziwną postacią, staje się niespodziewanie przyszywanym dziadkiem Janka. Jego przeszłość to Wermacht i godność niemieckiego żołnierza, stąd historia z mundurem ma swoje znaczenie i określa jego osobowość. Krzysztof Matuszewski w tej roli przenikliwie demonstruje wojenne przeżycia bohatera. Pamięta i nie pamięta równocześnie. Stara się wypierać groźne dla niego w nowej rzeczywistości zdarzenia, ale też maniakalnie powtarza, że „Niemcy tu zaraz wrócą”. Zapewne dlatego hymn niemiecki śpiewa z poczuciem dumy, a już w chwilę potem wydaje się zagubionym, zdziwaczałym staruszkiem, który nie bardzo radzi sobie z otaczającym go światem. Jest z tą zaprzeszłą dumą odpychający, a starczą bezradnością budzi litość. Ciekawy to pomysł interpretacyjny Krzysztofa Matuszewskiego, godny zapamiętania i z pewnością to najważniejsza i najpełniejsza rola w tym spektaklu. Wspierający Starego Janek (Paweł Pogorzałek) natomiast jest dobrym, ale dość naiwnym i strachliwym młodym człowiekiem. Stara się pomóc i uspokoić „dziadka” i dostosować do zaistniałej sytuacji. Zmienia się nieco, gdy pojawia się agresywne zło zagrażające Hance, następnej lokatorce skierowanej do tego mieszkania, jego późniejszej dziewczynie. W drugiej części przedstawienia Janek jest już w związku z Hanką. Niestety Paweł Pogorzałek jest nudny, a „gwałtowna” scena miłosna z Hanką na stole wydaje się marnym reżyserskim pomysłem, niepasującym kompletnie do demonstrowanej osobowości Janka. Ale zanim nastąpi owa miłosna igraszka, przybędą do wspólnego pokoju nowi lokatorzy, też skierowani za łapówki przez Ruskiego. Tak trafia tu Zofia. Intrygująca rola Justyny Bartoszewicz. Napięcia, tajemnice i niepokój, ale z psychologiczną pustką. Obie kobiety Hanka i Zofia mają diametralnie różne wojenne doświadczenia. Traumy doświadczyła przede wszystkim Hanka. W tej roli Karolina Kowalska, wpierw przerażona i broniąca się przed niespodziewaną agresją kolejnego lokatora – chamowatego, często pijanego prostaka Bogusia (Maciej Konopiński zbudował zręcznie tę postać), a potem właściwie pogodzona z sytuacją, w której się znalazła, choć chciałby lepszego życia. Do wspólnego pokoju trafia wreszcie urzędnik Kalina (Cezary Rybiński robi wrażenie przełamywaniem powściągliwości). Poleca on wszystkim lokatorom, by się wyprowadzili, bo zupełnie inna rodzina dostała przydział na to gdańskie lokum. Kalina też ma swoją przeszłość, która objawi się przy wigilijnym stole w drugiej części spektaklu. Ci obcy sobie ludzie próbują właśnie w trakcie wigilii odnaleźć nić porozumienia. Ale wtedy nowe zdarzenia kończą tradycyjną wieczerzę. Wspólnota pokoju nie jest wspólnotą postaw i zachowań. Świat tworzony na nowo buduje się z trudem. Nic nie ułoży się od razu, nie uda się stworzyć wspólnej przestrzeni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Reżyser spektaklu Radek Stępień wyraźnie miał za mało literackiego (scenariuszowego) budulca w tym spektaklu. Stąd pewnie ta powolność i nadmierna celebra w poszczególnych scenach. Odbierała ona dramaturgiczny nerw przedstawieniu, szczególnie w drugiej części A powojenna historia Gdańska okazała się pretekstem do stworzenia opowieści głównie psychologicznej, w której wojenne doświadczenia i przeżycia naznaczają ludzi na całe życie. Psychologia postaci, niestety niepełna, okazała się ważniejsza niż historyczny genius loci Gdańska.
„Brytanik”
To przedstawienie według sztuki Jeana Racine’a na Scenie Kameralnej w Sopocie wyreżyserowane przez Grzegorza Wiśniewskiego, etatowego reżysera Teatru Wybrzeże, polecam szczególnie. I nie z powodu dokonań i pomysłów reżyserskich, ale przede wszystkim dzięki aktorskim kreacjom i magnetycznej wręcz scenografii, i malarskim kostiumom Mirka Kaczmarka. Wizualna strona „Brytanika” połączona jest z maestrią warsztatową głównych postaci dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More, wspartą przemyślanymi i precyzyjnie wykorzystanymi efektami multimedialnymi. Muzyka Marcina Nenko i Katarzyny Dałek podbija napięcia i sugestywnie dopełnia słowa. Wielowarstwowość formalno-estetyczna tworzy szansę przeżycia sugestywnego i pięknego widowiska. To spektakl pełne emocji danych widzom przez aktorów.

Sztuka Racine’a jest opowieścią z kontekstami historycznymi, osadzoną w antycznym Rzymie. Prapremiera odbyła się w XVII wieku w Paryżu. Na polskich scenach tekst tego dramatu nie miał specjalnie wielu realizacji. Walka Nerona o władzę i zdobycie Juni, narzeczonej Brytanika, jest bezwzględna. Plany Nerona chce pokrzyżować matka. Agrypina jest wyrachowana i cyniczna, ale to ona walczyła wcześniej, by na tronie znalazł się Neron, a nie syn cesarza Klaudiusza i Messaliny Brytanik, prawowity dziedzic do tronu. Neron poślubił więc siostrę Brytanika Oktawię, Klaudiusz usynowił Nerona i uczynił cesarzem Rzymu. Brytanik wydaje się po tych wszystkich intrygach zagubionym nieszczęśnikiem, którego na pewno nie ochroni przed Neronem w tym spektaklu demoniczny Narcyz ani prawowity Burrnus. W sopockim przedstawieniu obserwujemy narastającą siłę Nerona, jego przebiegłość, ambicje i namiętności. Gra o tron i kobietę jest bezwzględna.
Spektakl rozpoczyna się powoli, niemal leniwie. Scenę w prostokącie wypełniają połyskujące ściany z pleksi, mieniące się różnymi niepokojącymi odcieniami. Ruchome pod wpływem uderzenia czy szybkiego ruchu. Za nimi korytarze. Nie brakuje czerwieni, którą łatwo skojarzyć z krwią. Zawinięta w szaty postać leży nieruchomo. Kiedy wstaje z twarzą ukrytą w masce i rozpoczyna swój przedziwny taniec wykonuje spazmatyczne ruchy na przebudzenie, pełne cielesnych napięć, niczym derwiszowy trans. Czerwone szaty opadają. W rogu z gitarą w ręku przygląda się tym cielesnym zmaganiom Junia. Szarpie struny niby przypadkowo, ale bez nieśmiałości. Dźwięki się nakładają. Rusza machina opowieści. Neron za chwilę spełni zachciankę, porwie Junię narzeczoną Brytanika. Wie, że sprawi tym zamieszanie na dworze i kłopot Agrypinie. Na nic też zda się napominanie matki, że przecież jest żonaty.
Piotr Biedroń w roli Nerona jest niczym nabierający siły i energii, narastający demon zła. Knuje i złorzeczy, drażni i ośmiesza, błaznuje jak dorastający dzieciak i rani z siłą potwora. Jego fizyczność mieni się urodą i brzydotą, wszystko w zależności od stanu, w który się wprowadza. Kocha i nienawidzi z taką siłą, że nie sposób wydobyć się spod mocy jego jadowitego spojrzenia. To znakomita rola tego aktora, który udowadnia po raz kolejny, że jest aktorem wielkiej klasy i charyzmy. A obok Nerona w tym spektaklu ważna i silna Agrypina – Dorota Kolak – matka o wszystkich odcieniach namiętności. Potrafi być zimna i szydercza, i nieugięta. Jest nieustępliwa, kiedy broni swoich racji i zdumiewająco uległa, kiedy próbuje takim sposobem osiągnąć swój cel. Zbliżenia jej twarzy na dużym ekranie pokazują dokładnie napięcie w ruchach powiek, a w oczach iskry albo łzy. To buduje wyrazistą siłę Agrypiny. Wyniosłość w ruchach i dobitność w głosie dopełnia wizerunku. Agrypina Doroty Kolak stanowi o sile tego spektaklu.
Absolutnie godny wielkiej uwagi w tym „Brytaniku” jest Jarosław Tyrański jako Narcyz, najbliższy osobowości Nerona, podszyty złem, diaboliczny, dosadny doradca. Powolny w ruchach, bo chodzi wspierając się o kulach. Jeździ też na wózku. Choć fizycznie przeciążony, w złych intencjach jest silny i bezwzględny. Tyrański odżył w tym spektaklu i powrócił do swoich najlepszych czasów aktorskiej prosperity.
Jego przeciwwagą moralną w tym „Brytaniku” stanowi postać Burrusa w ważnej i wyważonej interpretacji Marka Tyndy. Szlachetność na dworze Nerona nie jest w cenie. Wydaje się wręcz niemożliwa, a jednak Burrus próbuje. Chce zgodnie ze swoim wewnętrznym kodeksem podpowiedzieć cesarzowi najlepsze rozwiązania. Tynda prowadzi tę rolę z wewnętrznym spokojem, stanowczo i dojrzale. Jego siła tkwi w idealistycznym poczuciu misji. Kiedy wie, że jest zbyteczny i wadzi Neronowi, potrafi zapanować nad chwilowym odtrąceniem. Mowa ciała aktora jest tak samo ważna, jak słowa. Tynda z Tyrańskim tworzą w tym spektaklu bardzo ciekawy duet dworskich przeciwników.
Junia Katarzyny Dałek przyciąga wzrok, jest piękną kobietą, potrafi skupić na sobie uwagę, ale ma wyraźnie kłopoty w kontaktach z młodzieńczo niedojrzałym Brytanikiem (Robert Ciszewski).
Polecam ten spektakl, bo magia teatru działa w nim z prawdziwą siłą. A muzyka świdruje mózg – przyciąga uwagę. Gdy następuje spowolnienie czy zatrzymanie akcji niczym w stop-klatce, to dźwięki wibrują i po chwili przywracają sceniczne życie „Brytanika”.
Alina Kietrys

[Zdjęcia
WSPÓLNY POKÓJ, fot. Martyna Niećko/Teatr Wybrzeże
BRYTANIK, fot. Natalia Kabanow/Teatr Wybrzeże ]
