Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Z FOTELA ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO: MAŁGORZATA HAJEWSKA-KRZYSZTOFIK

Dzisiaj w telewizji premierowa „Wizyta starszej pani” Dürrenmatta w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej.

W roli Klary Zachanassian – Małgorzata Hajewska – Krzysztofik.

Doskonały czas tej wybitnej od zawsze aktorki, dwie nominacje do Orłów, duże i godne jej talentu role, Klara powinna być dopełnieniem złotej serii.

O całej, przede wszystkim teatralnej karierze Małgorzacie Hajewskiej-Krzysztofik piszę w cyklu „Aktorskie twarze Krakowa”, publikowanym w miesięczniku „Kraków”.

ŁM

AKTORSKIE TWARZE KRAKOWA

POKONAŁAM LWAMAŁGORZATA HAJEWSKA-KRZYSZTOFIK

Kraków to wciąż jej miasto. Pracuje w Warszawie, w Teatrze Nowym, gra coraz więcej w kinie, ostatnio w „Kobiecie z…” Małgorzaty Szumowskiej i Macieja Englerta, w „Iluzji” Marty Minorowicz, w serialu „Informacja zwrotna”, a jednak Kraków to wciąż najważniejszy adres, najważniejsze role. I Szkoła Teatralna, praca z młodzieżą, i macierzyństwo, i Teatry Telewizji.

Hajewska-Krzysztofik ma status podobny nieco do Jana Frycza, Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Jerzego Radziwiłowicza czy Andrzeja Grabowskiego. Mogą wyjeżdżać, robić kariery, odcinać pępowinę, ale i tak pozostaną na zawsze krakowscy, nasi, naznaczeni Krakowem.

Małgorzata jest jednak w tym gronie postacią szczególną. Jeżeli Kraków, to na pewno nie Rynek, nie Prądnik Biały, ani Bieżanów – raczej Kazimierz, i wcale nie dlatego, że przez wiele lat mieszkała z rodziną w aktorskim mieszkaniu służbowym na ulicy Józefa.

Haja, wszyscy mówią o niej Haja, ktoś to wymyślił lata temu i zostało już. Haja jest zatem jak Kazimierz. Odrębna, wyizolowana, państwo w państwie, miasto w mieście, aktorka w artystce.

Mistrzyni aktorskiego dysonansu. Ta drobna, krucha kobieta, z charakterystycznym nieśmiałym uśmiechem, jest najczęściej obsadzana w skomplikowanych psychologicznie rolach, gra bohaterki destrukcyjne. Nawet jeżeli materiał literacki jest błahy, lub oczywisty, Hajewska wzbogaca rolę elementami które zaprzeczają powierzchownym interpretacjom.

Inna, inność, inaczej. Nie chciałbym wcale, żeby była tak etykietowana. Potrafi się uśmiechać najpiękniej, jest dowcipna, w kinie gra także realistycznie, w teatrze od lat marzę o komedii z jej udziałem. Mimo to, Haja ma w sobie coś niepokojącego. Niektórzy się jej obawiają, większość szanuje. Trudno nie szanować, ale bać się nie potrzeba.

Jest jak Kazimierz: boczna uliczka od Estery, rzemieślnicy, alchemia pamięci, ale i odwaga funkcjonowania w teraźniejszości. Wszystkie historie są jeszcze do opowiedzenia. Haja opowie je najpiękniej.

***

Pamiętam naszą rozmowę, pierwszy wywiad, przeprowadzony jeszcze w służbowym mieszkaniu teatralnym, na krakowskim Kazimierzu, przy ulicy Józefa. Mieszkałaś tam wiele lat.

Przez jakiś czas to było wielkie teatralne gniazdo połowy artystycznego Krakowa. Bywało bardzo wesoło. Joasia i Bogdan Hussakowscy mieszkali pod czwórką, na górze mieszkali Gadaczowie, dalej Gnatowscy, Kuźmińscy, Piotrek Skiba, śpiewak operowy Paweł Wunder, Piotr Skrzynecki, ale i na przykład nasza księgowa z teatru. Mieszanka piorunująca.

Kwitło życie podwórkowe ‒ paliliśmy papierosy, były plotki, rozmowy o teatrze, grill. Kiedy przychodził maj, sadziłyśmy z Asią Hussakowską kwiatki. Kiedyś, nie pamiętam, w którym to było roku, zdobyłyśmy wyróżnienie w konkursie na najpiękniejsze podwórko w Krakowie.

Na Józefa panowała prawdziwa wspólnota. Odwiedzaliśmy się ciągle właściwie. Długo mieszkaliśmy na parterze, znałeś dobrze to mieszkanie, ciągle ktoś do nas zaglądał, pytał, co na obiad, i już zostawał. Na Józefa pożyczało się kaszę, jajka, ryż, albo film na wieczór na kasecie wideo, a potem na DVD. Któregoś roku przewiesiliśmy na podwórku ekran i całą kamienicą oglądaliśmy filmy w plenerze.

Kutz mówił o tobie: „Haja to po śląsku awanturnica. Moja swojaczkaˮ.

Nie wiem, dlaczego tak mówił, bo ja jestem z Zagłębia, z Sosnowca. A Śląsk i Zagłębie to dwa różne światy. Pamiętam, że kiedy w pierwszej klasie liceum pojechałam na zimowisko z młodzieżą ze Śląska, byłam jedyną dziewczyną z Zagłębia i niektórzy robili mi piekło tylko dlatego, że jestem z Sosnowca.

W zasadzie cała moja rodzina, która znalazła się w Zagłębiu, przyjechała skądinąd. Byliśmy przyjezdni. To była ciekawa rodzina, z temperamentem. Miałam na przykład ciocię Felę. Urodziła się bez ręki, ale cały czas namawiała mnie, żebym się gimnastykowała. Jako czterolatka robiłam przed nią szpagaty, mostki. W ogóle nie bała się, że mogę sobie zrobić krzywdę. Uwielbiała, kiedy wisiałam jak małpa na trzepaku. A w nocy przychodziła i opowiadała mi o Indianach. Poza tym pięknie tą jedną ręką rysowała, potrafiła wspaniale szyć.

Z babcią i dziadkiem spędzałam czas na działkach; wtedy myślałam, że zostanę ogrodniczką. Ja to uwielbiałam. Dziadek ciągle kazał coś podlewać albo zrywać porzeczki. W pamięci zostały mi wyjątkowe obrazki. Na przykład obraz mojej babci, która pod wieczór kończy podlewać ogród, zrywa mieczyki i stawia je we flakonie. A na parapecie dojrzewają zielone pomidory, prosto z naszego ogródka. Kiedy w kinach pojawił się film „Smażone zielone pomidory”, to na mnie zmysłowo działał już sam tytuł. Słyszałam tytuł i od razu widziałam zielone pomidory dojrzewające na parapetach.

Tato był górnikiem z inklinacjami artystycznymi, mama pracowała w szpitalu na oddziale urologicznym. Babcia również pracowała w szpitalu, jako oddziałowa. Kiedy odchowała pięcioro dzieci, zaczęła pracować jako salowa. Bardzo lubiłam odwiedzać mamę i babcię w szpitalu. Szpital nigdy nie był dla mnie czymś strasznym ani przykrym. Nie drażnił mnie zapach, wszystko wydawało się absolutnie naturalne i zwyczajne. Mocna kawa z fusami na dnie szklanki, papierosy w dyżurce pielęgniarskiej.

W naszej rodzinie, jak w całym Zagłębiu, dominował kult pracy. Praca to było życie. Babcia, po odchowaniu dzieci, poszła robić coś, co jest naprawdę ludziom potrzebne ‒ czyli pracować w szpitalu. Ciocia, która nie miała ręki, pracowała w sklepie. Najpierw w obuwniczym, potem w warzywnym. Wszyscy pracowali. Nie można było inaczej.

***

Moja droga do aktorstwa to nie były żadne fajerwerki. Coś mnie do tego świata ciągnęło. Zdarzały się konkursy recytatorskie, nagrody. Kiedy byłam w liceum, na Scenie Kameralnej Starego Teatru w Krakowie, widziałam „Garbusa” w reżyserii Jerzego Jarockiego. Pamiętam Jerzego Bińczyckiego, Ewę Lassek, Andrzeja Hudziaka. Po spektaklu, kiedy wszyscy już wyszli, dotknęłam desek sceny. Sceny w Starym Teatrze. To było jak dotknięcie świątyni.

Decyzję, że będę zdawała do szkoły teatralnej, przyjęto w domu ze wzruszeniem ramion. „Gdzie ona idzie?ˮ Aktorów oglądało się w telewizji. Nikt tego poważnie nie potraktował. „No, ta Gośka zawsze była taka szurnięta, lubiła dużo gadać, ale czy od tego się zostaje aktorem? No, chyba nieˮ.

Ja jednak się dostałam, i to za pierwszym razem. Natychmiast poczułam się w szkole jak ryba w wodzie. Spotkałam tam ludzi, którzy byli podobni do mnie. Studiując, w ogóle nie poznałam Krakowa. Przez pierwsze dwa lata chodziłam głównie Karmelicką, Starowiślną i Piekarską. Zajęcia zaczynały się o ósmej lub dziewiątej rano, kończyły o dwudziestej drugiej albo przed północą.

Szybko wyszłam za mąż, a kiedy byłam na trzecim roku, urodziła się nam Katarzyna, na czwartym ‒ Martyna. Zmieniły się priorytety, wszystko musiałam godzić, ale pierwsze lata studiów to jednak było jakieś zaczadzenie zupełne. Kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje na zewnątrz. Świat kartek na mięso, kolejek po papier toaletowy, kawę ‒ po prostu dla mnie nie istniał. Wszystko działo się w szkole. W barku na terenie PWST jedliśmy śniadania i kolacje, a na obiady chodziliśmy do baru „Krakowskiego”. Przez cały rok jadłam pierogi ruskie i jakoś mi się nie znudziły, ponieważ w naszym barze właściwie nie podawali nic więcej, a tam było najbliżej szkoły i najszybciej.

Nie potrzebowaliśmy pieniędzy. Jedyną moją fanaberią były wtedy ciastka napoleonki i hiszpany w cukierni na Karmelickiej. Takie wstydliwe rozkosze. Zajadałam się tym, bo w Sosnowcu podobnych przysmaków nie znali. Pochłaniałam słodkości w ukryciu, żeby nikt nie zobaczył. Ta rozkosz, ten słodki grzech były tylko moje.

***

Hajewska to wspaniała kariera, imponujący zestaw nazwisk, a przecież nic tego nie zapowiadało. Przez kilka lat w Starym Teatrze grywała głównie epizody.

W Starym debiutowałam w sztuce „Słuchaj, Izraelu!” Sity w reżyserii Jerzego Jarockiego. W czterogodzinnym spektaklu miałam do powiedzenia jedno zdanie: „Kara Boża na niego”. Zawsze było źle, za każdym razem. W pewnym momencie uznałam, że popadam w jakiś obłęd, bo zaczęłam kryć się, uciekać, kiedy widziałam, że nadchodzi Jarocki. Myślę, że właśnie wtedy perfekcyjnie poznałam budynek Starego; wiedziałam, którędy należy uciekać, żeby przypadkiem nie spotkać się z Jarockim. Codziennie szłam do teatru z bijącym sercem, tak bardzo bałam się reżysera. A potem Jerzy Jarocki nieoczekiwanie zaproponował mi w tym samym spektaklu zastępstwo za Teresę Budzisz-Krzyżanowską. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek, który doprowadził mnie na skraj depresji za jedno źle podane zdanie, teraz powierza mi tak piękną i ważną rolę. Wtedy tego nie rozumiałam; dzisiaj wiem, że Jarocki po prostu testował moją wytrzymałość. Wytrzymałam.

Przełomem była praca z Krystianem Lupą. Szybko stała się jego ulubioną aktorką, z najsławniejszym uczniem Lupy – Krzysztofem Warlikowskim, pracuje do dzisiaj.

Występowała w spektaklach Wajdy, Miśkiewicza, Jarzyny, Zawodzińskiego, Nazara, Kleczewskiej, Stuhra. U Jarockiego grała Helenkę i Dziewkę Bosą w „Grzebaniu”; u Grzegorzewskiego – Panią Rollinson w „Dziadach – 12 improwizacjach”, u Bradeckiego – Rosalindę w „Jak wam się podoba” Szekspira, u Zioły – Sonię w „Wujaszku Wani”.

W teatrze Lupy stworzyła wiele wybitnych kreacji. Od Fieni w „Braciach Karamazow” Dostojewskiego, poprzez Matkę w „Maltem” Rilkego, Ritter w „Rodzeństwie” Bernhardta, Elżbietę w „Zaratustrze” Nietzschego / Schleefa, po Vivę w „Factory 2”.

W teatrze Lupy, bohaterki Hajewskiej były najczęściej niespokojne, celebrują fizyczne ułomności – zgarbioną sylwetkę, albo matowy, chropowaty głos. Połamane i smutne, pełne miłości do mężczyzn i świata, niemogące liczyć na zwrot uczucia, stają się nie tyle postaciami z dramatu literackiego przełożonego na język teatru przez uzdolnionego adaptatora, ile swego rodzaju ikonami pewnej postawy. Sublimacją depresji, uwzniośleniem bólu.

W dosyć powszechnej opinii życiową kreacją Hajewskiej w teatrze Lupy była Konradowa w „Kalkwerku” Bernharda.

Dziwny spektakl – wspominała aktorka. – Słyszałam o nim różne rzeczy od ludzi – że było to pierwsze ważne przedstawienie w ich życiu, albo że dzięki „Kalkwerkowi” zdawali na wydział reżyserski, aktorski. O tych wszystkich rzeczach dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy spektakl przestał być już grany. Pamiętam, że kiedyś w Poznaniu, w nietypowym lokalu, gdzieś między piątą a szóstą rano, podszedł do mnie młody człowiek o „niebezpiecznym” wyglądzie. Trochę się przestraszyłam i różne rzeczy przyszły mi do głowy, a on przypatrzył mi się uważnie, raz, drugi, trzeci i mówi: „Konradowa OK”. Nie wierzyłam własnym uszom.

Kiedy w 2003 roku, po sześciu latach przerwy, „Kalkwerk” wrócił na afisz Teatru „Starego”, aktorka była zaskoczona: Pomyślałam, że ktoś chyba oszalał. Próby zaczęliśmy dosłownie kilka dni przed „premierą po latach” i okazało się, że jeśli chodzi o „Kalkwerk”, pamiętałam wszystko, cały spektakl był we mnie. Nic nie trzeba było wyjaśniać. Próby polegały raczej na stopniowym przypominaniu sobie emocji, zależności pomiędzy bohaterami. Przez wszystkie te lata, kiedy nie graliśmy „Kalkwerku” zapomniałam już ile wysiłku kosztuje mnie wstawanie z łóżka, albo scena „zapudrowania”. Po spektaklach moja dusza lewitowała, ale ciało krzyczało z bólu.

Poza „Kalkwerkiem”, największym sukcesem duetu Małgorzata Hajewska i Krystian Lupa było utrzymujące się wciąż na afiszu „Rodzeństwo” Bernharda. Premiera tego spektaklu odbyła się w październiku 1996 roku, siedem lat później przedstawienie zostało wznowione. 22 czerwca 2024 roku, dwadzieścia osiem lat od premiery, „Rodzeństwo” zostanie zagrane po raz dwusetny.

Jeden z największych europejskich twórców teatralnych, zmarły w 1997 roku Giorgio Strehler, po obejrzeniu „Rodzeństwa”, pisał: „W Krakowie bardzo podobała mi się aktorka, która wciąż paliła papierosy. Według mnie jest wspaniała. Pełna dramatycznego wyrazu, tajemnicza. W Europie są jednak wspaniali aktorzy”.

Zaintrygowało mnie zwłaszcza ostatnie zdanie, bo zawsze sądziłam, że w Europie są dobrzy aktorzy…

A papierosy? W „Rodzeństwie” odpalasz jednego papierosa od drugiego.

Ktoś napisał, że w trackie spektaklu wypalam jedenaście papierosów, ja się nigdy nad tym nie zastanawiałam. Okropne to jest, niezdrowe, ale… siła wyższa.

***

Po rozstaniu z Krystianem Lupą, najważniejszym reżyserem Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik pozostaje Krzysztof Warlikowski.

W teatrze Warlikowskiego aktorka zagrała m.in. Agawe w „Bachantkach” Eurypidesa, Grace w „Oczyszczonych” Kane, Mirandę w „Burzy” Szekspira, Dupę w „Krumie” Levina, Klitemnestrę w „(A) pollonii” wg tekstów Eurypidesa i Hanny Krall; zagrała w „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”, w „Kabarecie warszawskim”, Sydonię Verdurin we „Francuzach” Prousta, Biancę w „Wyjeżdżamy” Levina, w „Odysei. Historii dla Hollywoodu”, i w najnowszej sztuce „Elizabeth Costello” według Johna Maxwella Coetzeego.

Spotkali się przypadkowo:

Kiedyś, nagrywając Teatr Telewizji w Warszawie, miałam jeden wolny wieczór i wykorzystałam go teatralnie: wybrałam się do „Rozmaitości”, żeby zobaczyć „Hamleta” Warlikowskiego. Przemknęłam wtedy Krzyśkowi przed oczami. Po dwóch, czy trzech miesiącach Warlikowski zadzwonił do mnie i zaczął bardzo gwałtownie opowiadać o przygotowywanym spektaklu „Bachantki”. Nie zrozumiałam zbyt wiele z tego, o czym mi opowiadał: górze Kitajron, bachantkach, bachanaliach. Wszystko zlewało się w jedną wielką magmę. Zaproponował mi rolę Agawe, ale do Warszawy jechałam bez wielkich nadziei, sądząc, że nie jestem dostatecznie wykształcona jak na tak zawiłą rolę, ale już w trakcie spotkania z Krzysztofem zrozumiałam, że był zwyczajnie zdenerwowany i bardzo chciał, żebym zgodziła się z nim pracować. Myślę, że gdyby nie to, co potem wytworzyło się między nami: przedziwna więź i wiara z jego strony, że potrafię sprostać wyzwaniom aż tak karkołomnym, przypuszczalnie nigdy bym się na taką aktorską odwagę nie zdobyła. Przy „Oczyszczonych” i „Burzy” chyba po raz pierwszy w życiu stałam się do tego stopnia odważna, pewna swoich racji. Byłam partnerem w rozmowie, nie tylko naczyniem.

W „Bachantkach” Agawe pojawia się dopiero w ostatnich minutach przedstawienia. Wbiega na scenę z łupem. Zamiast tyrsu, dźwiga pniak drzewa. Główną zdobycz, głowę syna zawiniętą w płótno, trzyma przywiązaną na wysokości łona. Mówi, że to głowa lwa. Jeszcze niczego nie podejrzewa, jest wyzywająca – zmierzwione, skołtunione włosy, niedbale zaplecione w miriady warkoczyków, pokrwawiona, zdarta suknia. Agawe obwieszcza w dionizyjskim szale: „Pokonałam lwa”. Półleżąc, wyciągnięta na stole, okalając nogami pień sosny, dostrzega Kadmosa, ubranego w czerwoną kurtkę Penteusza i Dionizosa. Za chwilę wszystko zrozumie. To nie lwa zabiła, zamordowała własne dziecko. Wyje – tym razem już nie z ekstazy, lecz z rozpaczy. Kadmos przyniósł ze sobą dwa wiadra. Kobieta wylewa ich zawartość. To wnętrzności. Mięso: lwa czyli człowieka. Zabija po raz kolejny.

W „Krumie” Levina bohaterka Hajewskiej – Dupa, wywiedziona trochę z kina Pedro Almodóvara (a na pewno ubrana jak jedna z almodóvarowskich ikon, Rossy de Palma), trochę z fotografii Davida Lachapelle’a, była najbardziej wartościową „pupą” całej Levinowskiej menażerii. Mówiąc: „jestem wprawdzie brzydka, ale za to wesoła”, swoim szorstkim sercem rozbrajała serca widowni. W „Burzy” Szekspira była nietypową Mirandą, zasłaniającą twarz czerwonymi włosami. Kiedy zaś zagrała u Warlikowskiego wyzbywającą się kobiecości, doszywającą sobie genitalia brata, transseksualną Grace w kultowych „Oczyszczonych” według Sarah Kane, wszyscy czuliśmy się oczyszczeni.

***

Zagrała w kilkudziesięciu filmach i serialach. Większe i mniejsze role. W „Feminie” Szulkina była głuchą dziewczynę, we „Wronach” Doroty Kędzierzawskiej matkę tytułowej bohaterki: dziesięcioletniej dziewczynki. W pierwszych latach kariery filmowej, szczególne znaczenie miał dla Hajewskiej-Krzysztofik udział w filmie Kutza „Śmierć jak kromka chleba” opowiadającym o masakrze w kopalni Wujek.

Grałam pielęgniarkę. To było największe wzruszenie, bo kobieta, której historię odtwarzałam, była z nami na planie, dawała mi wskazówki, uczyła, jak udzielać pierwszej pomocy rannym. Ta kobieta przywoływała też wspomnienia, powodując, że na chwilę zacierały się granice między fikcją i rzeczywistością. Do tego stopnia cofnął się czas, że ludzie na planie z wrogością i agresją patrzyli na aktorów w mundurach zomowców. Mnie też obleciał strach, gdy zobaczyłam oddział ZOMO przesłonięty tarczami.

Najważniejsze filmowe role Małgorzaty Hajewskiej to kreacje w filmach Małgorzaty Szumowskiej (i Michała Englerta), zwłaszcza Aniela Wesoły w „Kobiecie z…” oraz Barbara w „33 scenach z życia”.

W „33 scenach z życia” reżyserce udało się z powodzeniem sięgnąć w głąb prywatnych przeżyć, ale też do cudzego – czyli naszego ‒ życia, które jak gdyby przy okazji mogło być także prywatnym „bytem” reżyserki. To bolesna podświadomość, gdyż Małgorzata Szumowska wnikliwie pokazała, że od śmierci nie ma ucieczki. Zawsze, na każdym etapie naszej drogi, ktoś odchodzi. Bliski lub daleki: gwiazda naszych wzruszeń (babcia lub mama), gwiazda seksu, gwiazda ekranu. Reżyserki nie interesował jednak wyłącznie emocjonalny status opuszczonego, Szumowską zafascynowało coś innego. Fakt, że po odejściu bliskich nadal przecież żyjemy, nie wariujemy. Czy zatem możemy się ze śmierci nabijać, czy jednak – w zgodzie z konwenansem, ze wpojoną nam kulturą – koniecznie musimy płakać?. Te pytania brzmią dotkliwie, bo zostały w filmie zadane wprost. Bez uników w postaci barokowych naddatków scenograficznych, upoetyzowanych zdjęć, bez patosu. Śmierć w „33 scenach…” jest tylko finałową sceną czyjegoś życia.

To było dziwne doświadczenie. Grałam umierającą na raka kobietę, wyczerpaną, bez włosów. Zgoliłam własne do tej roli.

Nad morzem, na Helu, gdzie pojechaliśmy na wakacje, weszłam do toalety, a ktoś mi zwrócił uwagę, że męska jest po drugiej stronie. Chciałam kupić czapkę, a sprzedawczyni, widząc mnie łysą, nie wiedzieć czemu, schowała się. Zdaję sobie sprawę, że to jest dla ludzi trudne, ale musiało być takie nagie i bezbronne. Myślę, że człowiek zawsze chce być akceptowany, ale w pewnych momentach to się już chyba w ogóle o tym nie myśli.

Kilka filmów Szumowskiej i Englerta, „Iluzja” Minorowicz, „Śmierć jak kromka chleba” Kutza, „Femina” Szulkina, „Wiarołom” Piotra Złotorowicza, „Chłopiec na galopującym koniu” Adama Guzińskiego, „Śmierć dziecioroba” Wojciecha Nowaka, „Wrony” Doroty Kędzierzawskiej, „Spis cudzołożnic” Jerzego Stuhra, „Atak paniki” Pawła Maślony. Niby nie jest źle, ale zdecydowanie za mało jak na aktorski status Małgorzaty.

Myślę, że dla mnie zawsze jest ważne, żebym wiedziała, po co dana rzecz jest robiona. Może z Gośką Szumowską nigdy nie miałam problemów w pracy, ponieważ mam wrażenie, że ona wie, po co robi film. No, ale parę razy mi się zdarzyło, że filmowcy nie mieli pojęcia. Wtedy dezerterowali, bo ja jednak zadaję pytania. Chcę wiedzieć.

***

Bohaterki Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik balansują pomiędzy skrajnościami. Wyjątkowość talentu aktorki polega jednak na tym, że owe skrajne stany emocjonalne, potrafi ukazywać bezwiednie. Niezależnie, czy jak w „(A) pollonii”, płacze łzami antycznych ikon filtrowanych przez brutalny komiks wywiedziony z kultury masowej, czy – jak w „Zaratustrze” Lupy – mokrą gąbką obmywa w skupieniu ciało swojego wielkiego, chorego brata, Fryderyka Nietzschego, aktorka nie udaje depresji, nie gra obsesji: po prostu jest. Wierzymy w każdy gest, który wykonuje, w każde słowo. Haja to prawda.

Łukasz Maciejewski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.