Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Teatr 2024: Karuzela z przesiadkami

Tomasz Miłkowski o minionym teatralnym roku pisze w tygodniku „Przegląd”:

To był sezon rozpędzonej karuzeli personalnej – jeszcze się kręci. To był też rok poderwania do lotu przyduszonego wcześniej Teatru Telewizji. I rok kilku zaskakujących odkryć repertuarowych. Co przyniesie to przegrupowanie sił i środków, przyszłość odpowie.

Kręci się karuzel

Zaczęło się od odwołania Moniki Strzępki z dyrekcji warszawskiego Teatru Dramatycznego (8 stycznia 2024). Na stanowisku dyrektorki przetrwała niewiele ponad rok. Ciemne chmury gromadziły się zanim weszła do gabinetu dyrektorki, ale temperatura sporu osiągnęła stan wrzenia, kiedy okazało, że koncepcja tzw. kolektywu kierowniczego, mającego stać na czele teatru, przerodziła się w swoje przeciwieństwo.

Tymczasem w krakowskim Teatrze Słowackiego powstał autentyczny kolektyw – zespół poczuł się jednością, poddawany presji urzędu marszałkowskiego, i doprowadził ostatecznie do zakończenia sporu wokół dyrektora Krzysztofa Głuchowskiego (głównie z powodu wystawienia „Dziadów” w reżyserii Mai Kleczewskiej) i do jego nominacji na następną kadencję.

Karuzela zmian rozkręciła się, gdy po odwołaniu Strzępki nie udało się rozstrzygnąć konkursu na dyrekcję Dramatycznego – ratusz nominował więc Wojciecha Farugę i Julię Holewińską, duet, który sprawował kierownictwo w Bydgoszczy, na który już psioczą kapryśnicy z powodu adaptacji „Fausta” w Narodowym. Ich nominacja spowodowała zmiany w Bydgoszczy, a rezygnacja dyrektora Jakuba Skrzywanka w związku z powołaniem go na szefa artystycznego Starego Teatru w Krakowie wywołała konieczność zmiany dyrekcji w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, gdzie – powołany zaledwie rok wcześniej – obiecywał pozostać do końca kadencji. Podobnie jak odejście dyrektor Doroty Ignatjew z Teatru Nowego w Łodzi na Naczelną do Starego otworzyło konieczność poszukiwania nowej dyrekcji w Łodzi, gdzie zresztą niemal jednocześnie zrezygnował z fotela dyrektora szef Jaracza, Michał Chorosiński. Poza tym odszedł po ponad 40. latach z warszawskiego Teatru Współczesnego Maciej Englert – aż dziw, że na pożegnalnym spektaklu zabrakło najwyższych przedstawicieli władz stolicy, przypadek nadzwyczaj długiej kadencji Englerta należy do fenomenów, a Współczesny pod jego dyrekcją długo pozostawał niedoścignionym wzorcem dla innych teatrów. Można by tę listę ciągnąć jeszcze długo, bo czekają nas następne nominacje. Tymczasem niejako „po drodze” wymieniono w konkursowym tempie redaktorów „Teatru” i „Dialogu” oraz dyrektorkę Instytutu Teatralnego. Uff!

Ta piękna Zośka

Zajrzyjmy do teatru nie do kuchni, ale od widowni. Reżyser Marcin Wierzchowski chętnie poszukuje źródeł naszych lęków i uwikłań w przeszłości. Tym razem w spektaklu „Piękna Zośka” Teatru Wybrzeże sięgnął do kroniki kryminalnej z okresu międzywojennego, kiedy to w podkrakowskiej wsi pod ciosami męża mordercy zginęła Zośka Paluchowa. Tragedia na miarę Wyspiańskiego odtwarza mroczny obraz przemocy wobec kobiet, której pierścień zaciska się niczym garrota na szyi bohaterki. Zośka rwie się do życia, do Krakowa, do swobody. Ale dla władzy męża to zagrożenie. Widzów i recenzentów zachwyciła forma spektaklu, wyrównana gra całego zespołu i wiarygodne kreacje małżeństwa Paluchów – Zośki Karoliny Kowalskiej i Macieja Piotra Biedronia. Spektakl obsypany został nagrodami, zyskując niebywały rozgłos i przypominając, że Teatr Wybrzeże szczyci się jednym z najmocniejszych zespołów aktorskich w kraju.

Gombrowicz w lustrze swego Roku

Teatr nie po raz pierwszy przesypia jubileusz Gombrowicza – może dlatego, że Gombrowicz do jubileuszy nie bardzo pasuje. Honoru domu broniła „Iwona, księżniczka Burgunda”, oryginalna inscenizacja w reżyserii Adama Orzechowskiego (znów Teatr Wybrzeże), która na Międzynarodowym Festiwalu Gombrowiczowskim w Radomiu rozbiła bank z nagrodami: Grand Prix, Nagroda Publiczności, Nagroda Młodego Jury i jeszcze kilka wyróżnień. Z odsieczą Gombrowiczowi pospieszył też Teatr Telewizji i wyemitował przeniesione z teatrów żywego planu (Narodowego i Polskiego w Warszawie) świetne dramaty Macieja Wojtyszki, „Dowód na istnienie drugiego” i „Deprawator” z wybitnymi kreacjami w roli Gombrowicza – Jana Englerta (Narodowy) i Andrzeja Seweryna (Polski). Pod koniec roku doczekaliśmy się premiery opery „Hi$tory” Michała Dobrzyńskiego w Operze Królewskiej o młodym Gombrowiczu i jego zderzeniu ze światem na podstawie zachowanych wcześniejszych wersji „Operetki”, i festiwalu monodramów Gombrowiczowskich powstałych za sprawą konkursu ogłoszonego przez Muzeum we Wsoli. Laureatką została młoda wrocławska aktorka Zuzanna Wiatr za spektakl „Dziewictwo, osobna kategoria istot zamkniętych„.

Ocalone – niezapomniane

Jednak monodramem, który pozostanie znakiem minionego roku, okazał się spektakl Agnieszki Przepiórskiej w reżyserii Mai Kleczewskiej, czyli „Ocalone” Piotra Rowickiego. To coś więcej niż spektakl.

To akt przywracania pamięci o ofiarach zapomnianej zbrodni, dokonanej na kobietach stłoczonych przez oprawców z SS RONA na Zieleniaku przy Grójeckiej, w pierwszych dniach powstania warszawskiego. Teatr się o nie upomina. Udręczone kobiety, gwałcone godzinami i dniami aż do utraty życia, zabijane, wyrzucane na stos śmieci, odchodziły w poniżeniu i bezbrzeżnym cierpieniu. Matki na oczach córek, córki na oczach matek. Powstał wstrząsający monodram, w którym Przepiórska mierzy się odważnie z niewyobrażalną tragedią, przerywając zmowę milczenia o tej zbrodni. Liczy się nie tylko treść, ale i forma tej opowieści – monodram „Ocalone” łączy narrację właściwą teatrowi faktu z teatrem kreacyjnym, realistyczną fabułę z metaforą. Powstała na wskroś nowoczesna, przejmująca opowieść o bolesnej, wciąż słabo rozpoznanej ranie. Jest w tym geście artystów coś z Żeromskiego rozdrapywania ran, żeby nie zarosły błoną podłości. I jest wiara w ozdrowieńczą siłę teatru.

Mistrzowskie ślady i poszukiwania

Skoro o monodramach mowa, które najwyraźniej przeżywają kolejną młodość – może aktorzy znowu szukają dla siebie przestrzeni wolności poza instytucjonalnym teatrem – przypomnieć trzeba o zakończonym w minionym roku cyklu „Mono w Instytucie”. Dzięki doskonałej znajomości materii i umiejętności wyboru tytułów do prezentacji kurator tego cyklu, Mateusz Nowak, sam świetny monodramista, przedstawił w sali teatralnej Instytutu Teatralnego kolekcję wybitnych osiągnięć w tym gatunku i skonfrontował ją z nowymi poszukiwaniami. Zaczęło się 22 marca 2022 roku od przedpremierowego pokazu monodramu „Stara kobieta wysiaduje” wg Tadeusza Różewicza, autorskiego spektaklu Ireny Jun, aby zakończyć 11 listopada „Księgą Hioba (De Profundis)” wg Starego Testamentu w tłum. Czesława Miłosza i „Trenów” Jana Kochanowskiego Stanisławy Celińskiej (reżyseria Bogdan Cybulski), przypomnianym w 40 rocznicę premiery tego spektaklu. Nowak pokazał w Instytucie 23 starannie dobrane monodramy – wszystkie spotkały się z gorącym przyjęciem. Po każdym pokazie odbyła się rozmowa z aktorką/aktorem. Teatr jednego aktora w czarnej sali Instytutu Teatralnego czuje się nadzwyczaj dobrze. Szkoda, że to już koniec, bo po tych trzech (bez mała) udanych sezonach warto byłoby Nowaka prosić o kontynuację cyklu, spełniającego także rolę edukacyjną: bogactwo zaprezentowanych form zdaje się przeczyć przekonaniu, że monodram to „teatr ubogi”.

Reanimacja Teatru Telewizji

To jeszcze nie był stan agonalny, ale pogłębiająca się zapaść Teatru Telewizji prowadząca nieuchronnie do katastrofy. Wraz z początkiem roku symptomy nieuleczalnej – wydawałoby się – choroby zaczęły zanikać. Po nominacji nowej dyrekcji Teatru, Marka Kotańskiego i Wojciecha Majcherka teatr małego ekranu zaczął nie tylko dawać znaki życia, ale zaskoczył wieloma szybkimi decyzjami. Okazało się, że można przełamać niechęć części artystów do upolitycznionego Teatru TV pod warunkiem, że zacznie być teatrem, że można rejestrować najlepsze przedstawienia w całej Polsce, że można zwiększyć liczbę premier. Nowi dyrektorzy dostali najwyraźniej zielone światło i dzięki temu przed teatrem telewizji pojawiła się nowa szansa. Czy uda się ją w pełni wykorzystać, zobaczymy, ale pierwszy rok zmian repertuarowych i ramówkowych, staranny dobór tytułów i obsady spektakli to nader zachęcający plon, który otworzyła emisja adaptowanego dla telewizji monodramu Krystyny Jandy „Zapiski z wygnania” wg książki Sabiny Baral w reżyserii Magdy Umer, którego premiera miała miejsce 9 marca 2018 roku w Teatrze Polonia w 40. rocznicę wydarzeń marcowych. Wstrząsające wspomnienia wygnanki opuszczającej kraj z dokumentem podróży zachowały w wersji telewizyjnej ich siłę moralną i emocjonalną.

Koniec czerwonego człowieka

Krystynie Jandzie zawdzięczamy nie tylko poruszający monodram o jednej z niezabliźnionych ran polskiej historii najnowszej, ale bodaj najlepiej obmyślany spektakl polityczny, który przekracza ramy tzw. literatury etapowej czy interwencyjnego teatru faktu, a przy tym demonstruje wysoki poziom warsztatu. Wystawiona w Och-teatrze sztuka Daniela Majlinga „Koniec czerwonego człowieka” wg reportaży Swietłany Aleksiejewicz (w reżyserii Krystyny Jandy) o wielkim wrzeniu  czasów pierestrojki i jej następstwach odsłania z całą szczerością i ostrością, jak ukształtowane w latach władzy radzieckiej postawy i wzorce postępowania wciąż trwają i trzymają w karbach rosyjską rzeczywistość. Na scenie został namalowany obraz współczesnej apokalipsy, katastrofy podcinającej podstawy uczciwego życia i planowania przyszłości. Wstrząsający spektakl o zapaści, która może prowadzić do unicestwienia, przestroga przed skutkami wyrzeczeniem się uczciwości w codziennym życiu. Taka sztuka w komercyjnym przecież teatrze, który utrzymuje się ze sprzedaży biletów, to przejaw nie tyle ambicji, ile odwagi myślenia, bez której trudno sobie wyobrazić teatr.

Fabryki dramatów

Im mniej polskich dramatów współczesnych na afiszu teatralnym, tym więcej powstaje dramatów do czytania – starczyłoby ich na cztery miesięczniki „Dialog” (te poświęcone współczesnej dramaturgii) wydawane jednocześnie co miesiąc. Po najstarszym konkursie w Gdyni, która przyznaje co roku swoją nagrodę dramaturgiczną, pojawiły się m.in. konkursy w Bydgoszczy i w Gliwicach – im. Tadeusza Różewicza, a w tym roku także w Łodzi – konkurs im. Lucjana Kościeleckiego rozpisany przez Teatr Jaracza.

Dlaczego teatry tak rzadko korzystają z plonów konkursowych, to temat na osobne opowiadanie, tak czy owak, brakuje najwyraźniej dramaturgii użytkowej. Jurorzy konkursów, wiedzeni ideą wyszukiwania nowości (zwłaszcza formalnych), wyżej cenią teksty powstające pod prąd tradycji, które często daremnie wypatrują nie tylko widzów, ale i czytelników. W tym roku jednak zdarzył się znamienny wyłom – w konkursie gdyńskim zwyciężył Radosław Maciąg, młody reżyser i dramaturg, który swoim tekstem „Tęsknię za domem” pogodził wszystkich: i tych, którzy szukają dramatów napisanych po bożemu, z żywymi postaciami i jędrnymi dialogami, a jednocześnie dotykających miejsc bolesnych, spraw trudnych, chwytających życie na gorącym uczynku, z tymi, ktorzy w samym języku i formie wypatrują ducha przemian mentalnych. Taki jest ten dramat, naturalistyczny i metaforyczny, psychologiczny i groteskowy, trzymający się ziemi, a zarazem o ambicjach dużej metafory. Czytany w Gdyni przez aktorów Teatru im. Gombrowicza zachwycił dialogami, wystawiony w Radomiu ukazał swoje sceniczne walory. Trzymajmy kciuki za narodziny dramaturga z krwi i kości.

Zmartwychwstanie Żeromskiego

Tego się nikt nie spodziewał. Żeromskiego uznano za repertuarowego trupa, co zresztą potwierdziła niedawna adaptacjaPrzedwiośnia” w warszawskim Teatrze Powszechnym. Tymczasem w tym roku pojawiły się w dwóch teatrach – i to jakże profilowo odmiennych – w Legnicy i w Starym adaptacje innej zgoła powieści, uważanych za bliskich pisarstwu Mniszkównej „Dziejów grzechu”. Daria Kopiec oparła na tej podstawie przedstawienie, „Dzieje grzechu. Opowiedziane na nowo” (scenariusz Artura Pałygi), które stało się pojemną opowieścią o przemocy doznawanej przez kobiety pod różnymi szerokościami geograficznymi i w rozmaitych czasach, sięgając nawet po świadectwo meksykańskich gitarzystów, Wojtek Rodak w Starym (scenariusz Igi Gańczarczyk) dał opowieść o wynaturzeniu męskich wyobrażeń o świecie, co zresztą komentuje Ewa Pobratyńska ze sceny: „Moje ciało jest waszym spektaklem. Wzbudzę w was pragnienie i obrzydzenie. Tak jak chcecie”. Oba przedstawienia wywołały emocje i uznanie. Realizacja Darii Kopiec zwyciężyła na Festiwalu Arcydzieł w Rzeszowie, a Wojtek Rodak triumfował swym spektaklem jako młody reżyser na katowickim festiwalu „Interpretacje”, zdobywając Laur Konrada.

Przystanek Śląsk w Warszawie

To był doskonały pomysł – dyrektorzy Teatru Studio i Teatru Śląskiego, Roman Osadnik i Robert Talarczyk umyślili, że doprowadzą do szerokiej prezentacji dokonań artystycznych Śląska w stolicy. Nie był to zresztą pierwszy krok ich współpracy – wcześniej Talarczyk przygotował wspólnymi siłami obu teatrów monodram (nadal w repertuarze), biorący prawdę za rogi „Byk” autorstwa Szczepana Twardocha i pełnospektaklową adaptację „Empuzjonu” wg powieści Olgi Tokarczuk. Tak więc „Przystanek Śląsk” był kolejnym krokiem w zadzierzgniętej już komitywie. Na scenie Studia zobaczyliśmy poruszający monodram Grażyny Bułki wykonywany w języku śląskim „Mianujom mie Hanka” produkcji Teatru Korez, kultowy tekst Janoscha „Cholonek” z tego samego teatru, grany już od dwudziestu lat, adaptację powieści Kazimierza Kutza „Piąta strona świata” Teatru Śląskiego w reżyserii Roberta Talarczyka, „Kopidoł” Teatru Naumionego, brawurowy spektakl muzyczny o życiu Ryśka Riedla „Skazany na bluesa” w reżyserii Arkadiusza Jakubika, a w apartamencie Westin Hotel współczesny dramat małżeński „Godej do mnie”, przygotowany pod reżyserką (i autorską) ręką Talarczyka przez Agnieszkę Radzikowską i Roberta Chojnackiego – oba spektakle firmowane przez Teatr Śląski. Ten ostatni wieczór kończyła wspólna kolacja widzów z aktorami – taki był to zamysł, aby przybliżać teatr, jak się tylko da. Udał się ten przystanek obu teatrom i wzbudził apetyt na powtórki. Nie tylko ze względu na kolację.

Tomasz Miłkowski

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.