Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Tak przebiegły to ja nie jestem

Z WOJCIECHEM FARUGĄ, reżyserem, dyrektorem Teatru Polskiego w Bydgoszczy, a od listopada dyrektorem Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy rozmawia Tomasz Miłkowski

– Dlaczego pan się wspina?

Tak się złożyło, że w pewnym momencie zacząłem chodzić po górach, potem po coraz wyższych górach, a później zacząłem się wspinać. Pozwala mi to fizycznie i psychicznie utrzymywać się na powierzchni nawet w najbardziej stresujących momentach. Reżyser czy dyrektor teatru, choć o tym się nie mówi, to zawody, w których obciążenia psychiczne i stresy są ogromne. Trzeba więc wypracować sobie sposób na trzymanie pionu. Szukanie tego sposobu zajęło mi trochę czasu, ale go znalazłem i pewnie to jest mój.

Wspina się pan nie tylko po górach, ale i w teatrze – mam na myśli trwające pod pana kierunkiem próby „Fausta” Goethe’ego w Teatrze Narodowym. To dopiero wspinaczka – na jeden z najwybitniejszych tekstów dramatycznych, jakie zna Europa.

Nie bez lęku.

Lęk wysokości?

Lęk wysokości ma każdy, ważne, żeby sobie z nim poradzić. „Faust” jest wyzwaniem i jeśli sięgać po takie wyzwanie to z zespołem, któremu się ufa. Tak się złożyło, że w ostatnich latach, oprócz Teatru Polskiego w Bydgoszczy najczęściej pracowałem w Teatrze Narodowym. Jest w nim grupa aktorek i aktorów, z którymi czuję się mocno związany. Nasze poprzednie produkcje miały miejsce na Scenie na Wierzbowej. Kolejna będzie już na Scenie Bogusławskiego.

Dlaczego właśnie „Faust”?

To był rodzaj impulsu, żeby sięgnąć po „Fausta”, po dzieło tak ogromne, że na początku tej pracy trudno założyć, gdzie wspólnie dojdziemy. Konieczne są potężne skróty, nie da się zagrać pięciuset stron. Nie wiem, czy ktoś próbował.

Spektakl musiałby trwać kilkanaście godzin.

Dobę to mogłoby trwać, biologicznie nie do wytrzymania. Goethe w tym utworze próbuje zmierzyć się z dorobkiem kultury europejskiej. Jest to w pewnym sensie wyprawa w głąb tej kultury. Postanowiliśmy, że nasz „Faust” nie będzie sięganiem do źródeł Europy, ale będzie opowieścią o wieku dwudziestym. Postaramy się ulokować ją w figurach i znakach wieku dwudziestego. Powoli zbliżamy się do tego celu, wciąż jeszcze pracujemy nad adaptacją i poszczególnymi rozwiązaniami. To fascynująca podróż. Zaskakuje nas w tej pracy, że to tak radykalny tekst, tak bardzo nowoczesny – na przykład na poziomie montażu.

Dość dobrze pamiętam „Fausta” Jerzego Jarockiego – to był spektakl, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Ale podążamy trochę inną ścieżką. Inaczej interpretujemy figurę Fausta, żeby zrozumieć, kim jest dzisiaj człowiek, który próbuje sprawować władzę nad światem. Figura alchemika wymaga reinterpretacji, bo w przeciwnym razie ta opowieść staje się bajką o czarodzieju. Podstawą tej reinterpretacji jest koncepcja archiwum – którego budowanie ma doprowadzić do powstania wielkiego dzieła, w sposób kompletny ujmującego rzeczywistość.

Faust” to nie pierwszy klasyk na pańskiej drodze, bo w zasadzie od klasyków wszystko się u pana zaczęło.

Nigdy nie miałem oporów przed mierzeniem się z tekstami klasycznymi. Tak naprawdę bardzo lubię robić teksty klasyczne Dzisiaj jednak mało która dyrekcja – poza dyrekcją Teatru Narodowego – godzi się na teksty klasyczne spoza tego najbardziej popularnego kanonu dziesięciu tytułów. Szkoda, bo mierzenie się z klasyką zawsze jest inspirujące.

W pańskim dorobku klasyka sąsiaduje z tekstami współczesnymi, scenariuszami, adaptacjami, wielka w tym wszystkim rozmaitość. Krytycy bez sukcesu próbują się doszukiwać stylu pańskich przedstawień, a pan się przed tym broni.

Brak tzw. stylu reżyserskiego jest konsekwencją zespołowej pracy nad spektaklem. Mówimy o teatrze, który jest tworzony przez całe zespoły. Jeżeli w tych zespołowych spektaklach widać rękę tego samego reżysera, to mam poczucie, że jest w tym jakieś skłamanie. To znaczy, że zespołowość pracy jest tylko deklaracją, a nie praktyką. Dla mnie ma duże znaczenie, z kim pracuję i to ma realny wpływ na ostateczny kształt spektaklu. Być może dlatego spektakle, które robię, różnią się od siebie, a nie dlatego, że ja sobie z góry wymyślam, że teraz będę inny. Taki przebiegły, to ja nie jestem. Lubię nowe wyzwania i taki rodzaj zmienności. Długi czas pracowałem na dużej scenie, i kochałem dużą scenę, a potem znowu z dużą przyjemnością wróciłem na małą scenę, ale dużej też nie porzucam. Staram się stawiać sobie nowe zadania i pilnować pewnej różnorodności, jak właśnie z „Faustem”, który zmusza do wypracowania nowych narzędzi.

Obejmując Teatr Dramatyczny zapowiada pan budowanie „teatru środka” – czy właśnie ta różnorodność, którą pan uprawia, to pański patent na formułę tego teatru?

Myślę, że tak powinny wyglądać teatry publiczne, żeby dawać różne możliwości i nikogo nie wykluczać, czyli być przystępne i otwarte na wielu poziomach, również na poziomie repertuaru. Mam pewien opór przed formułą „teatr środka”, bo tak się utarło, że to określenie jest raczej przytykiem niż świadectwem otwartości. Nie dzielę teatru na progresywny i „dla ludzi”. To niezbyt rozsądny punkt widzenia: dzielenie teatru na progresywny albo zły,. Myślę, że można robić teatr na wysokim poziomie artystycznym, który nie jest teatrem hermetycznym.

Chciałbym, żeby Teatr Dramatyczny był miejscem, do którego przychodzą ludzie i rozumieją drogę, którą podążamy. To największa scena miejska w Warszawie, adresująca swoje spektakle do dużej widowni. Inaczej się programuje teatr na sto osób, inaczej na scenę, która ma pięćset foteli. Przy czym nie chodzi o jedno czy drugie przedstawienie, ale miejsce, do którego ludzie będą wracać. Nawet gdybyśmy założyli, że w pierwszym sezonie stworzymy szlagier na miarę musicalu „1989”, to jest pytanie, czy to wystarczyłoby, aby Dramatyczny stał się miejscem, do którego ludzie będą chcieli wracać, że będą się czuli z nim związani, że będzie dla nich ważne. Jeden spektakl tego nie zrobi. Myślę, że to jest proces, który będzie trwał lata. Jestem powołany na pięć lat, ale aby zbudować komunikację z widownią i wewnętrzną komunikację w zespole potrzebne są przynajmniej trzy sezony artystyczne. Nie mówię, że na razie będzie źle, a za trzy lata będzie dobrze. Rozumiem, że w Teatrze Dramatycznym, w którym w ostatnich miesiącach atmosfera była dość napięta, może być takie oczekiwanie, że ktoś przyjdzie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko odmieni.

Nie jest pan czarodziejem Faustem.

Jestem tylko reżyserem „Fausta”. I nie zamierzam paktować z diabłem. Będę się musiał oprzeć na pracy organicznej, a ta płynąca z pozytywizmu podstawa działania zakłada cierpliwość. Prawdopodobnie pojawi się presja, oczekiwanie na szybkie rezultaty, ale to miejsce wymaga spokoju, oddechu i czasu, żeby zbudowało się na nowo po trudnych przejściach.

Ale też po dawnej, ale pięknej tradycji.

To akurat pole bardzo ważne dla nas – kiedy rozmawiamy z Julią Holewińską, która będzie moją zastępczynią, i przysłuchujemy się różnym opiniom, odnosimy wrażenie, że historia Teatru Dramatycznego sprowadza się do ostatnich dwóch dyrekcji, do zderzenia modelu progresywnego i konserwatywnego, a to bardzo krzywdzące dla historii tego miejsca. Coś o tym wiem: moi rodzice do dzisiaj mieszkają o osiem minut na piechotę od Teatru Dramatycznego. To był jeden z teatrów, w którym jako nastolatek ustawiałem się w długich kolejkach po wejściówki. Jako licealista czułem się z tym teatrem mocno związany za czasów dyrekcji Piotra Cieślaka, kiedy powstało wiele ważnych spektakli. Bliżej byłem związany z Dramatycznym jako student reżyserii, kiedy dyrektorem był Paweł Miśkiewicz – wtedy było to miejsce pełne niezwykle progresywnych idei. Jak by tego nie oceniać, Dramatyczny był jedną z najciekawszych polskich scen w ostatnim ćwierćwieczu. Często niedocenianą z różnych powodów, ale warto o tym pamiętać. Dlatego chcielibyśmy zaproponować już w pierwszym sezonie cykl projekcji spektakli archiwalnych, żeby przypomnieć dokonania teatru. Byłby to także pretekst do spotkania z twórcami i twórczyniami tych spektakli.

Zapewne możecie w tych planach liczyć na archiwum Teatru Dramatycznego uporządkowane i uzupełnione przez Dorotę Buchwald i Wojciecha Majcherka, w którym znalazło się mnóstwo wartościowego materiału.

Temat archiwum to niej tylko temat „Fausta”. Jeszcze nie objęliśmy tych zasobów, ale wiem, że to jest coś, z czym bardzo byśmy chcieli pracować. Ważne jest dla nas, żeby teatr, który zlokalizowany jest w bardzo charakterystycznym budynku, z charakterystyczną semiotyką i historią, nie uciekał od swojej przeszłości – chcielibyśmy do niej nawiązywać podczas naszej dyrekcji.

Choć oceniani będziecie za to, co sami stworzycie.

W momencie, kiedy przychodziliśmy w roku 2020 do Teatru Polskiego w Bydgoszczy, a trwał już remont teatru, wiedzieliśmy, że organizacja festiwalu prapremier – bez sceny i odpowiedniej dotacji – nie będzie możliwa w dawnym kształcie. Wymyśliliśmy więc Nagrodę Dramaturgiczną miasta Bydgoszczy Aurorę skierowaną do twórców i twórczyń z krajów Europy Wschodniej i Środkowej

I stała się znaczącą nagrodą europejską.

Udało się. Nawet wydawaliśmy książki z wyróżnionymi dramatami, co w Polsce jest pewnym ewenementem i ekstrawagancją. Ale jeszcze ważniejsze, że udało się wokół tego konkursu zbudować dość prężną międzynarodową społeczność. Odchodzimy teraz z Bydgoszczy, nie będziemy już zarządzać tym teatrem. Ta edycja Aurory będzie ostatnią, którą będziemy współorganizować. Nie chcielibyśmy tej grupy osób związanych z Nagrodą porzucać, ale nadal rozwijać współpracę – mam nadzieję, że Teatr Dramatyczny stanie się miejscem spotkań i podejmowania tematyki tożsamości, dekolonizacji, kluczowej dla twórców szukających nowego centrum w tym regionie. Byłoby idealnie, gdybyśmy mogli się spotykać, współpracować i rozmawiać na te tematy w Warszawie.

Skoro mowa o Bydgoszczy, to narzuca się pytanie, czy nie żal panu odchodzić z tego miejsca.

Bardzo żal, to oczywiste, bardzo zżyliśmy się z tym wspaniałym, niedocenianym w Polsce miastem. Bydgoszcz miała taki okres, kiedy była miastem trudnym i mało przystępnym. W ciągu ostatnich kilkunastu lat to się kompletnie zmieniło: budynki, które tak powstają, zwyciężają w najważniejszych plebiscytach architektonicznych, wiele terenów zostało zrewitalizowanych, dużo zieleni, wody – nazywana bywa polską Wenecją. Bydgoszcz to niezwykle przyjazne miejsce do życia, miasto tętniące dobrą energią. Wspaniały jest zespół Teatru Polskiego, a właściwie trzy zespoły: artystyczny, znakomity zespół techniczny i administracyjny. Żegnać się z nimi wszystkimi jest bardzo trudno.

Nie planowaliście tego.

Nie braliśmy udziału w konkursie na dyrekcję Teatru Dramatycznego, decyzja została podjęta w ciągu ostatnich czterech tygodni. Pojawiła się taka propozycja, kiedy dobiegała końca nasza pierwsza kadencja w Bydgoszczy i znaliśmy już warunki drugiej – wiedzieliśmy, że nie mamy szansy na rozwój. A skądinąd praca przez cztery lata w Bydgoszczy przebiegała w bardzo ciężkich warunkach.: pandemia, potem wybuchła wojna, szybko na nią reagowaliśmy, pojawiło się w naszym teatrze wielu rezydentów z Ukrainy i nie tylko, potem kryzys ekonomiczny, rozpoczęty remont teatru, który miał się zakończyć w 23 roku, a jak zakończy się w 26 to będzie dobrze. Do tego dochodziły trudności z pozyskiwaniem jakichkolwiek dotacji ministerialnych. Organizacja festiwalu prapremier, który w przeszłości dość dobrze być dotowany przez ministerstwo, była obarczona ogromnym stresem, niepewnością, czy coś dostaniemy. Mimo to udało nam się przez cztery lata osiągnąć dość dobry poziom artystyczny, braliśmy udział dwudziestu paru festiwalach, a kolejne się szykują – w październiku czeka nas pięć wyjazdów. Spektakle, które stworzyliśmy będą nadal jeździły, bardzo to nas cieszy, zwłaszcza że zaledwie 2-3 spektakle spośród 20 nie brały udziału w żadnym festiwalu. To świadczy o dość zrównoważonej recepcji, a i festiwal prapremier mimo braku siedziby (remont) też trwał, a jego program był odbierany bardzo dobrze. Mieliśmy nadzieję, że warunki się poprawią, na przykład zwiększy się dotacja, ale nic takiego się nie wydarzyło, wiele razy już gotowaliśmy tę zupę na gwoździu i robiliśmy coś niewspółmiernego do pozyskanych środków. Stwierdziliśmy, że jeżeli nie wykorzystamy okazji przejścia do Warszawy, to być może będziemy musieli zapłacić cenę zawodowego wypalenia. Poza tym uważam, że zmiany w zarządzaniu instytucjami są dość dobre, z czasem traci się świeżość spojrzenia. Tak więc tę trudną decyzję podjęliśmy.

Czy spotkał się pan już z zespołem Teatru Dramatycznego?

Procedura mojego powoływania była dość niezwykła. Konkurs nie został rozstrzygnięty, a potem trwały utrzymywane w tajemnicy rozmowy z warszawskim ratuszem. W tej napiętej sytuacji to była jedyna możliwość spokojnego namysłu. Zaplanowane mieliśmy z miastem równoczesne poinformowanie zespołów Dramatycznego w Warszawie i Polskiego w Bydgoszczy o powziętych decyzjach, ale przeciek prasowy sprawił, że wiadomość dotarła wcześniej i nie wszyscy poczuli się w tej sytuacji komfortowo. Nie mieliśmy na to wpływu. Teraz czeka mnie kolejne spotkanie z zespołem Teatru Dramatycznego, nadto ustaliliśmy, że będę wspierał zespół Teatru Polskiego w Bydgoszczy w okresie przejmowania teatru przez nową dyrekcję. Jeżeli nowa dyrekcja będzie chciała skorzystać z mojej wiedzy i doświadczenia w okresie przejściowym, będę do dyspozycji. Jestem po rozmowach z władzami Bydgoszczy i jest szansa, aby modelowo przekazać instytucję kultury w nowe ręce.

Czy już wiadomo, jaki będzie tytuł pierwszej premiery w Dramatycznym pod pańską dyrekcją?

Na razie ten tytuł mamy potwierdzony z osobą, która ma reżyserować, na 99 procent. Rzecz będzie oparta na literaturze i wspomniana osoba jest w trakcie lektury, pierwsze sygnały są pozytywne, ale czekamy na potwierdzenie, żeby tytułu nie spalić. Zwłaszcza że Dramatyczny to duży teatr i ogromna odpowiedzialność, a pierwszy telefon z ratusza zadzwonił cztery tygodnie temu. Program jest już dopracowany w tym sensie, że wiemy, z kim chcielibyśmy pracować i co chcielibyśmy widzieć na afiszu, ale to wszystko wymaga jeszcze uzgodnień. Kiedy się spotkam teraz z zespołem Teatru Dramatycznego, powiem, na jakim jesteśmy etapie, ale to nie będą jeszcze decyzje ostateczne. Na samym początku sezonu zorganizujemy konferencję i poinformujemy o naszych planach. Wiem, że wszyscy na to czekają, ale wiem także, że czekają, aby ten sezon był dobry.

Na koniec techniczne pytanie: dlaczego pańska kadencja rozpoczyna się w listopadzie?

W Bydgoszczy zaczynałem dyrekcję 2 listopada.

Tak? W Warszawie zwykle ma to miejsce od 1 września.

Sytuacja jest taka: premierę „Fausta” w Narodowym zaplanowano na 26 października i chciałem się wywiązać z tego zobowiązania. Tak więc, aby przystąpić do dyrektorowania z „wolną głową”, zaczynam w Dramatycznym pełną parą w listopadzie.

Zazwyczaj reżyserował pan raz w sezonie poza macierzystym teatrem.

Teraz powinienem skupić się na pracy w Dramatycznym, także jako reżyser. Nie dlatego, że chciałbym wykorzystywać swoją pozycję i traktować teatr jak folwark – mógłbym reżyserować w bardzo wielu teatrach, ale chcę bliżej poznać zespól, a nie ma lepszej metody od wspólnej pracy. Chociaż mam nadzieję, że uda się to połączyć z innymi zajęciami w teatrach niedramatycznych, jak reżyseria w operze, która ostatnio bardzo mnie interesuje.

[Fot. Krzysztof Żuczkowski/ Przegląd]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.