Tomasz Miłkowski o szansach Teatru TVP w tygodniku „Przegląd”:
Nie pierwszy raz w historii Teatr TVP ma przed sobą drogę Feniksa. Przechył propagadowy i gorset kontrolny narzucony telewizji przez PIS, udzielił się też teatrowi małego ekranu, zawłaszczanemu na użytek bieżących potrzeb politycznych. Tylko reset może uchronić scenę telewizyjną przed ostateczną katastrofą.
Nie ma już powrotu do dawnej potęgi, do czasów, kiedy pustoszały ulice podczas emisji czwartkowych spekatkli Teatru Kobra albo do sąsiedzkich zbiórek do wspólnego oglądania „Dam i huzarów” Fredry. Czasy się zmieniły, ale i w nowych okolicznościach scena telewizyjna może mieć niemało do zaoferowania jako przestrzeń odsłaniania kondycji człowieka, jego miejsca w świecie i historii, a choćby „tylko” rozrywki na możliwie najwyższym poziomie. To wciąż warte zachodu.
Nie wdając się w przydługie wywody historycze, dość przypomnieć, że narodziny polskiej telewizji wiążą się z teatrem, że od teatru się zaczynała, z widowisk parateatralnych wylęgała się jej oryginalność i przyszłość, a potem odklejając się od „matki”, powoli spychała Teatr TVP na plan dalszy. W szczytowym okresie bywało tych widowisk rocznie (premierowych) ponad 150, w najgorszych latach po kilka.
Rzecz poniekąd osobliwa, bo na pierwszy rzut oka tak być nie powinno, skoro wszyscy bez wyjątku prezesi TVP, niezależnie od sympatii politycznych, lublili wychwalać się dorobkiem Teatru TVP, a przy uroczystych okazjach to właśnie ten rodzaj produkcji windowali na szczyt misyjnych dokonań. Z drugiej wszak strony teatr spychany był do coraz mniej uczęszczanych pasm, zwłaszcza od czasu, gdy przychody z reklam zaczęł brać górę nad zobowiązaniami misyjnymi.
Najbardziej jednak szkodziła Teatrowi TVP – i to zawsze – polityka i ideologia. Uwikłanie projektów programowych w kampanie poltyczne, edukcję historyczną, sławienie żołnierzy wyklętych, pouczanie i przestrzeganie przed odszczepieńcami, zawsze na koniec od teatru telewizji odstręczało i w zasadzie wszystkich rozczarowywało: i widzów, i poltycznych mocodawców. Stąd podejmowane w schyłkowym okresie TVP-PIS nerwowe próby reaktywacji za pomocą m.in. powrotu do tzw. żywego planu, czyli realizacji spektakli na żywo, czy szukania niszowych pasm w TVP Kultura dla spektakli mniej wygodnych ideologicznie, ale mających dawać świadectwo niezależności. Gołym okiem widać było jednak prawicowy przechył repertuaru i skłonność do produkcji o bogoojczyżnianej wymowie.
Wahnięcia koniunktury teatralnej w telewizji publicznej łatwo zauważyć, obserwując krótkie dzieje Nagrody im. Stefana Treugutta, ustanowionej przez Klub Krytyki Teatralnej SDRP u progu XX wieku z myślą o wyróżnianiu twórców Teatru TVP. Była to w intencjach poniekąd nagroda „ratunkowa”, mająca wspomóc artystów w ich uporczywym staniu przy Teatrze TVP. Jednak okazało się, że już dwukrotnie w ostatnim dwudziestoleciu przyznawanie tej nagrody musiało być wstrzymane z powodu spadającej produkcji, zarówno pod względem jakościowym, jak i ilościowym. W ostatnich dwóch latach również doszło do zawieszenia tej nagrody – kapituła uznała, że nie bardzo jest za co i komu rozdawać nagrody. To jeszcze jeden dowód pogłębiającego się kryzysu.
Czego by jednak nie wymyślano na Woronicza, aby temu zapobiec, scena telewizyjna była skazana na niepowodzenie z jednego choćby zasadniczego powodu – rozmaite niechęci personalne, niepisane, a czasem wprost wyrażane zakazy wstępu na antenę Teatru TVP czołowych artystów, będących w sporze z polityką partii panującej, a z drugiej strony omijanie sceny telewizyjnej szerokim łukiem przez artystów, którzy nie chcieli być utożasamiani z PIS-em, musiało doprowadzić do kryzysu. Tak jak to było w czasach stanu wojennego, kiedy tzw. bojkot telewizji wywołał pierwszy wielki kryzys Teatru TVP, z którego tak naprawdę nigdy już się nie podniósł, mimo energicznych działań co najmniej kilku dyrektorów, a zwłaszcza Jerzego Koeniga i Jacka Wekslera.
Powodów, które wywołały kryzys, jest jednak więcej, poczynając od faktycznej likwidacji redakcji Teatru Telewizji. W wyniku rozmaitych zawirowań i reorganizacji tak naprawdę rozpadł się zespół fachowców od teatru telewizyjnego, a nowomianowany dyrektor TVP, Michał Kotański, dyrektor Teatrudawniej (por.) anterprener, organizator pracy artystycznej z... More Dramatycznego im. Stefana Żeromskiego w Kielcach nie otrzymał w schedzie po poprzednikach nawet pomieszczeń do pracy, które wcześniej teatrowi już odebrano, i odziedziczył zaledwie cztery osoby – niedobitki po niegdysiejszej silnej redakcji i pionie produkcyjnym.
Tak więc poprzedni włodarze TVP doprowadzili Teatr TVP na krawędź przepaści. Nie da się przecież prowadzić tak ważnej i zasłużonej dla polskiej kultury instytucji bez zespołu i elementarnych warunków pracy. Dobrze o tym wie nowy dyrektor i jego zastępca, Wojciech Majcherek, lata całe związany z telewizyjną produkcją teatralną. Być może to będzie szczęśliwy mariaż, bo nowy dyrektor nie należy do telewizyjnych weteranów, ma za sobą bardzo niewielkie doświadczenie w tej branży, choć wszystkim wątpiącym wypada przypomnieć, że wielu poprzedników Kotańskiego nie było reżysersami, a jeśli nawet byli, to ich dorobek telewizyjny był nader wątły.
Pierwsze zapowiedzi, jakie płyną ze strony Kotańskiego, budzą pewną nadzieję. Przede wszystkim Kotański chce odbudować redaakcję i Agencję Teatru TVP, i zapewnić co roku produkcję co najmniej 35 nowych spektakli. Na razie nie ma mowy o bardziej szczegółowych planach poza zapowiedzią telewizyjnego zapisu głośnego spektaklu krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, musicalu „1989”, i obietnicy, że zarejestrowany zostanie również spektakl Mateusza Pakuły „Jak nie zabiłem swojego ojca i dlaczego tego żałuję”, będący koprodukcją kieleckiego teatru i krakowskiego Teatru Łaźnia Nowa, spektaklu, który dosłownie rozbił bank z nagrodami na wielu festiwalach i konkursach.
Odbudowa pozycji Teatru TVP nie będzie jednak prosta. Wiadomo, że znacznie łatwiej psuć, niż budować. Oczywiście, siłą przyciągającą do sceny małego ekranu są przeogromne zasoby archiwalne, kryjące prawdziwe skarby telewizyjnej produkcji, zapisy arcydzieł dramaturgii polskiej, współczesnej i klasycznej literatuty obcej, potężne narzędzie edukacji kulturalnej, zresztą i wcześniej dość często wykorzystywane. To z pewnością atut sprzyjający odnowie, bo potwierdzający, że Teatr TVP może przynosić dzieła oryginalne, broniące się swoim kształtem artystycznym.
Nowy dyrektor przebąkuje o możliwości odbudowy Teatru Młodego Widza. W przeszłości spektakle adresowane do dzieci i młodzieży stanowiły odrębny i trudny do przecenienia nurt twórczości: pojawiały się inscenizacje bajek, spektakle złożone z najsłynniejszych wierszy dla dzieci autorstwa wybitnych poetów, w mistrzowskich wykonaniach, adaptacje książek dla młodych czytelników – fragmentów i całości, wreszcie spektakle specjalnie dla telewizji pisane.
Do naprawy jest prawie wszystko. Kiedy co poniedzialek przeglądam zapowiedzi programu telewizyjnego w kablówce i widzę, że ok. 21.00 będzie emitowane widowisko, muszę głowić się, co mianowicie się za tym kryje, bo właściciel kablówki nie informuje ani o tytule, ani o reżyserze, ani nawet nie potrafi zaanonsować treści. Może to drobiazg, ale informacja o Teatrze TVP szwankuje, a to pierwszy warunek, żeby widza zainteresować.
Alke nawet najlepsza informacja niewiele zdziała, jeśli repertuar nie będzie atrakcyjny. Co to jednak znaczy? Łatwo powiedzieć, choć klucz do sukcesu jak zwykle leży w umiejętnym balansie zarówno tytułów, tekstów orygianlnych i scenariuszy, a z drugiej strony zespołu realizatorów, obsady, i reżyserów. Jednym słowem ważna jest jakość propozycji. Wszystko wskazuje na to, że Teatr TVP odkłóci się z „niesformymi aktorami” i przeprosi z reżyserami, że sięgnie także do najzdolniejszych twórców młodszych generacji. W gruncie rzeczy na tym polegała siła spektakli telewizyjnych – poza rejestracjami producji poszczególnych teatrów ich znakomita część powstawała w telewizyjnych studiach, a przedmiotem podziwu były obsady. Trudno byłoby kogoś przekonać, że w ostatnich latach akurat obsady mogły stanowić o sile przyciągania do Teatru TVP.
Nie chcę występować w roli Wujka Dobra Rada, bo sposobów na sformowanie atrakcyjnego repertuaru jest wiele, a jest skąd czerpać inspiracje. Polska wszak festiwalami stoi, na których wciąż objawiają się nowe talenty i pojawiają spektakle budzące żywe zainteresowanie. Polski teatr, choć może nie trzyma się tak mocno, jak w latach 70., nadal należy do żywo obserwowanych zjawisk w kulturze europejskiej. Skoro tak jest, naprawdę jest z czego wybierać.
Tomasz Miłkowski
[Na zdj. Adam Hanuszkiewicz i Kalina Jędrusik w spektaklu Teatru TVP „Apollo z Bellac”/ archiwum TVP, 1958]
