Szymon Spichalski o „Królu Learze” na kameralnej scenie londyńskiej Minerva Theatre – pokazy w Multikinie:
Wielkie postacie Szekspirowskie są dla aktorów niczym Nanga Parbat dla himalaistów. Młodzi adepci teatralnego rzemiosła próbują mierzyć się z Hamletem. Ci starsi i bardziej doświadczeni – z Makbetem lub Ryszardem III. Mistrzowie i weterani sceny sięgają po postać sędziwego Leara. W każdym przypadku oznacza to wędrówkę na artystyczny szczyt, znaczony zmaganiem się z trudnymi graniami, przełęczami i perciami, jakie napotykać można w interpretacji dzieł mistrza Williama. Końcowy widok z wierzchołka jest tego jak najbardziej jednak warty.
Trudno się zatem dziwić, że sir Ian McKellen podjął rolę Króla Leara w spektaklu w reżyserii Jonathana Danby’ego. Wieloletnia kariera filmowa i teatralna wybitnego aktora (grającego wcześniej m.in. w Royal Shakespeare Company) zasługiwała na ukoronowanie kreacją adekwatną do jego dorobku. Przedstawienie miało swoją premierę w 2017 roku na kameralnej scenie londyńskiej Minerva Theatre stanowiącej część Chichester Festival Theatre – instytucji, której pierwszym dyrektorem był sam sir Laurence Olivier. Na potrzeby rejestracji w ramach cyklu National Theatre Live ,,Króla Leara” przeniesiono na deski Duke of York’s Theatre, w którym w 1964 roku McKellen oficjalnie zadebiutował na West Endzie.
Scenografia Paula Willsa zamyka trzystuosobową publiczność w dość kameralnej przestrzeni. Przez środek widowni na parterze przebiega podłużny, wąski podest. Na proscenium ustawiono okrąg, a horyzont sceny zamknięto wysokimi, monumentalnymi boazeriami. To w tej scenerii rozgrywać się będzie dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More sędziwego króla. Już w pierwszej scenie oglądamy McKellena jako Leara zmagającego się ze swoją fizycznością. Kilkusekundowy kadr szybko przerywa właściwe rozpoczęcie sztuki – oddać wszak trzeba twórcom, że Szekspira wystawiają co do słowa.
Kluczowa w dramacie scena podziału królestwa na córki odbywa się w klimacie rodem z największych lat Imperium Brytyjskiego (co jest swoją drogą zdecydowanie nadużywanym przez angielskich twórców środkiem w inscenizacjach Szekspira…). Ubrany w galowy mundur i obwieszony medalami Lear przywodzi na myśl wizerunki największych dowódców i władców Zjednoczonego Królestwa; na sztankiecie zjeżdża jego olbrzymi malowany portret. Otoczony swoim dworem władca jest tutaj de facto Bogiem. Jednym ruchem ręki nakłania zebranych do odmawiania quasi-pogańskich formułek, ma wśród swoich poddanych absolutny posłuch. Jego charyzma przykrywa jednak postępującą demencję. McKellen w subtelny sposób wydobywa fizyczne cierpienie swojej postaci objawiające się a to w małym geście, a to w drżeniu lub ściśnięciu głosu. Pycha monarchy połączona z postępującym zdziecinnieniem wyrażona została w procederze dzielenia swojego królestwa poprzez… cięcie mapy UK nożyczkami. McKellen mistrzowsko zarysowuje wszystkie wewnętrzne sprzeczności Leara już w pierwszych sekwencjach.
Od sceny wygnania Kordelii (Anita Joy-Uwajeh) rozpoczyna się proces degrengolady i politycznego rozbicia państwa. Ten element spektaklu w Wielkiej Brytanii musiał brzmieć szczególnie niepokojąco kilka lat temu, wskutek zjawisk związanych z brexitem. Danby pokazuje, jak w podzielonym królestwie rodzą się osobiste ambicje i chęć zemsty. Jest-li londyński spektakl opowieścią o rozpadzie wspólnoty społecznej i rodzinnej, o szaleństwie politycznej (symbolicznej i dosłownej) wojny domowej. O tym, jak Wielka Brytania – idąc w ślad za McCarthym – ,,to nie jest kraj dla starych ludzi”. Reżyser stopniowo przenosi akcję w obecne czasy, przebierając żołnierzy we współczesne wojskowe mundury maskujące. Bitwa między wojskami angielskimi i francuskimi to strzelanina w światłach stroboskopów. Miejsce kaźni Gloucestera (Danny Webb) znajduje się w rzeźni, a stylowe kreacje Goneryli (Claire Price) przywodzą na myśl stroje Coco Chanel. Danby chętnie sięga również po techniki rodem z planu filmowego (zwłaszcza w sferze dźwiękowej czy przez kadrowanie scen). Niestety w ponad trzygodzinnym spektaklu często ma się wrażenie przerostu formy nad treścią, nadmiaru oczywistych środków inscenizacyjnych (te kluczyki do samochodu rzucane przez hrabiego…), a przede wszystkim braku stylistycznej spójności. Zdecydowanie najciekawszym zabiegiem pod względem scenografii jest wspominany okrąg na proscenium odnoszący się do kształtu korony – władzy, o którą walczą uczestnicy dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More. Odpowiednio podświetlony (biel lub czerwień) odnosi się do charakteru sceny lub postaci. Niemal wszystkie z nich znajdują się w (sic!) błędnym kole politycznego sporu.
Londyński ,,Lear” jest najciekawszy tam, gdzie inscenizacja jest ograniczona do minimum, a Danby daje pole do popisu aktorom. Znakomita jest Kirsty Bushell jako Regana – z jednej strony bardzo dziewczęca, z drugiej zdecydowanie grająca swoją seksualnością. Moment oślepienia Gloucestera przynosi jej wręcz sadystyczną przyjemność, co przywodzi na myśl poświęcone ,,Learowi” opracowania dotyczące powiązania w nim wątków śmierci i seksualności. Szkoda niewykorzystanego potencjału Edmunda w wykonaniu Jamesa Corrigana – wypowiadane przezeń na stronie solilokwia zbudowane są na zbyt dużym dystansie do własnej roli, przez co bękart Gloucestera wydaje się bardziej komiczny niż demoniczny. Być może to kwestia niewłaściwego rozłożenia akcentów serio i buffo przez reżysera w całości spektaklu…? Ale już Lloyd Hutchinson świetnie odnajduje się w roli Błazna, tworząc z niego postać na wskroś campową.
I w tym przerysowaniu, w tej grotesce i wiernym scenicznym partnerze świetnie odnajduje się sir Ian McKellen. Jego Lear to rola absolutnie kompletna, zbudowana od początku do końca. Gniew władcy szybko przeistacza się w pozorowane szaleństwo. Odrzucony przez córki starzec szybko odkrywa paradoksy zmieniającego się świata, jednocześnie zachowując swoją szlachetność i charyzmę przy schorzeniach starzejącego się ciała. Przyjmuje rolę błazna i stwarza swoje królestwo na nowo, na zupełnie innych fundamentach. Świadectwem wirtuozerii McKellena są zwłaszcza dwie sekwencje. W jednej z nich wyrzuca Goneryli i Reganie podłość, po czym wbrew własnej stanowczości pogrąża się w łzach rozpaczy. W drugiej w strugach deszczu przechodzi graniczny, krytyczny moment przekształcenia swojej osobowości. Mistrzostwo, które wydobywa jeszcze jeden wymiar dramatu Szekspira – metafizyczne pytanie o wierność zasadom, o podstawy społecznego porządku, wreszcie o poczucie ulokowania człowieka w tradycji i własnej wrażliwości względem Absolutu. Nieprzypadkowo też relacje Leara ze swoim orszakiem (prostymi ludźmi w kostiumach z lat 30.) czy nędzarzami pokazują też, że jego spadkobiercy (za wyjątkiem Kordelii) to w gruncie rzeczy egoiści niemający poczucia odpowiedzialności za zbiorowość, którą zarządzanie powierzył im w ramach testamentu.
Aktorskie kreacje budują wartość dodaną londyńskiego przedstawienia, maskując liczne inscenizacyjne niedociągnięcia. Widowisko z NTL na pewno warte jest uwagi z racji na rolę McKellena. Kreacja Leara miała być zresztą ostatnią Szekspirowską rolą w dorobku wybitnego aktora. Tymczasem miesiąc temu BBC podała, że sir McKellen przymierza się do roli Falstaffa w nowym spektaklu Roberta Ickego. Cóż, pasji do teatralnej wspinaczki nie porzuca się nigdy.
Szymon Spichalski
