Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

ROZBITE LUSTRO

Recenzja Stanisława Godlewskiego, laureata Prezydenta Gdyni w X edycji Konkursu AICT na recenzję teatralną dla młodych krytyków im. Andrzeja Żurowskiego ze spektaklu „Plath”, wystawionego w Teatrze Studio w Warszawie w reżyserii Katarzyny Kalwat, zamieszczona w „Czasie Kultury” (2022/22).

Spektakl „Plath” warszawskiego Teatru Studio jest kontynuacją artystycznych poszukiwań

Katarzyny Kalwat. Od lat w centrum zainteresowań tej reżyserki znajdują się strategie

wytwarzania biografii. Zrealizowała już przedstawienia o realnie istniejących, zmarłych

artystach – Jerzym Grotowskim, Robercie Walserze czy Tomaszu Sikorskim – ale też o twórcy

żyjącym, Didierze Eribonie. W jednym ze swoich projektów powołała do istnienia fikcyjną

postać Marii Klassenberg, której status określają słowa „być fikcją to nie to samo, co nie być

prawdą”. Klassenberg prezentowana jest jako prekursorka sztuki feministycznej i

zaangażowanej, która nigdy nie zaistniała w artystycznym obiegu i nie weszła do kanonu

awangardy (o projekcie pisał między innymi Marcin Kościelniak w „Pamiętniku Teatralnym”).

Po realizacji performansu „Milczenie” przestała tworzyć – „zamilkła” i „zniknęła” z pola

sztuki. Ten projekt Kalwat – jeśli dobrze rozumiem opisy, bo żadnej z jego odsłon nie

widziałem – wymagał wytworzenia archiwum fikcyjnej artystki, a jednym z jego

najważniejszych tematów była praktyka wymazywania kobiecej twórczości z kanonu historii

sztuki.

Sylvia Plath żyła naprawdę, jednak do wytworzenia jej legendy przyczyniła się przedwczesna,

samobójcza śmierć artystki. Zainteresowanie jej twórczością trwa do dziś – pojawiają się

kolejne wznowienia „Szklanego klosza” i „Dzienników”, wydawane są kolejne biografie

pisarki. Nie sugeruję, że gdyby Plath nie odebrała sobie życia, nie byłaby czytana ani doceniana,

mam jednak wrażenie, że wysyp biografii na jej temat wynika przede wszystkim z samobójczej

legendy. 11 lutego 1963 roku Plath wstała rano, zostawiła dzieciom przy łóżkach śniadanie, po

czym odkręciła gaz i włożyła głowę do piekarnika. Wiele badaczek i badaczy próbuje

zrozumieć, dlaczego to zrobiła – czy przyczyną były zaburzenia psychiczne artystki, leczenie

elektrowstrząsami czy może związek z poetą Tedem Hughesem, który Sylvię zdradził i opuścił?

Do dzisiaj powstają kolejne analizy podejmujące próbę wyjaśnienia tajemnicy przyczyn, które

pchnęły genialną pisarkę do rezygnacji z życia. Jedną z ciekawszych publikacji na ten temat

jest „Milcząca kobieta” Janet Malcolm, która opowiada nie tyle o samej Plath, ile o kolejnych

wersjach jej mitu – tego, w jaki sposób biografowie opisywali jej życie i jak mierzyli się z

prawnymi spadkobiercami jej twórczości (rodzeństwo Hughesów). Malcolm, nie ukrywając

swoich poglądów, ale też nie uzurpując sobie prawa do „prawdy o Sylvii”, pokazuje, jak

faktami można manipulować i jakie mogą być tego konsekwencje. Moje myślenie o spektaklu

Kalwat jest w oczywisty sposób naznaczone tą lekturą.

Zasadą organizującą spektakl „Plath” w Teatrze Studio jest multiplikacja. Sylvie są trzy: jedną

gra Ewelina Żak, drugą Dominika Biernat, a trzecią – występujące wymiennie – studentki

Akademii Teatralnej: Monika Szufladowicz, Maria Katarzyna Kłusek, Hanna Wojtóściszyn i

Zuzanna Radek (widziałem spektakl z Szufladowicz). Na scenie otacza je kilka takich samych,

przesuwnych, srebrzystych ścianek – w zależności od tego, jak się je ustawi, mogą tworzyć

wrażenie głębi lub ciasnoty. Nad sceną wisi pięć ekranów. Wyświetlane na nich projekcje

obrazują fragmenty prób oraz castingu, w którym brało udział kilka studentek Akademii

Teatralnej (casting/próba polegały na czytaniu i komentowaniu wierszy Plath). Część obsady

gra podwójne role – zdarza się na przykład, że Halina Rasiakówna w ciągu jednej sceny

kilkakrotnie zmienia się z Matki w leczącą Sylvię specjalistkę psychiatrii. Precyzyjnie

1zaplanowane, powracające w spektaklu powielenia i powtórzenia tworzą wrażenie rosnącego

chaosu.

Przez większość przedstawienia jego akcję prowadzą działania Żak i Biernat. Każda z aktorek

tworzy zupełnie inną postać: Żak jest smutna, łagodna, jakby matowa, natomiast Biernat jawi

się jako dużo bardziej zapalczywa, żywsza emocjonalnie, ale i bardziej naiwna. Choć każda z

wersji tytułowej postaci dominuje w osobnych scenach, pozostają nierozerwalnie ze sobą

złączone. Perspektywę prowokującą ten zabieg teatralnego „rozdwojenia” bohaterki wyjaśniła

autorka tekstu Bożena Keff w rozmowie z Witoldem Mrozkiem:

To wynika chyba najbardziej z tego, że Sylvia Plath w „Dziennikach” intensywnie ze

sobą rozmawia, sztorcuje samą siebie, chwali czasem, napomina, mówi do siebie „ty”.

[…] Najpierw to się bierze z takiej nastoletniej potrzeby dialogu ze sobą, niemal

wszyscy to znają, potem to wyraża świadomość świadomości. Myślę tak i tak, ale można

inaczej – coś w tym rodzaju. Więc „dałam jej” możliwość stałego dialogu ze sobą,

komentowania tego, co robi i co dzieje się wokoło. Dwie Sylvie – bo to jest taka rozpięta

osoba – pomiędzy jednym i drugim biegunem swoich możliwości i świadomości.

Faktycznie, obie aktorki nie schodzą ze sceny, cały czas uważnie się obserwując. Nawet kiedy

Żak czy Biernat grają z innymi partnerami, można odnieść wrażenie, że robią to przede

wszystkim dla siebie, podejmując działania adresowane do własnego alter ego.

Powielenie postaci Plath pozwala nie tylko na ukazanie dualizmu jej osobowości, ale też

ciekawie obrazuje podstawowy problem recepcji jej życia i twórczości. Sylvie są różne – w

zależności od tego, jak zinterpretuje się jej biografię. Twórczynie warszawskiego spektaklu

próbują przedstawić na scenie losy wyjątkowej, niepowtarzalnej, jedynej w swoim rodzaju

artystki, a równocześnie traktują opowieść o niej jako mit czy archetypiczny wzorzec

konkretnych mechanizmów; na przykład – patriarchalnej opresji. Obie te perspektywy są

równie ważne i ciekawe, jednak ich równoległość sprawia, że spektakl – podobnie jak

konstrukcja tytułowej postaci – rozpada się na części, z których trudno ułożyć spójny obraz.

Obserwujemy chronologicznie opowiedziane życie Sylvii – jej relacje z rodzicami, pierwsze

doświadczenia relacyjne, próby tworzenia, kryzysy psychiczne, małżeństwo z Hughesem – tak

jak w klasycznej biografii. Gęsty tekst Keff i dopowiedzenia grających w spektaklu aktorek

(zarówno na scenie, jak i na nagraniach) do życia i twórczości Plath opatrują tę linearnie

opowiedzianą historię komentarzem, z którego wynika drugi – poza samą prezentacją biografii

– temat spektaklu, jakim jest dążenie do doskonałości. Sylvia chce osiągnąć perfekcję i pisać

arcydzieła, a jednocześnie mieć udane życie rodzinne. Zbyt wysokie ambicje i nadmierne

wymagania stawiane samej sobie są przyczyną cierpień bohaterki. Równocześnie sprawiają, że

Plath rozwija się pisarsko i tworzy coraz ciekawsze teksty.

Aktorki z castingu (których nagrania wyświetlane są na ekranach) czytają pod koniec spektaklu

wiersz Plath „Krawędź”, w którym pojawia się przerażająca fraza:

Kobieta osiągnęła doskonałość.

Jej martwe

Ciało na uśmiech dokonania […].

Doskonała kobieta to martwa kobieta – zdaje się mówić Plath, nie wiadomo czy ironicznie, czy

serio. Młode aktorki są przerażone tą perspektywą, buntują się przeciwko niej – w

przeciwieństwie do martwej poetki chcą tworzyć na innych zasadach, z szacunkiem dla siebie

i bez chęci samounicestwienia.

W jednej z wcześniejszych scen aktorzy prowadzą dialog, który wprowadza frazę tego wiersza,

wchodząc z nim w specyficzną relację. Obie Sylvie leżą – spokojne i milczące – w fotelach, a

mąż Ted Hughes (Bartosz Porczyk) próbuje sprowokować je do rozmowy. Początkowo wydaje

się, że mężczyzna chce pomóc Plath, rozweselić ją, wyrwać z milczącego otępienia. Ale poeta

jest coraz bardziej zirytowany, ton jego głosu przechodzi w krzyk. Podejmuje próby

prowokacji, by na końcu okazać zupełną bezsilność. Gadatliwy Hughes wydaje się śmieszny i

jawi się jako przegryw, milcząca Sylvia pozostaje zaś postacią dostojną, godną i wygraną w

swoim milczeniu. Przypomina to sytuację z „Persony” Ingmara Bergmana – w pojedynku

pomiędzy milczącą aktorką Elżbietą a gadatliwą pielęgniarką Almą, wygra zawsze Elżbieta,

ponieważ nigdy się nie odsłoni, a jej milczenie zawsze będzie fascynującą tajemnicą.

Wspomniana Malcolm, która ma dużo więcej sympatii dla Hughesa niż twórczynie

warszawskiego spektaklu, także pokazuje ten paradoks – Ted, choć żył dłużej niż Sylvia, do

swoich ostatnich dni pozostawał w cieniu jej legendy. Katarzyna Kalwat razem z Bożeną Keff

i dramaturżką Agatą Adamiecką-Sitek nie zdecydowały się na wprowadzenie do spektaklu

innej historii z życia Hughesa, choć w porządku multiplikacji wydawałoby się to logiczne.

Assia Wevill, dla której Hughes odszedł od Plath, powtórzyła jej gest – zagazowała siebie i

czteroletnią córeczkę, której ojcem był Ted. Łatwo dostrzec w tym mężczyźnie wcielenie

Sinobrodego, dużo trudniej zaś wyobrazić sobie ogrom jego cierpienia.

Na pierwszy rzut oka „Plath” rozczarowuje – i chyba nie mogło być inaczej. Paradoksalnie,

przyczyną niepowodzenia tego spektaklu były zbyt duże ambicje (przeciw którym, jak

rozumiem, twórczynie występują). Chęć streszczenia biografii Plath, pokazania jej mitu i

mechanizmów patriarchalnej opresji nakładanej na kobiety-artystki przerosła pojemność

dwugodzinnego przedstawienia. Ale właśnie przez jego niekonsekwencje, niedociągnięcia,

paradoksy i uproszczenia efekt pracy Katarzyny Kalwat i jej zespołu prowokuje do myślenia.

A to, wbrew pozorom, już bardzo dużo.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.