Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Kilka spektakli Gustawa Holoubka [z archiwum „Yoricka”]

Wielkość i nędza sceny

Za kulisami nie jest pięknie. Jakieś niby biureczko z podświetlanym lustrem, wieszaki na kostiumy, zdezelowane meble, zapewne kiedyś grające na scenie, gdzieś w kącie machiny akustyczne do udania wiatru i burzy. Nieprzytulnie. A jednak to właśnie tu, jak powie garderobiany Norman, „jest piękno”.

W teatralnym programie Gustaw Holoubek wyjaśnia, dlaczego akurat „Garderobianego” Ronalda Harwooda wybrał na swoje teatralne pięćdziesięciolecie. Oto tekst, który prawdziwie opowiada o żywocie sług teatru, o ich lękach i nadziejach, chwilach szczęścia i cierpieniu. Tekst wprawdzie dobrze znany w polskim teatromanom, grywany już wcześniej przez przednie aktorskie duety (Pszoniak, Zapasiewicz i Przegrodzki, Scheybal), ale nadal niepostarzały. I rzeczywiście, cudownie antyjubileuszowy, nie mający w sobie nic z celebry, choć przecież opowiadający o naturalnej hierarchii, która niczym w udzielnym księstwie rządzi za kulisami.

W Ateneum króluje duet Holoubek-Kociniak. Taka to sztuka, w której nie do końca dookreślone relacje między dyrektorem-aktorem wędrownej trupy (jubilat) i jego garderobianym stanowią ośrodek zainteresowania, a zarazem pretekst do odsłonięcia zakulisowych strachów i wzlotów. Czasem nieco kabotyńskich, częściej cudownie ironicznych. Sir Holoubka jest doskonale świadom swej niedoskonałości, przeżywa wyczerpanie nieustannym odkrawaniem ze swojej psychiki codziennych danin na pożarcie widowni, ale zarazem łasym uchem wyczekuje hołdów. Garderobiany Norman doskonale wpisuje się w te oczekiwania, wspiera moralnie mistrza. Widać, że nie po raz pierwszy w garderobie toczy się misterium przeistoczenia – aktor z coraz większym oporem, jakby wbrew rutynie i doświadczeniu, zmienia skórę, z coraz większą niepewnością przekracza magiczny krąg sceny, aby stać się szekspirowskim Learem, zrazu zwycięskim, potem udręczonym przez los. Sir dobrze zna cenę tego wysiłku, „żeby zapomnieć o wszystkim, co ryzykujesz, żeby stanąć w dniu premiery przed widownią i odsłonić przed nią własną duszę”. Kocha tę widownię-bestię. I nienawidzi.

Przedstawienia jubileuszowe rzadko się udają. Grzeszą odświętnością. Tym razem jednak Gustaw Holoubek wymknął się okolicznościom. W postaci Sira dał przenikliwy portret wyczerpanego psychicznego aktora, który poza sceną staje się człowiekiem niemal bezradnym. Broni się ucieczką, błaznowaniem, dziecięcymi kaprysami i nagłymi wybuchami entuzjazmu. Partnerujący mu Marian Kociniak pokazał innego, prawdziwego człowieka teatru, zainfekowanego jego dwuznaczną wielkością i kłamstwem. Pozostając w cieniu mistrza, niepostrzeżenie staje się jego alter ego, a w wyobraźni, kto wie, czy nie mistrzem.

Krzysztof Zaleski (reżyser) nadał tragikomedii Harwooda właściwy rytm, zadbał o zmienność nastrojów, a także o wybrzmienie ważnych postaci drugoplanowych: znękanej teatralną włóczęgą Lady (Maria Pakulnis), zadurzonej i zrezygnowanej inspicjentki (Maria Chwalibóg), głodnej teatralnego sukcesu Irene (Dominika Ostałowska), a także teatralnych nieudaczników (Jan Żardecki, Tomasz Dedek). Dzięki temu świat za kulisami okazał się wielobarwny, przypominając do złudzenia świat nie należący już do teatru. Przygotowalnia, czyli garderoba, stała się terenem najprawdziwszej walki o sens życia.

——————-

Ronald Harwood „Garderobiany”, tłum. Michał Roniker, reżyseria Krzysztof Zaleski, scenografia Marek Chowaniec, kostiumy Dorota Roqueplo, muzyka Wojciech Borkowski, Teatr Ateneum, 13 grudnia 1997

[Na zdj. Gustaw Holoubek i Marian Kociniak, fot. Zygmunt Rytka/ Tetar Ateneum]

Z recenzji „Yoricka”:

Czy ktoś jest obok?

Życie w „Domu wariatów” Marka Koterskiego toczy się w taki sposób, jakby nikt tu się z nikim nie znał. Wprawdzie ludzie reagują na czyjąś obecność, ale tylko po wierzchu,. Nie rozmawiają. Każdy toczy swój monolog.

Nie mówią o niczym ważnym. Ściślej rzecz ujmując właśnie „nic” jest tematem ich monologów. Tak właśnie odpowiedział Marek Koterski, zapytany, o czym jest „Dom wariatów”: „to jest sztuka o niczym, ale to nic wypełnia jej bohaterom życie”.

Od filmowej wersji „Domu wariatów” rozpoczęła się kariera artysty – uznano ten film za debiut roku 1984. Potem Koterski w kolejnych filmach i realizacjach scenicznych potwierdził swoją oryginalność i odrębność jako precyzyjny obserwator i krytyk codzienności, z której wyłuskując paradoksy, zachowania mechaniczne, mimowolne, przypadkowe, daje charakterystykę naszych obyczajów. Mocno nadszarpniętych, a to podwójną moralnością, a to egoizmem, a to marzeniami, a to wielce przaśną rzeczywistością.

Akcję „Domu wariatów” można opowiedzieć w trzech zdaniach: Do rodzinnego domu przybywa wieczorową porą marnotrawny syn. Jest częstowany konserwą rybną i herbatą. Po czym wszyscy idą spać. Oczywiście, nie w akcji klucz do tej sztuki, napisanej niczym partytura, która rozwija główny motyw: niemożność porozumienia, wszechogarniająca głuchota na obecność drugiego człowieka. A także wątki poboczne: relacja żona-mąż, ojciec-syn, matka-syn, ojciec-drzwi, matka-puszka. To nie żarty. W tym utworze na jednakowych prawach rysuje się związek człowieka ze zużytymi biletami autobusowymi, co i związek ojca i syna. Komedia bardzo śmieszna a niezmiernie smutna.

Grana jest wyśmienicie. Ewa Wiśniewska stworzyła postać pochłoniętej własną dobrocią matki i żony, zabieganej nieustannie, która już dawno zapomniała o sensie tej bieganinie. Życie upływa jej na utarczkach z mężem, na wiecznej walce o wpływy na sposób zamykania drzwi, albo liczenia biletów… Ojciec Gustawa Holoubka, zamknięty w sobie, oddaje się z zapałem rutynowym czynnościom,: składaniu spodni, zwijaniu paska, zamykaniu drzwi, a wreszcie rytuałowi udawania się na wieczorny spoczynek. Holoubek daje w tej roli pokaz swojej siły komicznej, tak rzadko wykorzystywanej na scenie. Demonstruje ja pedantycznie składając spodnie, czy też rozplątując sznurowadła (na koniec niczym Aleksander Wielki za pomocą siekiery). Komicznie, ale i groźnie brzmią jego przypowieści ku pouczeniu maluczkich, rozpoczynające się od słów „proszę, ja was”, w których z namaszczeniem powtarza frazesy i banały. Swojej scenicznej małżonce odpłaca się warczeniem i inwektywami.

DOM WARIATÓW Marek Koterski, reż. autora, scenografia Marcin Stajewski, muz. Jerzy Satanowski, Teatr Ateneum, premiera 21 marca 1998.

Edyp i los

Król Edyp w reż. Gustawa Holoubka w warszawskim Ateneum.

Sofokles, jak pisał Stefan Srebrny, „we wstrząsającym najwyższą grozą obrazie przedstawia upadek człowieka ze szczytów szczęścia i sławy w najczarniejszą otchłań niedoli – bez żadnej winy z jego strony, jedynie na mocy nieodwołalnych wyroków Losu, z którym do końca walczył on bohatersko, ale bezskutecznie”.

Tak tedy ośrodkiem tragedii uczynił autor napięcie między wolą i rozumem człowieka, a niezgłębioną wolą bożą, której w granicach ludzkiego pojmowania świata nie sposób wyjaśnić. Tragedia dowodzi nieomylności apollińskiej wyroczni w Delfach.

Zarówno Lajos, jak i Edyp, posiadłszy dzięki wyroczni wiedzę o przyszłości, usiłowali uniknąć Losu. Uczynili bodaj wszystko, co w ludzkiej mocy, aby straszliwa przepowiednia nie mogła się spełnić. A jednak udało im się zmienić bieg wydarzeń tylko na pozór. Pewni, że przezwyciężyli wyroki klątwy, krok po kroku zbliżali się jednak do ich spełnienia. Mit Labdakidów, a przynajmniej jego wersja delficka, był zatem jaskrawym dowodem bezsilności człowieka wobec wyroków Losu. Sofokles, zwolennik tradycji religijnej, swoją tragedią przestrzegał przed daremnym oporem wobec proroctw wyroczni „Edyp – pisał Tadeusz Sinko – był tylko lalką w rękach bogów”. Spektakl w Ateneum pozostaje wierny tej wersji ludzkiego losu, jaką nakreślił Sofokles. Oto Edyp, miotany sprzecznymi uczuciami, dążący do prawdy, ale zarazem energiczny władca, który pragnie zapobiec spiskom i destrukcji państwa, nieuchronnie zbliża się do upadku. Dobry władca, naznaczony piętnem klęski, musi przegrać. To nie jest budujący przykład, to raczej przestroga przed mściwymi bogami, którzy kierując się niejasnymi powodami plączą ludzkie ścieżki. Ale to także przestroga przed pychą rządzących, którzy przecież nie są szafarzami Losu. A to już dla ludzi zwykłych, nie władców, wiadomość krzepiąca. Może właśnie dlatego nie tylko u starożytnych ta mroczna tragedia zyskała tak wielką sławę.

W Ateneum gra się ją nieledwie rapsodycznie pierwszeństwo oddając słowu. Żadnych inscenizacyjnych sztuczek, żadnego wideo, czy próby przenoszenia akcji do supermarketu. Pusta przestrzeń, pochylony podest sceny spływającej w stronę widowni, będzie ton wysoki – poniżony Edyp w wielkiej kreacji Piotra Fronczewskiego pozostaje po ludzku niepokonany. Pojawia się bez okrycia głowy, z przepaską w miejscu, gdzie kiedyś były żywe, inteligentne oczy, jak Lir pozbawiony władzy, ojcostwa i sensu życia, a jednak wielki i niezwyciężony. Bo to on dokonuje ostatecznie wyboru, to on rozporządza swym losem – nawet Kreon sycący się swym zwycięstwem to zauważa („nie rozkazuj mi” – gani upadłego władcę). Ale Edyp w swym tragicznym upadku jest jeszcze stokroć potężniejszy. A jednak słowo, w dużej mierze dzięki świetnemu opracowaniu Marcina Sosnowskiego, brzmi mocno jak rzeźbione w marmurze. Postaci przemawiają głębią swych przeżyć, dramatów, mądrości, chytrości i głupoty. Parabolicznego echa tragedii przydają nagrane chóry i wiersze recytowane z magnetyczną siłą przez Gustawa Holoubka.

Oto człowiek wydany na pastwę Losu walczy o prawo do wyboru. Ale nie będzie mu on dany. Jednak przegrana, choć nieuchronna, zawierać

od karierowicza Kreona – mocny siłą charakteru i bezbrzeżnym smutkiem. Tym tragiczniejszy, że świadomy swej klęski, wydany na łup poniżenia.

Już wcześniej Edyp pojął, kim nieświadomie się stal -już wtedy, kiedy porzucono go jako niemowlę w lesie. Nikt chyba przed Fronczewskim nie powiedział tak rozpaczliwie słowa „matka”, kiedy Edyp dowiaduje się, że własna matka wydala go na śmierć. Ten hardy, pełen pychy i władczych gestów bohater, wzgardzający radami Tyrezjasza (sugestywny Krzysztof Gosztyla) w tej jednej chwili przeżywa głębię swego upadku. To straszliwe uczucie niewysłowionej przegranej jest też udziałem Jokasty – w delikatnie zarysowanej roli Teresa Budzisz-Kryżanowska oddaje subtelny liryzm tej postaci, żony-matki próbującej za wszelką cenę chronić męża-syna przed najgorszym.

W tym czystym, pozbawionym wszelkich ozdobników przedstawieniu króluje mądre i trudne słowo, w którym jak w soczewce skupia się cały dramat. Kto wie, może to właśnie jest najbliższe wrażliwości Greków, dla których słowo miało moc największą. Młodziutki, utalentowany aktor Wojciech Solarz w epizodzie opowiadania świadka Eona potwierdził jak wstrząsającą siłę kryje słowo działające na wyobraźnię widza. Młoda widownia słuchała go wstrzymując oddech, tak jak w skupieniu śledziła mozolne śledztwo Edypa zmierzającego do samounicestwienia.

To jest inny teatr od modnego dzisiaj, wrzaskliwego spektaklu, który próbuje udawać kino albo serial. Warto wsłuchać się w ten czysty ton – nie wydaje się, żeby należał do przeszłości.

Tomasz Miłkowski

Król Edyp Sofoklesa, tłum. i adapt. Marcin Sosnowski, reż. Gustaw Holoubek, scenografia Marcin Stajewski, kostiumy Irena Biegańska, muz. Wojciech Borkowski, światło Jan Holoubek, Teatr Ateneum, premiera 14 marac 2004.

Z recenzji:

„Arcydzieło Sofoklesa wystawione przez Gustawa Holoubka daje radość obcowania ze sztuką teatru w najszlachetniejszym wydaniu. Czyste jak łza przedstawienie przynosi pełny triumf słowa. Jest to zasługą nie tylko znakomitych aktorów, ale i adaptatora Marcina Sosnowskiego, który przygotował spójną i pełną poezji adaptację, posiłkując się różnymi tłumaczeniami tragedii (…) Widowisko urzekało tym wszystkim, czego na co dzień w polskim teatrze nie sposób znaleźć. Kunsztem świetnie podanego słowa, ale także tajemnicą, metaforą, niedopowiedzeniem, które stanowią o prawdziwej magii teatru” [Janusz R. Kowalczyk, „Rzeczpospolita” nr 66, 18 marca 2004].

„Przedstawienie wystawione na jubileusz 75-lecia warszawskiego Teatru Ateneum jest dowodem na to, że nawet muzea mogą być ciekawe” [Roman Pawłowski, „Gazeta Wyborcza” nr 67, 19 marca 2004].

(…) w dłuższych partiach tekstu głos Fronczewskiego-Edypa załamuje się i pobrzmiewa znaną intonacją Franka Kimono. Widzę też, że Teresie Budzisz-Krzyżanowskiej nie udaje się, zwłaszcza w scenach końcowych, powściągnąć maniery i rozpacz królowej brzmi fałszywie. Bronią się spokojnym tonem Jerzy Trela – Kreon i Krzysztof Gosztyła – Tejrezjasz. Klasyczne teksty wymagają wysokiego poziomu rzemiosła i im rzadziej są grane, tym trudniej im sprostać” [Elżbieta Baniewicz, „Twórczość” nr 10, 22 października 2004].

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.