Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Monodram jest kobietą

Tomasz Miłkowski pisze po powrocie z festiwalu teatrów jednego aktora w Toruniu w tygodniku „Przegląd”:

Wniosek nasuwa się sam – z dziesięciu zaprezentowanych w tym roku produkcji na festiwalu monodramów w Toruniu aż osiem przedstawiły aktorki.

Na dodatek laury w poprzedzającym festiwal toruński konkursie interpretacji teatralnej dla dzieci i młodzieży zdobyły wyłącznie dziewczyny. Można to zjawisko zaobserwować nie tylko na festiwalach. Wśród premier spektakli jednoosobowych zdecydowana większość to spektakle aktorek. Zawsze były widoczne na scenie tego najmniejszego teatru, ale teraz wyraźnie dominują. Tak więc w stwierdzeniu, że „monodram jest kobietą” nie ma żadnej przesady czy kokieterii.

Przy czym dobór spektakli na ten wyśmienity pod względem artystycznym przegląd teatrów jednego aktora pod dyrekcją Wiesława Gerasa uświadomił, że to nie tylko chodzi o wykonawstwo, ale i punkt widzenia, właśnie kobiecy, albo też w szczególny sposób dotyczący kobiet. Nawet jednoosobowa prezentacja „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego (monodram Kingi Kowalskiej) nosiła podtytuł: „Raz dokoła. Kobiety Wesela”, oddając głos kobiecym bohaterkom dramatu Wyspiańskiego.

Większość prezentacji wiązała się silnie z czasem dorastania, z traumami wyniesionymi z lat dzieciństwa i dorastania, niezaleczonymi ranami psychicznymi, których skutki wraz z upływem lat wcale nie malały.

Festiwal, otworzył autorski monodram Julii Wyszyńskiej „Fizyka kwantowa, czylirozmowy nigdy nieprzeprowadzone” (Nagroda dziennikarzy). Julek, bohater tego monodramu jest psychicznie poraniony. Julia Wyszyńska portretuje bolesny proces dojrzewania w opresyjnej szkole, lodowatej rodzinie i przemocowym środowisku rówieśników. Ukazuje dramaty dorastania i zdobywania samowiedzy przez młodych ludzi, doznających upokorzeń w szkole, w domu i wśród rówieśników, zmagających się z przeklętymi polskimi problemami. Julia Wyszyńska kładzie na kozetce psychoterapeuty swoje pokolenie. Opowiada o przemocy, z jaką spotykały się dzieci wychowywane w reżimie bezwzględnego posłuszeństwa w szkole i w domu, pozbawiane podmiotowości, zmuszane do podległości i praktycznie odtrącane przez zapracowanych ojców.

Bohater monodramu nie przeżywa jakiejś wielkiej tragedii na miarę antyczną. To raczej kwestia mikrourazów, drobnych zdarzeń, których masa krytyczna w pewnym momencie wywołuje eksplozję. To pewnie dlatego Julek, podlegający obróbce wychowawczej, znajdzie się w grupie rówieśniczej, gdzie także panuje przemoc i ustalona hierarchia w świecie odwróconych wartości. Wiąże się z „kibolami”, przejmuje ich chwytliwe hasła nacjonalistyczne, jego świat się zaburza. Błądzi.

A mimo wszystko autorka/aktorka odnajduje drogę wyjścia. Nie przez odrzucenie i wieczny jałowy bunt, ale ugodę z samym sobą, przepracowanie, akceptację samego siebie, odrzucenie nienawiści jako regulatora stosunków z innymi ludźmi. Dlatego tak potrzebne było przeprowadzenie rozmów z samym/samą sobą.

Po tak mocnym otwarciu kolejne monodramy wiodły widzów przez opresyjne polskie drogi. Damian Droszcz w monodramie „Ściana” jako odratowany przez teatr kibol (scenariusz oparty na prawdziwych faktach), który odnawia tytułową ścianę, snuje tchnącą autentyzmem opowieść o swoim dzieciństwie, o swoich błędach, potknięciach i brutalnym wychowaniu przez przemoc. To mocna lekcja pokory wobec traumatycznych doświadczeń niekochanego dziecka.

Jeszcze silniej oddziałuje rozwibrowana emocjonalnie opowieść dzieciobójczyni z monodramu „Jordan”, którą w znerwicowanej formie wyznania kobiety zdesperowanej i doprowadzonej do szaleństwa przez przemoc jej partnera przedstawia Zuzanna Bernat. To monodram opromieniony legendą kreacji Doroty Landowskiej, przed laty prezentowanej w Toruniu, która tym razem podjęła się jego reżyserii, w pewnym sensie oddając go w ręce swojej następczyni. Przejmująca treść tej opowieści uświadamia, jak przemoc rodzi przemoc, jak bezradność maltretowanej kobiety może przerodzić się w niekontrolowaną agresję. Monodram niczym przestroga.

W nieco spokojniejszej tonacji, co nie znaczy spokojnej, Karolina Miłkowska-Prorok w monodramie „Nadbagaż” przedstawia historię dziewczynki, a potem kobiety oderwanej bez jej woli od rodzimego środowiska, dorastającej na obczyźnie, a potem wracającej z wypalonym emocjonalnie wnętrzem do kraju.

Po tym emocjonalnym wyciszeniu nastąpił ściskający za gardło finał, w którym zaprezentowane zostały monodramy o ludziach miażdżonych przez politykę i historię, Pierwszy z nich to monodram Jowity Budnik – „Pisma z getta warszawskiego” Racheli Auerbach, prowadzącej kuchnię samopomocową dla głodujących w getcie. Drugi, mający premierę zaledwie przed tygodniem (14 maja) w warszawskim Domu Spotkań z Historią to monodram Agnieszki Przepiórskiej, „W maju się nie umiera” (tekst Piotra Rowickiego, reżyseria Anny Gryszkówny, Nagroda im. Antoniego Słocińskiego i Nagroda ZASP), rzecz o poetce Barbarze Sadowskiej, matce zakatowanego na śmierć Grzegorza Przemyka.

Jowita Budnik, ubrana jak kierowniczce stołówki przystało, z obowiązkowym fartuchem, krząta się nieśpiesznie wokół stołów, dostawia krzesła, żeby stały równo, dba o schludny wygląd surowego wnętrza. Czasem przysiada na jednym z krzeseł. Krążąc wokół stołów, potem rozkładając skromne pajdy chleby, obiera ziemniaki i prowadzi swoją opowieść. Aktorka, jak zawsze w teatrze jednego aktora, zdana jest tylko na siebie, choć od czasu wspomagają ją głosy wygłodniałych dzieci, odgłosy wystrzałów, echa trwającego bez przerwy terroru.

Zrazu Rachela mówi powściągliwie, jej opowieść brzmi jak relacja o faktach zwyczajnych, codziennych, same bowiem fakty są wystarczająco porażające, aby trzeba je było wzmacniać ekspresją. Ale w miarę upływu czasu bohaterka reaguje coraz bardziej emocjonalnie, a kiedy jej zdolność dystansowania się wobec nieszczęścia przekroczy punkt krytyczny, dojdzie do wybuchu gniewu. Wtedy postanowi, że musi przetrwać, aby dokonać zemsty – i tak się stanie. Rachela Auerbach przejdzie na aryjską stronę, a jej zapiski ocaleją w jednej z odnalezionych po wojnie w ruinach gettach skrzynek archiwum Emanuela Ringelbluma.

Jej zemstą stanie się dokumentacja zbrodni, dokumentacja tworzona w tym szczególnym punkcie obserwacyjnym, gdzie trwał nieustanny festiwal głodomorów, opuchłych z głodu i wycieńczonych ludzkich szkieletów. „Kuchnia – mówi już na początku – to jedno z pierwszych miejsc, gdzie odbija się wszystko, co przeżywa getto”. Kuchnia zatem to rodzaj szkła, czasem powiększającego, które pozwala wniknąć w straszliwą otchłań głodu, niewyobrażalną dla kogoś, kto tego nie zobaczył.

Kiedy wydawało się, że emocjonalny szczyt spotkań toruńskich został przekroczony, na finał festiwalu zobaczyliśmy monodram Agnieszki Przepiórskiej, opowiadający o tragedii i bólu indywidualnym. To zawsze boli mocniej niż zagłada tysięcy. Ale to nie tylko kwestia perspektywy. To struktura tej opowieści sprawia, że widz zostanie wchłonięty w wir codziennej walki o wolność, o godność i o swobodny oddech. Aktorka już po raz kolejny tworzy sugestywny portret kobiety oparty na prawdziwych doświadczeniach bohaterki znanej z kart historii.

Agnieszka Przepiórska weszła w świat teatru jednego aktora monodramami w jakimś stopniu zakorzenionymi w jej biografii – dotyczy to zwłaszcza spektaklu Tato nie wraca, próbowała też z powodzeniem sił w monodramie komediowym (Kocham Bałtyk). Od pewnego czasu w centrum jej zainteresowania pozostają niepospolite kobiety i ich historie. Taką była opowieść o zamordowanej podczas wojny przez Niemców utalentowanej poetce Ginczanka. Przepis na życie (2020), taka też Simona K. Wołająca na puszczy (2021) czy Anna o Annie Walentynowicz (2022).

Teraz Agnieszka Przepiórska osiąga pełnię mistrzostwa przedstawień jednoosobowych, w których prawda historyczna spotyka się z metaforą, autentyzm zdarzeń, dokumentarny zapis z ich emocjonalnym odwzorowaniem w wyobraźni, prawda z jej teatralnym skrótem. Coraz głębsze myślowo i artystycznie rezultaty tych poszukiwań osiąga aktorka dzięki twórczej współpracy z dramaturgiem Piotrem Rowickim i reżyserką Anną Gryszkówną. W tym artystycznym triumwiracie wyraźnie wykuwa się odrębny styl monodramów Przepiórskiej, zawsze emocjonalnie i intelektualnie zakotwiczonych w losach bohaterek i ich dążeniu do tworzenia lepszego, przyjaznego świata. Ten wydźwięk unosi się także nad tym tragicznym w wymowie monodramie „W maju się nie umiera”, o tragedii matki osieroconej przez syna. Uprawnione nawiązania do Piety czy ikonowej postaci matki z „Dziadów” Mickiewicza, pani Rollison, podnoszą opowieść o losach Sadowskiej na paziom poranionej metafory nieszczęścia i walki o sprawiedliwość. Niesłychanie mądre przedstawienie. Przejmujące, a do tego tak skomponowane, że pojawiają się w nim prześwity radości i urody życia.

Ważne też były w tegorocznym przeglądzie toruńskim spektakle towarzyszące. Remigiusz Grzela zaskoczył swoim czułym monologiem-monodramem o wielkiej przyjaźni z Barbarą Krafftówną, ich wspólnej pracy, śladach w pamięci i znaczeniu, jakie ma pamięć dla przetrwania legendy. Grzela jawi się przez pryzmat tego monologu nie tylko jako autor książki o artystce, autor scenariusza filmu jej poświęconego i towarzysz niepoliczonych spotkań, ale strażnik pamięci, ożywiający blask bohaterki filmu Wojciecha Hasa „Jak być kochaną” (1962) wg opowiadania Kazimierza Brandysa.

Anna Seniuk swoim stand-upem-performatywnym czytaniem/mówieniem wprowadziła trochę radości, oddechu i wzruszenia innego rodzaju. To były przywoływane strofy liryczne, ale i strofy dziecięce, nieco parodiowana „Lokomotywa” i nieśmiertelna „Pchła szachrajka”, a wszystko połączone pomysłem ukazania widzom aktorki wędrującej po kraju z walizką pełną rekwizytów i wspomnień, a przede wszystkim ważnych dla niej tekstów. Aktorka, która niedawno debiutowała w wieku niemal 80 lat monodramem „Życie pani Pomsel” (w rezyserii jej syna Grzegorza Małeckiego), być może przetworzy to spotkanie „Z księgi ziół i nie tylko” w pełnokrwisty monodram. Publiczność przyjęła ją z gorącym apluzem.

To były piękne dni, silnych przeżyć, ciekawych rozmów i pewności, że sztuka monodramu wciąż zbiera nowe owoce i znajduje sobie nowe miejsca spotkań z widzem. Ale to temat na inną okazję, trochę tylko dotknięty podczas toruńskiego spotkania klubu krytyki teatralnej.

Tomasz Miłkowski

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.