Jest w książce Bożeny Frankowskiej szczególny rodzaj analitycznej dociekliwości. Porządek biografii uzasadnia porządek krytycznego komentarza. Wnikliwą charakterystykę wspiera starannie gromadzona dokumentacja. Natomiast wędrując szlakiem faktu, autorka rozbudowuje i kontekst historyczny, i przestrzeń własnej oceny. Ład egzegezy łączy się więc z trybem barwnych narracyjnych dopowiedzeń.
Anna Lutosławska Współczesna Modrzejewska (wyd. Austeria 2022) to portret na wskroś Mistrzyni aktorskiego rzemiosła. Na wskroś oznacza warsztatowy perfekcjonizm sprzężony z twórczym ryzykiem, które niepokoi, wibruje, każe biec dalej. Bożena Frankowska znakomicie ten dualizm wydobywa, dotykając jednocześnie detalu i wizji opisywanych ról. Zatrzymajmy się na moment przy Idalii z Fantazego (inscenizacja Krystyny Skuszanki – Teatr im. Juliusza Słowackiego, prem. 16 VI 1979).
Była to równocześnie i romantyczna muza hrabiego Dafnickiego, i kobieta zakochana do szaleństwa imająca się każdej intrygi na drodze do szczęścia, i dama zaliczająca kolejne miłosne przygody. Ale przede wszystkim była to postać (…) która sercem i umysłem, bystrą inteligencją i współczuciem potrafiła pod pozorami konwenansu dostrzeć złożoność świata i jego dramatyzm. Głęboko przez aktorkę pojęta rola, zagrana została błyskotliwie i migotliwie w odcieniach uczuciowych a niezwykle poważnie i spokojnie w najistotniejszych barwach znaczeń. Giętki i wszechstronny, posłuszny aktorce dla wyrażenia niemal wszystkiego warsztat (…) rysunek postaci, uzyskany wspaniałą sylwetką, eleganckim gestem i nieskazitelnym sposobem mówienia wiersza.
A teraz Państwa zaskoczę. Cytat pochodzi z książki i z recenzji. Rzecz nie w tym, że jest autocytatem, bo brzmi pięknie i mądrze. Natomiast kluczowa dla trybu narracji będzie organiczna współobecność portretowego konturu, który się umacnia na planie wnikliwie dobieranych recenzenckich wypowiedzi. Dzięki temu głos zabiera recenzja jako bezpośredni świadek aktorskiej metamorfozy przywoływany materią książkowego wizerunku. Wszystko razem ma sens i smak. Nota bene już dobór nazwisk wywołuje zawrót głowy, że wspomnę tylko Jana Kotta, Zbigniewa Raszewskiego, Adama Tarna, Stefana Treugutta, Andrzeja Wirtha, Józefa Kelerę, Martę Fik, Andrzeja W. Krala, Jerzego Koeniga, Marię Bechczyc-Rudnicką.
Co tu dużo gadać. Bożena Frankowska – wszak sama krytyk wielce doświadczony – sięgnęła do opinii ludzi, którzy rzeczywiście słyszeli puls teatru! Stąd szeroka paleta nie tylko różnych, lecz przede wszystkim różnoorodnych perspektyw spojrzenia na aktorski plan. Stąd zabawne kontrasty. Surowy zazwyczaj Zbigniew Raszewski obok Księżniczki ze Snu srebrnego Salomei (inscenizacja Krystyny Skuszanki – Teatr Ludowy w Nowej Hucie, prem. 17 X 1959) wprowadził trzy rozpędzone epitety: „piękna, zgrabna, bardzo utalentowana”. Natomiast Jan Kott ostrą kreską – bez cienia werbalnej krotochwili, którą wszak lubił – zaznaczał sceniczny wymiar roli: „Księżniczka broni się szyderstwem i ironią. Jest drwiącą poezją Snu”.
Autentycznym poznawczym rarytasem jest recenzencka nota odnaleziona na łamach Echa Krakowskiego przy okazji postaci Ajten (Nazim Hikmet, Pierwszy dzień święta, inscenizacja Bronisława Dąbrowskiego – Teatr im. Juliusza Słowackiego, prem. 20 XI 1955).
Operuje celną, choć spokojną i doprowadzoną do szczegółów grą gestów, bardzo rozmaitymi intonacjami i natężeniami głosu, co w sumie wyraża postać o bogatych i różnorodnych stanach uczuciowych i charakterze więcej niż przeciętnym.
Szczerze powiedziawszy, spierałabym się o mocno przeszacowaną emocjonalną skalę dialogu, ale krytyczny osąd sięga sedna głosowej wirtuozerii Anny Lutosławskiej, jaka pulsowała już we wczesnych aktorskich działaniach. Pora więc ujawnić nazwisko redaktora – Sławomir Mrożek. Przyznacie Państwo, że wtedy dostrzeżony w przekazie ekspresyjny kontur słowa nabiera światła…
Schodząc teraz ze szlaku, powtarzam – autentyczynie współobecnych recenzenckich cytatów – na portretową ścieżkę. Bożena Frankowska nie boi się chronologii, ani nie epatuje segmentalizacją zdarzeń. Po prostu krąży biograficznym duktem w poszukiwaniu ludzi oraz miejsc, które stanowią i wizerunkowy fundament, i wizerunkową kanwę. To – po prostu – wynika z wnikliwego, lecz bez krztyny wścibstwa opisu. Najpierw serdeczne krakowskie gniazdo rodziny Redlichów. Tuż obok ciężka okupacyjna noc.
Brak opału, wyrastałam szybko z butów, ubrań i los się zawziął na nas Polaków (…), zimy poniżej -30 stopni były prawdziwym dramatem(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More. Miałam tak odmrożone stopy, że między palcami – tym najmniejszym i tym drugim obok – widziałam kość.
Bolesny ślad pamięci, wyłowiony ze Skojarzeń zapisanych w brulionie (A. Lutosławska-Jaworska, WAM, Kraków 2014). Szczęśliwie młodziutka Ania Redlich już wkrótce otrzyma bliską swoim skrytym marzeniom dawkę nadziei. Bowiem już zimą 1945 rozpoczyna naukę w Studio Starego Teatru. Trafia do szkoły jeszcze nie obciążonej socrealistycznym bagażem. Chłonie, ogląda, próbuje. Jeśli powędrujecie Państwo „Frankowskimi” drogami spotkacie m.in. Jerzego Ronarda Bujańskiego, Marię Dulębę, Zofię Małynicz, Andrzeja Pronaszkę, Mieczysława Kotlarczyka, Juliusza Osterwę.
Na pierwszych zajęciach Oterwa zapytał, czy mamy zdolności naśladowcze. Proszę pokazać.(…) Ja zapytałam, czy mogę pijaka? (…) Więc zataczałam się i śpiewałam, aż potrąciłam tablicę i obsypałam prof. Osterwę kredą! Otrząsając rękaw jak pijak, mówiłam: szepraszam barzo. Podziękował i zapytał: Jak Pani ma na imię? Hanka – zmienił się jakoś, wpatrywał się we mnie chwilę i uśmiechnięty powiedział: Aaa, to dlatego taka urocza. Nie rozumiałam o co chodzi.
Cudowny wspominek z muśniętym profilem Ordonki w tle. Takich narratoskich zakoli ilustrowanych celnie dobraną anegdotą znajdziemy dużo więcej. Polecam je czytelniczej kwerendzie, natomiast tu i teraz chciałabym zwrócić uwagę na dwa kierunkowskazy. Tradycja i nowatorstwo ukazane w portretowych ramach nie jako dysonans, lecz twócza synteza. Spójny dualizm, który generuje kształt gestu, wagę myśli, światłocień słowa, parametry formy. U podstaw wciąż znajdują się precyzyjne etiudy pod kierunkiem ukochanej pani profesor Marii Dulęby, zaś w oku artystycznego cyklonu wciąż fruwają rzeźbione z rozmachem inscenizacje Krystyny Skuszanki.
Bożena Frankowska przemierza wzdłuż i wszerz wszystkie etapy współpracy ze Skuszanką i Jerzym Krasowskim. Nowa Huta – Teatr Ludowy, Wrocław – Teatr Polski, Kraków – Teatr im. Juliusza Słowackiego. Bogata dokumentacja, klarowne oceny. Dlatego znowu odsyłam do lektury. Wówczas odkryjecie Państwo m.in. trop Józefa Szajny i Henryka Tomaszewskiego. Równocześnie wszystkie te powinowactwa i okoliczności mają wspólny autorski rys podziwu i sympatii dla aktorki, której obcy był każdy artystyczny pustostan, każda bylejakość środków wyrazu.
Tak zbliża się do siebie trop aktorskiej prawdy i trop ze wszech miar uczciwego krytycznego komentarza. Choć jest jedno ale. Mianowicie niestaranna edytorska robota. Indeks nazwisk się ulotnił, spis ról pływa między rozdziałami, tyci spis treści robi wrażenie, że został przemycony redakcyjnym mimochodem. Nie chcę się znęcać, więc omijam szaro-burą grafikę, nikłe śródtytuły. Ale muszę powiedzieć, że zdjęcia oraz podpisy tkwią w informacyjnym maraźmie, a mogłyby dopełniać tworzywo „opowieści o sztuce aktorskiej”. Słyszałam od Bożeny Frankowskiej, że nie otrzymała żadnych korekt (Sic!). Cóż więcej deliberować. Zamysł edytorski faszerowany absurdem. No comment – bo i po co.
Jagoda Opalińska
