Tomasz Miłkowski o wojewodzie, który kulturę przed Strzępką „ratował”, pisze w tygodniku „Przegląd”:
Monika Strzępka nie jest już urzędującą dyrektorką Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy. W czynnościach zawiesił ją wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł.
Czyżby jej pierwsza w życiu praca na etacie (wcześniej pracowała na tzw. śmieciówkach) miała skończyć się po niecałych dwóch miesiącach? Mimo że komisja konkursowa to ją wybrała na dyrektorkę Teatru Dramatycznego, a wybór ten zatwierdził Prezydent m.st. Warszawy, któremu ten teatr podlega, wojewoda w trybie tzw. rozstrzygnięcia nadzorczego postanowił unieważnić decyzję prezydenta. Na pozór ze względu na uchybienia w stosunku do założeń konkursu, których – jak się okazało – pan wojewoda jest nieustraszonym strażnikiem. Na pozór, bo w sążnistym uzasadnieniu, rozpisanym na 26 punktów i osiem stron wojewoda dał upust swojej wcześniej nieujawnianej pasji krytyka teatralnego i moralisty, poddając ocenie twórczość Moniki Strzępki i jej osobę, której dalsze trwanie na posadzie w Dramatycznym w jego mniemaniu zagraża ciągłości polskiej kultury. Tak wynika z wywodów mających uzasadniać powziętą decyzję, które skupiają się wokół pojawienia się rzeźby Złotej Waginy w Dramatycznym, uznanej za dowód rozpasanej rozwiązłości i kto tam chce czego jeszcze. Rzeźba w rzeczy samej stanęła w galerii Dramatycznego podczas happeningu towarzyszącego intronizacji Moniki Strzępki na dyrekcyjny fotel, co potraktował pan wojewoda ze śmiertelną powagą jako zagrożenie i atak na podstawowe wartości, a co równie dobrze można traktować jako część ludycznego obejścia tego bezprecedensowego wydarzenia, czyli objęcia dyrekcji w Dramatycznym przez kobietę.
Jak nietrudno zauważyć, interwencja wojewody w gruncie rzeczy osadzona jest w instrumentalnym traktowaniu twórców kultury. Powinni się oni podporządkować kościelno-partyjnym wyobrażeniom PIS-u o tym, jak ma wyglądać kultura wolna od lewactwa, LGBT i feminizmu, największych koszmarów, nękających samorzutnych strażników moralności. Stąd zapewne ten bezwzględny atak na nową dyrektorkę, która nie kryła i nie kryje swoich lewicowych feministycznych poglądów, choć jeszcze w Teatrze Dramatycznym nie zdołała wiele zdziałać. Pierwszą premierę, „Mój rok relaksu i odpoczynku” w reżyserii Katarzyny Minkowskiej, przygotowywaną mu pod jej dyrekcją zaplanowano na 8 grudnia.
Ktoś, kto nie znając twórczości Moniki Strzępki, przeczytałby uzasadnienie decyzji wojewody, mógłby dojść do wniosku, że to jakaś niedowarzona debiutanka bez dorobku, która dziwnym splotem okoliczności znalazła się na niewłaściwym miejscu. Tymczasem Strzępka należy do czołowych polskich reżyserek teatralnych. Jej pozycję zawodową potwierdzają dziesiątki nagród przyznawanych jej (często w duecie z Pawłem Demirskim) przez festiwalowych jurorów, publiczność i dziennikarzy. Tak jest niemal od dwudziestu lat, kiedy ukończyła studia na Wydziale Reżyserii Dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More w Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie. Debiutowała w Teatrze Polskim w Bydgoszczy dramatem(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More Anny Bednarskiej „Z twarzą przy ścianie” (2004). Potem spróbowała z sukcesem pracy nad monodramem szekspirowskim Krzysztofa Gordona „Szeks Show Presents; Yorick, czyli wyznania błazna” wg scenariusza Andrzeja Żurowskiego w Teatrze Wybrzeże. Wkrótce zawiązała artystyczny tandem z Pawłem Demirskim (jej życiowym partnerem), który zasłynął spektaklem „Dziady. Ekshumacja” wg Adama Mickiewicza (Teatr Polski we Wrocławiu), a potem m.in. takimi głośnymi spektaklami jak: „Niech żyje wojna!!!” (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu) czy „W imię Jakuba S.” (Teatr Dramatyczny w Warszawie, Laur Konrada na festiwalu Interpretacje, 2013), pierwszy warszawski sukces Strzępki i Demirskiego, odniesiony na deskach teatru, którym właśnie teraz zaczęła kierować.
To był anarchiczny spektakl, nikogo nie sławił ani do niczego nie wzywał, a jednak podszyty tęsknotą za zmianą. Powstał najwyraźniej z gniewu, a przynajmniej niezgody na takie czytanie naszej tożsamości, do jakiego nawykowo i bezrefleksyjnie przywykliśmy, uczeni pokoleniami, że ród polski ze szlachty się wiedzie, że wszyscyśmy z dworków tonących w zieleni wśród pól malowanych (zbożem rozmaitem), a potem z wysadzonych z siodła, którzy po powstańczych klęskach (acz moralnych zwycięstwach) pielęgnowali polskie cnoty. Czy tak jak jest, musi być, pytali artyści, ale nie mówili, jak być powinno. Dość, że stawiali pytania żywe i najwyraźniej na ustach młodych, którzy na spektakl w Dramatycznym przybywali licznie, pożerając go oczami i uszami.
Ale po tym sukcesie długo miejsca w Warszawie nie zagrzali. Pracowali w całej Polsce, w najważniejszych teatrach, by tylko wspomnieć o Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. W Warszawie pojawili się u po kilku latach znów w Teatrze Polskim, gdzie wzbudzili sensację adaptacją powieści Szczepana Twardocha „Król” (2018), a potem przygotowali spektakl „M.G.” w tym samym teatrze (2021), portretując stan wielkiego rozczarowania, jakie przynosi współczesna Polska, pozbawiona wyrazu, solidności i rozsądku. Pomysł, aby z pomocą figury Magdy Gessler (Eliza Borowska) dokonać lustracji Polski prowincjonalnej, okazał się doskonałym sposobem na ujawnienie naszych niedoczynności i braków, którym nawet pełna dobrej woli Matka Boska (jak zawsze znakomita Grażyna Barszczewska) nie zdoła zapobiec.
Krytykom Strzępka i Demirski na ogół się podobali, władzy raczej nie, zwłaszcza PIS-owi, skoro z plakatu spektaklu „M.G.’ musiał zniknąć na życzenie ministerstwa znak poświadczający współfinansowanie teatru.
Tak więc, jakby Strzępki nie oceniać, nie można jej dorobku tak bezczelnie lekceważyć, jak to poczyna sobie wojewoda.
Tego jeszcze w Polsce nie było. Po raz pierwszy przedstawiciel premiera (wojewoda) zdejmuje dyrektora powołanego przez prezydenta. To oczywiste wkroczenie na pole cudzych kompetencji. Władza państwowa sięgnęła po nowy klawisz na klawiaturze restrykcji, dotykających niewygodnych artystów. Do tej pory swoje zapędy cenzorskie ograniczała do połajanek w dyspozycyjnych środkach przekazu i do wstrzymywania funduszy na niemiłe jej festiwalowe wyjazdy albo dotacji na nielubiane przez władzę spektakle czy projekty. Sankcje personalne wymuszała wtedy, kiedy instytucje bezpośrednio albo pośrednio podlegały ministrowi. Tym razem użyto instrumentu bardziej wyrafinowanego, a przez to bardziej wątpliwego pod względem prawnym, mianowicie tzw. nadzór nad przestrzeganiem prawem. Bardzo niebezpieczny precedens. Od rychłego (mam taką nadzieję) rozstrzygnięcia sporu kompetencyjnego między wojewodą i prezydentem zależy w dużej mierze przyszłość siły sprawczej samorządów. Jeśli sąd administracyjny postanowienie wojewody uzna za zgodne z literą prawa, niezależność samorządów stanie się iluzoryczna, a droga do woluntarystycznej interpretacji przepisów stanie otworem. Kij ma dwa końce – jeden to cenzorska laga na kulturę, a drugi, to kańczug na samorządy.
Na koniec warto przypomnieć, że nie wszystkich decyzja komisji konkursowej o wyborze kandydatury Moniki Strzępki na dyrektorkę Dramatycznego ucieszyła. I nie mam tu na myśli władzy, ale środowisko teatralne. To zupełnie normalne – jeśli artysta nie ma zwolenników, ale i przeciwników, zawsze taki stan wydaje się co najmniej niepokojący. Kiedy jednak dzisiaj czytam, że niektórzy koledzy wyrażają niemal satysfakcję z powodu decyzji wojewody, a jedynie trochę marudzą, że to nie on powinien ją podjąć, czuję się trochę nieswojo. Inna rzecz spory o kształt programowy teatru i rozmaite w tej materie opinie, które każdemu przysługują, inna – solidarność z decyzjami, które wszelką dyskusję uniemożliwiają.
Na tym tle podziwu godna jest powściągliwa postawa Moniki Strzępki, która na zadawane jej pytania, co zamierza robić w zaistniałej sytuacji, odpowiada: „Bardzo zależy mi na tym, by nie działać reaktywnie. Nie zamierzam brać udziału w żadnej wojnie”. W swoim oświadczeniu napisała, że nie godzi się „na ciągłe próby zarządzania naszym społeczeństwem przez konflikt i na obejmujący wszystko język wojny”. Na razie sposobi się do premiery. Jak wspomniałem, odbędzie się już 8 grudnia. Też się wybieram.
A wojewodzie dedykuję cytowany przez niego fragment tekstu Marii Peszek, którym tak się zatrwożył: „Czarownice, chodźcie krzyczeć. Nasze jest miasto, nasze są ulice / Viva la vulva, wiwat błyskawica”.
Tomasz Miłkowski
