Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Świata się nie opowie

Przed premierą „Wieczoru Trzech Króli” w Teatrze Narodowym (4 grudnia 2021) reżysera PIOTRA CIEPLAKA pytał Tomasz Miłkowski

Tomasz Miłkowski: Przychodzi mi na myśl głupie pytanie: Będzie wesoło?

Piotr Cieplak: To jest proste pytanie. Głupie pytania są mądre. To jest krótkie pytanie, ale wymaga dłuższej odpowiedzi. Tak, chciałoby się, aby kolor, barwa, śpiew, muzyka, jasny ton tego przedstawienia zabrzmiał. I to jest jakieś pragnienie – żywiołowość oczekiwana. Próbujemy tak to zrobić. To pragnienie bierze się z zupełnie niewesołych powodów. Mam poczucie, że czasy są niezwykle dotkliwe. Nie mówię tylko o politycznym wymiarze sytuacji, ale o świecie współczesnym w ogóle, o pandemii, ekologii, o niepoliczonych zagrożeniach, które czyhają na człowieka. Czasy nie są do śmiechu. To przedstawienie – pewnie najśmieszniejsza sztuka Szekspira – chciałbym nie tyle, żeby było komentarzem, ile próbą leczenia się wobec tego, co nas otacza.

Terapia?

Może nawet terapia. Ale przede wszystkim ozdrowieńcza zabawa.

Zapytałem, czy będzie śmiesznie, bo od lat obserwuję tendencję wywracania na opak tekstów klasycznych, także Szekspira, i traktowania ich jako pretekstu do zasmucania się, szukania rzeczy gorzkich i tragicznych tam, gdzie jest pełno zabawy.

Z całym entuzjazmem rzucamy się w to, co napisał autor w tej najpogodniejszej – być może – ze swoich sztuk. Szekspir daje nam szansę – jeszcze w towarzystwie tak wyczulonego na dowcip tłumacza Stanisława Barańczaka – żeby urządzić karuzelę żartu, śpiewu, koloru.

Zachęca do tego zapewne szaleństwo przebieranek. Ale gdzie powaga artysty?

Może tak się stało, że robienie przedstawienia zabawnego, wartkiego, popartego rzemiosłem widowiska artyście trochę nie uchodzi.

Uchodzi, uchodzi, panu się już zdarzało imać takich krotochwilnych rzeczy. Także i z Szekspirem, by przypomnieć „Wesołe kumoszki z Windsoru” w warszawskim Teatrze Powszechnym.

To było dwadzieścia lat temu.

To prawda, ale śmiechu było co mnie miara.

W „Wieczorze Trzech Króli” autor zapisuje rolę Malvolia – obok innych postaci – w niezapomnianej formie. Scena czytania listu od rzekomej kochanki jest klasyką nieposkromionego humoru – napisana czterysta lat temu nie straciła nic ze swego komicznego ładunku.

Postać Malvolia jest śmieszna, ale pod spodem nieodparcie smutna.

Bo Szekspir to jest jednak dobry autor. Gdyby śmiech traktował wyłącznie rubasznie, rozrywkowo, discopolowo, że tak się wyrażę, to by nie był Szekspirem. Ten śmiech jest wyzwalający, głęboki, z gorzką nutą. To jest o człowieczeństwie, czasem błazeństwie.

A ja słyszałem od pewnego młodego dramaturga, że Szekspir to nie był wcale taki dobry autor, jak się zwykło sądzić, tylko miał świetny „pijar”.

Ale jednak czterysta lat utrzymuje się na topie.

Pan jednak, jeśli się nie mylę, od dwudziestu lat Szekspira omijał, po wspomnianych „Kumoszkach…” i potem „Królu Learze” ze Zbigniewem Zapasiewiczem w tym samym Teatrze Powszechnym?

Szekspir wracał w niektórych moich przedstawieniach jako inspiracja, ale rzeczywiście żadnego nowego tytułu od tamtego czasu nie wystawiałem.

Czy nigdy nie myślał pan o kanonicznych tytułach: „Hamlecie”, „Burzy”, „Ryszardzie III”?

„Burza” to jest mój temat. Wielokrotnie tę sztukę obwąchiwałem. Zupełnie niedawno we wrocławskim Teatrze Pantomimy w sztuce bez słów bardzo inspirowałem się jej tematem. Szekspir rzeczywiście poszedł u mnie „w odstawkę”, ale chyba czekał na swoją kolej. Muszę powiedzieć, że tekst „Wieczoru Trzech Króli” jest dla mnie samego odkryciem. To odkrycie wynika z pierwszego zdania tej sztuki, które wypowiada Książę, zwracając się do orkiestry: „Jeżeli miłość żywi się pokarmem / Muzyki – grajcie, aż poczuję przesyt”. To zdanie tak mnie uruchomiło, że poza piosenkami, które autor wpisał Błaznowi w tej sztuce, postanowiłem dodać jeszcze więcej muzyki i śpiewania. Pomyślałem, że orkiestra i muzyka może być sposobem na granie tego przedstawienia. Wydaje się, że to jest dość niecodziennie – to, co szykujemy, mianowicie, ta sztuka w ogromnej mierze zostanie zaśpiewana, będą tam recytatywy. Można powiedzieć, że zrobiło się z tego coś pomiędzy musicalem a operą buffa.

Tego jeszcze nie było na pewno.

Niemalże połowa tekstu jest ujęta w nuty. Na wstępie zakładamy, że sztuczność, piramidalna, zupełnie nieprawdopodobna akcja, perypetie tej sztuki, konwencjonalne, bardzo umowne, teatralne wyłącznie, podniesiemy jeszcze wyżej. To jest niemal operetka albo coś podobnego. Bardzo sztuczne. I wyobrażam sobie, że im bardziej będziemy rozwijali ten pomysł, dalej szli tą drogą, to się okaże, że aktorzy w śpiewie, w nierealistycznym sposobie komunikowania się odnajdą się znakomicie. Jak przyjdzie do wyznawania sobie miłości, do wypowiedzenia często bardzo dramatycznych słów, to zaśpiewane wyznanie miłosne uzyska zupełnie inny wymiar. Uzyska prawdopodobieństwo większe, niż gdyby wybrzmiało to wyłącznie na poziomie mówionym.

Wykorzystuje pan paradoks teatru: im sztuczniej, tym prawdziwiej.

Trochę tak. Zresztą sam autor to czyni, temat tej sztuki właśnie taki jest: przebieranki, maski, zamiany płci, chłopak za dziewczynę, dziewczyna za chłopaka…

nie wiadomo, kto jest kim.

Wydobywamy tę sztuczną, konwencjonalną fabułę. Wydobywamy i wyobrażam sobie, że to w rezultacie jest trochę o tych czasach, a trochę o nas, ludziach, którzy chodzą w maskach. Opereta.

Pan też ucieka przed „rozszyfrowaniem”. Ucieka od stałej kotwicy. Dość długo pan pracował jako wolny strzelec, a bardzo krótko i bardzo dawno jako dyrektor teatru. Teraz jednak osiadł pan w Teatrze Narodowym, gdzie – jak powiada Jan Englert – włada pan niepodzielnie niczym Prospero z „Burzy” swoją wyspą. Ja ją nazywam „Wyspą Cieplak”. Czy takiego miejsca pan szukał?

Rzeczywiście, korzystam z rzadkiej swobody w Teatrze Narodowym, korzystam ze swobody swoich wyborów. Ale będąc w jednym miejscu i tak skaczę z kwiatka na kwiatek. Robię przedstawienia, które z jednej strony są zawsze o tym samym, o ludziach w świecie… Ale z drugiej strony czerpię z bardzo różnych źródeł literackich. Robię to świadomie, żeby sobie samemu trochę nie tyle przeczyć, ile szukać wciąż innej drogi. To wynika z przekonania, że nie ma jednego sposobu, że się świata nie opowie do końca jednym sposobem. Stąd tak często szukam czegoś zuepłnie na odwrót. Dobrym tego przykładem jest moje ostatnie przedstawienie, które zrobiłem w Teatrze Narodowym, a był „Woyzeck” Georga Büchnera, najsmutniejsze chyba moje przedstawienie.

Chociaż jest w nim element ludyczny, jarmarczny, ale na marginesie, bo to tragiczne w wymowie przedstawienie.

To było bardzo bolesne doświadczenie, wynikające z mojego odczucia sytuacji apokaliptycznej, która nas dzisiaj omiata – mówię nie tylko o politycznym klimacie Polski, ale także o apokalipsie klimatycznej, pandemicznej. Żyjemy, mam takie wrażenie, w poczuciu zbliżającego się końca. To przedstawienie, powstałe półtora roku temu, które bardzo przeżyłem i które bardzo mi odpowiada – niezależnie od tego, jak kto je ocenia, było dla mnie i jest nadal bardzo ważnym przedsięwzięciem. I chcąc samemu się trochę ratować przed tą gęstwą, przed tą ciemnością, którą czuję, której się boję i którą przeżywam w poczuciu swojej własnej bezradności, w „Wieczorze Trzech Króli” maluję obraz skrajnie odwrotny. Tak jasnego, pogodnego, żywego przedstawienia nie robiłem – tak mi się wydaje – od wczesnej młodości, kiedy realizowałem „Żołnierza królowej Madagaskaru” w Toruniu. Sam się skwapliwie kąpię w tej aurze, w tej pogodzie, w tym śmiechu, muzyczności. Myślę, że to się udzieliło aktorom. Jan Duszyński, który jest autorem wielu tomów nut, które napisał do tej sztuki, bierze w tym udział i można powiedzieć, że jego muzyka przesądza o charakterze tego przedstawienia.

Jan Duszyński, który był również autorem muzyki do „Woyzecka”. I innych pańskich przedstawień.

To prawda. W „Wieczorze…” stworzył operę buffa, pastisze Mozarta i musicalu.

Kiedy się przyjrzeć temu, co pan robi w teatrze, nie tylko w Teatrze Narodowym, ale i poza nim, można odnieść wrażenie, że bardzo pracuje pan nad tym, aby się samemu nie usidlić. Stąd być może gubi pan tropy i nie można powiedzieć: o, Cieplak jest taki i taki.

Tak to sobie sam dla siebie buduję.

Wielkie rozmaitości znajduję w pańskich propozycjach repertuarowych: od Rymkiewicza, przez Büchnera, po Szekspira.

I przedstawienia dla dzieci.

Właśnie – pełne uroku i nostalgicznych tonów. Ma pan tutaj rzeczywiście swoje królestwo.

I mam wspaniałych aktorów. W „Wieczorze Trzech Króli” nie dość, że są wybitni, to jeszcze szalenie muzykalni. Nie tylko ich ogromnie lubię, ale w dodatku podziwiam ich umiejętności – mają obiektywnie wielkie możliwości wokalne, co w tym przedstawieniu – użyję takiego niezręcznego słowa – spektakularnie ujawniają. A jeszcze do tego, co niezwykłe w naszej pracy, my nie mamy żadnego napięcia. Nie ścigamy się z West Endem ani z Romą czy z Operą Narodową, która jest po sąsiedzku za ścianą. Naszej pracy towarzyszy przyjemność i swoboda. Słuchając Wiktorii Gorodeckiej czy Michaliny Łabacz i całego zespołu, doprawdy za każdym razem jestem zdumiony, jakie piękne to przynosi rezultaty.

[Wywiad opublikowany w tygodniku „Przegląd” 2022 nr 1]

[Na zdj. Piotr Cieplak i Wiktoria Gorodeckaja podczas próby „Wieczoru Trzech Króli” / Teatr Narodowy]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.