Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Lot nad kukułczym gniazdem

Każda premiera w Teatrze Polskim zwłaszcza na Dużej Scenie im. Jerzego Grzegorzewskiego we Wrocławiu oraz pod auspicjami Dyrektora Artystycznego Jana Szurmieja powinna być co najmniej udana. Szlachectwo, to jest osiągnięcia artystyczne tych dwóch postaci teatralnych, do tego zobowiązuje.

„Lot nad kukułczym gniazdem” w Teatrze Polskim chyba można do takich przedstawień zaliczyć. Publiczność biła bowiem brawo na stojąco.

Ale złożona była z zaproszonych i życzliwych przyjaciół teatru… jak to na premierach bywa.

Cezarego Ibera, jeszcze młodego reżysera wskazanego spektaklu, określa się – ze względu na jego dotychczasowe osiągnięcia sceniczne – mianem przyszłego Stevena Spielberga polskiego teatru.

Nic dziwnego zatem, że otrzymał on od rzeczonego Dyrektora szansę na ugruntowanie swojej pozycji…

Nota bene w stosunku do młodych jeszcze i obiecujących reżyserów teatralnych stosuje się (i słusznie) taką samą maksymę-zasadę, jak wobec dojrzałych reżyserów na amerykańskim rynku filmowym.

Reżyser jest tyle wart, ile jego ostatni film. A w danym wypadku tyle, ile ostatnia premiera teatralna młodego reżysera.

Odnosi się to tak do wartości artystycznej, jak do oglądalności przedstawienia, tj. liczby widzów i spektakli oraz zwrotu poniesionych kosztów.

Młodym reżyserom trzeba wprawdzie stwarzać premierowe szanse, ale nie za wszelką cenę i nie koniecznie na początku nowej dyrekcji artystycznej, a zwłaszcza na największej i reprezentacyjnej scenie renomowanego teatru.

Wpierw pozycja artystyczna nowego dyrektora – nawet jeśli jest to świetny reżyser o ugruntowanej od dawna renomie i realizujący od zawsze coraz to lepsze przedstawienia – powinna być w jego nowym miejscu pracy, potwierdzona – jak uważam – co najmniej 2-letnim pasmem kolejnych sukcesów, opartych na najnowszych własnych szlagierowych spektaklach oraz na premierach zaproszonych mistrzów reżyserii.

Dopiero później, jak sądzę, można powściągliwie (a w przypadku Jana Szurmieja: moderato e cantabile – alla danca) umożliwiać rozwój i doskonalenie reżyserskiego warsztatu utalentowanym następcom.

Mam na myśli – oczywiste i konieczne – ich kolejne sceniczne „rozpoznania ogniem”, po których zazwyczaj część odpada. Bo w teatrze powinno być przecież więcej aktorów niż reżyserów2.

Jan Szurmiej kieruje się – w danym wypadku – swoją intuicją i przeważnie dobrze na tym wychodzi.

Powierzył już był nieco wcześniej Martynie Łyko (młodszej o 8 lat od Cezarego Ibery) reżyserię „Białego małżeństwa” Tadeusza Różewicza.

Przywiozła ona kilka dni temu z 7 Festiwalu Nowego Teatru (59 Rzeszowskich Spotkań Teatralnych), zorganizowanego przez Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie (w dn. 22-30 października 2021 r.) Nagrodę Główną im. Joanny Puzyny za ten właśnie spektakl, przyznany przez jury dziennikarskie i publiczność.

„Lot nad kukułczym gniazdem” ukazuje grono pacjentów, tj. osób, które jak niechciane kukułcze jaja zostały podrzucone do

– szpitala – nowej dla nich, zamkniętej i kompulsywnej siedziby;

– do traumatycznego depozytu, tj. niekończącej się kwarantanny psychiatrycznej;

– do grona osób wyciszonych i potulnych (z wyjątkiem Randle Patricka McMurphy’ego; Piotr Łukaszczyk), wyczekujących z nadzieją – mimo ciągłego dyskomfortu, deprecjacji ich godności – na czułą terapeutyczną troskę i zrozumienie ich indywidualnego psychicznego zagubienia i na nieosiągalny dla nich kres ich przykrej banicji.

Dany „Lot nad kukułczym gniazdem” jest spektaklem kontrowersyjnym. Zawiera ambitną próbę nowego odczytania i zainscenizowania zawartych w nim treści.

Wskazuje na to wypowiedź z programu sugerująca, iż Siostra Ratched (Paulina Chrapko) może być niejako ofiarą systemu leczniczo-społecznego – w którym się znalazła. Nie jest to – moim zdaniem – trafna diagnoza.

Wykorzystuje ona bowiem – dana Siostra – świadomie szpitalne relacje, celem dowartościowania siebie i wzmocnienia swej pozycji, dlatego właśnie, że ma taką – a nie inną – dewiacyjną osobowość, a nie dlatego że negatywnie oddziałuje na nią organizacyjno-funkcjonalna struktura szpitala, w którym pracuje.

Dąży głównie do podporządkowania sobie pacjentów (ale nie tylko ich) nawet kosztem wyłącznie represyjnej – w danym wypadku – lobotomii.

Zaordynowała ją krnąbrnemu – jej zdaniem – Patrickowi McMurphy’emu w odwecie za jego pochwałę niezależności i manifestację radości życia.

Celem owej lobotomii było swoiste wyciszenie, a nawet anihilacja (zanik) jego bezpośredniej, niepokornej i zawadiackiej natury.

Reżyser spektaklu zawęził swoją opcję interpretacyjną – jak napisał w programie teatralnym – przede wszystkim do relacji Siostry Ratched z pacjentami, a w szczególności do Patricka McMurphy’ego.

Przyjął bowiem, iż „jest ona po prostu antagonistką. Antagonistą jest dla niej McMurphy”; oraz że on jako twórca spektaklu „myśli o jej postaci nie jako o czarnym charakterze”.

Wskazuje dalej, że – w danej reżyserskiej koncepcji – „jest ona bohaterką własnej opowieści”.

To znaczy, że jeśli ktoś jest bohaterką własnej opowieści, to może być antagonistką, ale nie może być już czarnym charakterem.

Uważam, że takie właśnie odczytanie dramatu – zawężenie go tylko do konfliktu z Patickiem McMurphy – pozbawiło przedstawienie spektakularnej dynamiki, wielu znamiennych dla dramatu i niezbędnych w tej sztuce innych, scenicznie istotnych wybrzmień: zaostrzeń relacji, narastających napięć i konfliktów, mogących wzmóc istotnie zainteresowanie widzów, wciśniętych przez prawie 2 godziny bez przerwy w niezbyt wygodne fotele.

Przy takiej interpretacji dramatu przedstawienie powinno mieć jednak dwa akty, by widzowie mogli podczas przerwy odetchnąć nieco od niekoniecznej przecież monotonii1przy kawie lub lampce wina.

By po niej śledzić i zgłębiać – bez zneutralizowanego już znużenia – dalszy przebieg mniej lub bardziej atrakcyjnie wyreżyserowanych zdarzeń scenicznych.

Siostra Ratched konfliktuje się nie tylko z Patrickiem McMurphy.

Powieść, dramat i film wskazują, że narzuca ona też apodyktycznie, przy nadarzających się okazjach, swą wyższość całemu oddziałowi psychiatrycznemu, tj. pozostałym pacjentom oraz personelowi medycznemu.

Dotyczy to nawet jej zwierzchnika Doktora Spiveya (Igor Kujawski), Siostry Flinn (Katarzyna Janekowicz) oraz Pielęgniarza Warrena (Michal Mrozek), Pielęgniarza Wiliamsa (Igor Kowalik) i Pielęgniarza Turkle (Krzysztof Franieczek). Wszyscy ulegają jej kompulsywnej i złowieszczej perswazji.

Zdominowany przez nią Doktor Spivey zgadza się nawet na lobotomię, mimo że wie, iż jest ona zbędna, że spowoduje nieodwracalne okaleczenie mózgu i osobowości McMurphy’ego.

Cezary Iber wyłożył w programie założenia własnej interpretacji tekstu dramatycznego. Chciał koniecznie przedstawić odmienne od innych nowatorskie odczytanie znakomitej książki, świetnego dramatu i genialnego filmu.

Niestety nie powiodło mu się i nie odniósł sukcesu teatralnego. Nie dorównał bowiem ponadczasowemu artyzmowi prozy Kena Keseya, zmysłowi dramaturgicznemu Dale Wassermana i geniuszowi Milosa Formana.

Pozbawił on spektakl wielu nieobecnych choć możliwych zróżnicowanych emocjonalnych relacji, dynamicznych i smacznych oddziaływań, niemalże jak lobotomia osobowości głównego bohatera.

Na uwagę zasługują aktorzy. Wszyscy zagrali bardzo dobrze, zaordynowane przez reżysera postaci.

Kostiumy mogły być mniej monotonne, zwłaszcza że obecnie personel medyczny nie zawsze chodzi w białych strojach, a pacjenci są ubrani głównie w to, co ze sobą przynoszą, jeśli dostosują przyodziewek do kryteriów higienicznych.

Przypisy

1.Nawiasem mówiąc oglądanie spektaklu teatralnego nie powinno mieć nic wspólnego z jakąś uciążliwą pokutą czy udziwnioną formą męczącego ezoterycznego laboratorium. Było już przecież Laboratorium Jerzego Grotowskiego i na razie wystarczy.

Nota bene teatr starożytny – mimo że o proweniencji ściśle religijnej – nie zmuszał, jak np. orfizm czy chrześcijaństwo, do zachowań pokutnych (patrz: Szał porywający w natchnienie bachiczne w: J. Kosiewicz, „Od mitu pełnego dziwów do włosów na czarnych dziurach – filozoficznie”, Warszawa 2017, s. 200-210).

Starożytni Grecy zazwyczaj – przed rozpoczęciem popołudniowych bachanalii teatralnych – już od południa tęgo ucztowali.

Jednali się z Bachusem – za pomocą winnej symboliki – tj. z Bogiem, który obdarował wiernych winem, napojem o li-tylko boskiej proweniencji, umożliwiającym im mistyczną ekstazę; rozkosz bachicznego zespolenia, krótkotrwałego rozpłynięcia się w Bogu.

Podarował im także plenerowy teatr ze swoją małą świątynią oraz olbrzymim – na kilka tysięcy miejsc – kamiennym amfiteatrem.

Do wskazanej winnej symboliki nawiązuje ochoczo także chrześcijaństwo w mitach dotyczących uczty weselnej w Kanie Galilejskiej, Ostatniej Wieczerzy oraz w katolickich obrzędach, podczas których kapłan zazwyczaj spożywa mszalne wino prosto z dużego kielicha, nawet kilka razy dziennie, nie dzieląc się z nikim.

2 Jan Szurmiej obecny dyrektor artystyczny Teatru Polskiego mieszka od 13 miesięcy w budynku teatru, w jednym z pomieszczeń gościnnych.

Notabene w czasie poprzednich dyrekcji, pewien znany reżyser otrzymywał do dyspozycji – podczas przygotowań do kilku premier – wynajęty we Wrocławiu szykowny apartament.

Należy wziąć pod uwagę, że rzeczywisty status teatralny nawet najlepszych, wyróżniających się naczelnych dyrektorów teatru – którzy świetnie sobie radzą z kwestiami administracyjnymi i organizacyjnymi oraz utrzymują całą infrastrukturę teatru w znakomitym stanie – zależy przede wszystkim od poziomu artystycznego teatru, tj. od dyspozycji twórczej dyrektora artystycznego.

Dyrektor naczelny pełni funkcję niezwykle trudną i odpowiedzialną, ale tak naprawdę głównie funkcję instrumentalną: pomocniczo-usługową w stosunku do sztuki i artystów, a zwłaszcza dyrektora artystycznego.

Bez dobrego dyrektora artystycznego teatr podupada.

Jest to nieuniknione.

Konsekwencje tego ponosi naczelny dyrektor.

Przekonał się o tym np. Dyrektor Naczelny Teatru Studio w Warszawie Roman Osadnik i publiczność tego teatru, gdy w wyniku nieporozumień opuściła teatr Dyrektor Artystyczna Agnieszka Glińska (2012-2015), która po dyrekcjach Józefa Szajny oraz Jerzego Grzegorzewskiego stworzyła – w ciągu zaledwie 3 lat – teatr

niezwykły i intensywny (twórczo intensywny), tj. trzeci niezapomniany okres świetności artystycznej Teatru Studio.

Jerzy Kosiewicz

Dale Wassermann: Lot nad kukułczym gniazdem

(One Flew Over the Cuckoo’s Nest)

na podstawie powieści Kena Keseya pod tym samym tytułem

Przekład: Bronisław Zieliński

Reżyseria i choreografia: Cezary Iber

Scenografia: Robert Rumas

Kostiumy: Michalina Pawlak

Muzyka: Maciej Zakrzewski

Wideo: Michał Jankowski

Obsada

Randle Patrick McMurphy: Piotr Łukaszczyk (gościnnie)

Siostr Ratched: Paulina Chapko

Wódz Bromden: Krzysztof Brzazgoń

Bily Babbit: Bartosz Buława

Dale Harding: Dariusz Bereski

Scanion : Andrzej Olejnik

Cheswick: Marian Czerski

Martini: Jakub Grębski

Pułkownik Matterson: Marek Feliksiak

Doktor Spivey: Igor Kujawski (gościnnie)

Siostra Flinn: Katarzyna Janekowicz

Pielęgniarz Warren: Michał Mrozek

Pielęgniarz Williams: Igor Kowalik

Pielęgniarz Turkle: Krzysztof Franieczek

Candy Starr: Aleksandra Chapko

Sandra: Agata Obłąkowska

Rackly: Michał Białecki

Pacjent 1: Jacek Skoczeń (gościnnie)

Pacjent 2: Eloy Moreno Galleo (gościnnie)

Pacjent 3: Bartłomiej Błoch (gościnnie)

615 premiera: 10 września 2021

na Dużej Scenie im. Jerzego Grzegorzewskiego

w 75 rocznicę Teatru Polskiego we Wrocławiu

dofinansowana ze środków

Ministra Kultury

Dziedzictwa Narodowego i Sportu

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.