To już pół wieku, nie do wiary.
Miałem ten przywilej, że towarzyszyłem drodze teatralnej Doroty Stalińskiej od samego początku aż do dzisiaj, od jej debiutu w Teatrze na Woli (1976) po najnowsza kreację w Teatrze Komedia w „Złodzieju” Erica Chappella.
Odnotowywałem niemal każde jej pojawienie się na scenie, jak to miało miejsce ponad 10 lat temu w Teatrze Polonia w Różewiczowskich „Na czworakach” w reżyserii Jerzego Stuhra. Pisałem wtedy: „ Kiedy mieszkanie Laurentego po jego śmierci zamienia się w sanktuarium, na którego straży stoi wierna gosposia Pelasia (triumfalny powrót na scenę dramatyczną Doroty Stalińskiej), Sitko usiłuje wejść do muzeum bez ciapci. Ale Pelasia jak lwica broni przejścia – scena pojedynku Sitko-Pelasia, nieodparcie komiczna, celnie ilustruje starczy upór w drugorzędnych, jałowych sporach”. Nie muszę dodawać, że Pelasia wychodzl z tego starcia zwycięsko.
Dorota Stalińska nie trzymała się jednego teatru.
Po kilku latach spędzonych u boku Tadeusza Łomnickiego w Teatrze na Woli („wiele się od niego nauczyłam” – powtarza przy różnych okazjach), gdzie zauważono jej debiut(fr. début), pierwszy występ na scenie, estradzie bądź w... More w roli Lucy w „Pierwszym dniu wolności” Leona Kruczkowskiego, wybrała teatralną wolność. Niezależność poszukiwań na własną rękę.
Tą niezależną ścieżką stał się dla niej teatr jednego aktora i – oczywiście- film. O filmach rzadko pisuję, trzymam się i tu teatru.
Pamiętam jej błyskotliwy debiut na Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Toruniu, gdzie zaraz po szkole prezentowała „Tabu” wg opowiadania Jacka Bocheńskiego (1977). Kolejny jej spektakl jednoosobowy „Żmija” wg Aleksego Tołstoja okazał się prawdziwym triumfem. Jurorzy nie wątpliwości, że pojawiła się na scenie jednoosobowej nowa planeta: Stalińska.
Nikt jednak nie przypuszczał, prawdopodobnie sama Dorota, że to będzie przygoda na cale życie. Ze „Żmiją” chyba już zdążyłaby okrążyć Ziemię, było tych wykonań ponad trzy i pół tysiąca. Także i dla mnie , „Żmija” pokazana’; przez aktorkę podczas jej benefisu w Teatrze 6 piętro (20 marca 2026) była piątym spotkaniem z tym niezwykłym monodramem – takim moim małym jubileuszem, ale cóż to jest, promil zaledwie spotkań z publicznością, wciąż głodną tego spektaklu.
Mimo upływu lat od premiery, a kto wie, czy nie dzięki latom obcowania z tym tekstem, spektakl nabierał głębi, a doświadczenia aktorki, jej warsztat i cyzelatorskie dopracowanie szczegółów sprawiły, że portret kobiety zagubionej w odmętach rewolucji bolszewickiej i wojny domowej, a potem powojennej stabilizacji, dochodzącej w do kresu psychicznej wytrzymałości, stał się tak wiarygodny.
O jednym tylko spotkaniu ze „Żmiją” wspomnieć muszę.
To było podczas festiwalu Teatr w Remizie w Helu (13 lipca 2015). Nie wszystkim chętnym udało się dostać na salę. Na zewnątrz pozostała też Dorota Stalińska. Ubrana w wojskowy płaszcz, buty z demobilu, postać jakiejś dziwnej żołnierki – Olga Wiaczesławowna Zotowa, bohaterka „Żmii” miała wkroczyć do remizy z łomotem. Niewiele brakowało, a nie zostałaby wpuszczona. – Co się pani pcha – zrugała ją kobieta, dla której zabrakło miejsca w remizie. – Mnie nie wpuścili, to i pani nie wpuszczą.
A jednak wpuścili.
Spróbujcie tylko Stalińskiej nie wpuścić.
Tomasz Miłkowski
Foto: Teatr 6 Piętro / Jarosław Niemczak
Wojciech Mann
