Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Antyczny polonez na europejską nutę

„Pan Tadeusz” Sławomira Narlocha w Teatrze Jaracza w Olsztynie

Czy można narodową epopeję zagrać jak musical, osadzić całość w greckim amfiteatrze, wprowadzić na scenę Kanefory, a do tego tak ukryć Zosię, że tylko Tadeusz ją widzi? Skoro epopeja wywodzi się z antyku, a jej rytm zapisany w trzynastozgłoskowcu ma w sobie coś z muzycznej partytury, to czemu nie opowiedzieć historii Soplicowa tak, jak kiedyś opowiadano wielkie mity, śpiewem, tańcem i muzyką. Sławomir Narloch w spektaklu „Pan Tadeusz” w olsztyńskim Teatrze Jaracza przywołuje antyk z jednej strony, by szukać korzeni, z jakich wyrasta nasza kultura i zbudowana wokół niej tradycja, z drugiej zaś ten zaskakujący nieco entourage pozwala mu spojrzeć na poemat Adam Mickiewicz z dystansu, poza utrwalonymi narodowymi kliszami. Pierwsza scena, w której Bocian mości sobie gniazdo na szczycie ruin starożytnego amfiteatru, jest momentem otwarcia, ale przede wszystkim przesunięciem perspektywy. Dzieje Sopliców i Horeszków, spór o zamek, urażona duma, romantyczne uniesienia, ambicje i zazdrości, cała ta historia ubrana tu w antyczny kostium, nagle przekracza lokalność i próbuje stać się opowieścią uniwersalną, wpisaną w europejskie dziedzictwo. Scenografia, w której Maks Mac zmienia dwór szlachecki w antyczny amfiteatr, a właściwie jego ruiny z kolumnami, półkolistą widownią i malowidłami przedstawiającymi herosów przeniesionych z greckich waz staje się rodzajem wehikułu, który przenosi nas w miejsce zawieszone pomiędzy mitem a wydarzoną przeszłością, między odległą romantyczną wizją a współczesnym spojrzeniem na te kruszejące mury. Ta przestrzeń tworzy wrażenie jakiegoś continuum, gdzie owa narodowa epopeja zaczęła się dużo wcześniej, niż nam się wydaje i przesuwa się tylko w czasie, jak na obrotowej scenie, bez końca.

Przewodnikiem jest tu Bocian, patron i wręcz ikona polskiej sielanki, opierzony, w czerwonych kozakach i z drewnianym dziobem. Grany jest z dużą finezją i wdziękiem przez Wojciecha Rydzio, który z ptasią lekkością w gestach prowadzi widzów przez kolejne epizody, trochę z dystansem i ironią. To nie jedyna postać wprowadzona do mickiewiczowskiego imaginarium, są też Kanefory (Alicja Kochańska, Katarzyna Kropidłowska, Zuzanna Wicka) kobiety z dzbanami, które pełnią tu rolę chóru, wykonują większość songów i spajają nie tylko kolejne odsłony tej opowieści, ale również dwa porządki, ten antyczny i ten znany z poematu. Obok nich pojawiają się bohaterowie dobrze znani. Gerwazy w interpretacji Pawła Parczewskiego przypomina antycznego wojownika, twardego strażnika dawnej krzywdy, który powtarza gesty zemsty, jakby były częścią jakiegoś rytuału. Na drugim biegunie znajduje się postać Sędziego granego przez Marcina Kiszluka, człowieka zasad, ale też dyplomacji, stylizowanego na statecznego patrycjusza, który próbuje utrzymać w ryzach coraz bardziej rozchwiany świat. Ksiądz Robak w szacie bardziej żebraka niż mnicha Macieja Cymorka stopniowo buduje swoją obecność i dopiero w dramatycznie poprowadzonej scenie spowiedzi ukazuje pełnię przemiany człowieka naznaczonego winą. W końcu Tadeusz Mikołaja Tryndy, trochę narcystyczny i ale chłopięco szczery z komediową manierą, współgra stylistycznie z Hrabią Marcina Tyrlika, egzaltowanym estetą wwożonym na szezlongu niczym postać z operetki, widać, że obaj są tu przedstawicielami tego samego pokolenia. W tej galerii szczególne miejsce zajmuje Telimena Ewy Pałuskiej-Szozdy, kokieteryjna, świadoma swojej siły i uroku, jest też w niej sporo autoironicznego wdzięku. Przewrotnie potraktowany został duet Rejenta i Asesora, w tych rolach Emilia Lewandowska i Agata Zielińska, obie w strojach myśliwych, jakby zabłąkały się do tego antyku z litewskiego lasu, nieco przerysowanym gestem, chwilami groteskowo, zamieniają słynny spór o psy w lekko kpiarski komentarz do męskich ambicji i honorowych pojedynków.

Istotnym spoiwem tego uniwersum jest muzyka Jakuba Gawlika grana na żywo, która nadaje spektaklowi puls i rytm, czasem rozśpiewany i roztańczony, a czasem napięty i dramatyczny. Narloch od początku wprowadza w ten pozornie idylliczny świat pęknięcia, sygnały, które może nie rozbijają porządku, ale wprowadzają niepokój. Już w scenie kolacji na zamku Horeszków nad stołem pojawia się meteoryt, toczą się rozmowy, atmosfera biesiadna, nikt nie widzi kamienia. Potem wizyta Gerwazego w zaścianku, z workiem na kije golfowe w dłoni i w czerwonej czapeczce z napisem „Make Soplicowo great again” na głowie, gdy przemawia do ogrodowych krasnali niczym do zgromadzonego tłumu. Czy scena polowania na niedźwiedzia, która jest jakimś tanecznym galopem do motywu muzycznego „Hej, sokoły”. A już najmocniej wybrzmiewa zajazd, który z zabawy do rytmów discopolowego hitu „Przez twe oczy zielone” pomieszanego z refrenem religijnej pieśni i stadionowymi przyśpiewkami przechodzi w jakąś zbiorową ekstatyczną furię. Po przerwie następuje wyraźne cięcie, ton spektaklu poważnieje, na scenę wkracza realne zagrożenie, cień wojny zawisa niczym burza. Do tego powracający z armią Napoleona Tadeusz nie przynosi nadziei, bo nie pojawia się jako triumfujący bohater z laurowym wieńcem na głowie, lecz jako chłopak poraniony, wsparty na kulach, bardziej ocalały niż zwycięski. W tym miejscu romantyczny mit wojennej chwały upada, bo wojna nie jest kuźnią bohaterów, tylko moździerzem ludzkich losów.

„Pan Tadeusz” Sławomira Narlocha osadzony jest na kontrastach, między musicalem a tragedią, między farsą a polityczną przypowieścią, między historią a teraźniejszością. Ten spektakl tylko pozornie bawi, bo tak naprawdę, to on boli. Dobitnie odmalowane są w nim relacje społeczne, te współczesne z podziałem i destrukcyjną polaryzacją, która trzyma wspólnotę w garści niczym klątwa od pokoleń i zaślepia tak, że prawdziwe zagrożenie pozostaje niewidoczne, choć wisi nad głowami coraz niżej. A jednocześnie to przedstawienie ma w sobie lekkość i niewinność, jak choćby w wątku Zosi, która jest marzeniem Tadeusza, a dla nas, staje się nadzieją, że wystarczy po prostu uwierzyć, w to pojednanie, w dobro i życzliwość, we wspólnotę. Finałowy polonez, którego dźwięki splatają się z brzmieniem „Ody do radości”, nie jest dumnym chodzonym, nie gasi też lęku, bo błyski nadchodzącej burzy widać z daleka, zostawia za to pytania, czy potrafimy wyjść poza partykularne spory, czy jesteśmy zdolni do współpracy i solidarności i to nie tylko w skali lokalnej, lecz europejskiej, a na końcu, czy i tym razem groźba z zewnątrz zbliży nas do siebie, czy może nawet ona nie da już rady.

Hania Wittstock

Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie

„Pan Tadeusz” Adam Mickiewicz

Adaptacja, teksty piosenek, reżyseria: Sławomir Narloch

Scenografia, kostiumy: Maks Mac

Muzyka: Jakub Gawlik

Reżyseria świateł: Karolina Gębska

Przygotowanie wokalne: Magdalena Czuba

Choreografia: Michał Cyran

Kierownictwo muzyczne: Mateusz Cwaliński

Inspicjentka: Agata Żuczkowska

Suflerka: Grażyna Czarkowska

Występują:

Maciej Cymorek, Marcin Kiszluk, Alicja Kochańska, Katarzyna Kropidłowska, Emilia Lewandowska, Ewa Pałuska-Szozda, Paweł Parczewski, Wojciech Rydzio, Cezary Ilczyna, Mikołaj Trynda, Marcin Tyrlik, Agata Zielińska, Zuzanna Wicka

Gościnnie występują:

Maria Błażewicz, Hanna Bruzi, Mateusz Malec, Krzysztof Okarma, Diana Orpel, Kornel Wakuła, Patrycja Wyszomirska

Premiera 27 lutego 2026

Foto: Karolina Nowak

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.