Żyjemy w epoce kulturalnej zachowawczości i bezpiecznych coverów. Skoro utwory Olgi „Kory” Jackowskiej wyśpiewują dziś na wszystkie możliwe sposoby kolejne gwiazdy rodzimej estrady, to po co, u licha, państwowy teatr ma produkować następne muzyczne widowisko na ten sam temat? Pozornie nie potrzebujemy kolejnej „składanki” z przebojami Maanamu, a jednak szczeciński Teatr Polski, pod reżyserską batutą Adama Opatowicza, udowadnia, że z ogranego do cna materiału można wykrzesać wstrząsający traktat o wolności.
Gdyby Opatowicz poszedł drogą najmniejszego oporu, zaserwowałby nam chronologiczną, bladą i niedokrwistą czytankę o drodze na szczyt polskiego show-biznesu, w której aktorka zmieniałaby peruki co trzy piosenki. Jakiś, za przeproszeniem, Boy czy Słonimski zaś rozerwałby taką inscenizację na strzępy za jej sztuczność. Na całe szczęście, szczecińscy twórcy ze stalową konsekwencją odrzucają hagiograficzną ułudę. Adrianna Szymańska w swoim absolutnie brawurowym monodramie nie bawi się w tanią imitację. Nie małpuje charyzmatycznej liderki; zakłada jedynie ikoniczne ciemne okulary (wszak ma być owym tytułowym „dzieckiem słońca’, a słońce jak wiadomo oślepia, szczególnie to południowe, świecące gdzie nad „boskim” Buenos) , dokonując na scenie ostrej, psychologicznej wiwisekcji. Szymańska operuje surowym konkretem, budując postać na naszych oczach – współczesną, rezonującą z naszymi lękami, obnażającą własne traumy (w tym najczarniejszy okres dzieciństwa w sierocińcu u zakonnic) z brutalnym realizmem.
To, co muzycznie zrobili na scenie Krzysztof Baranowski (odpowiedzialny za rewelacyjne, wchodzące w chłodną el-muzykę aranżacje) oraz gitarzysta Łukasz Wons, wykracza dalece poza pojęcie akompaniamentu. Kiedy ze sceny padają dźwięki „Nocnego patrolu”, „Szarych miraży” czy „Krakowskiego spleenu”, nie jesteśmy na sentymentalnym koncercie. Te piosenki, zderzone z odczytywanymi fragmentami dzienników artystki oraz archiwalnymi projekcjami Michała Materny, stają się krzykiem jednostki miażdżonej przez bezduszny walec historii, autorytaryzmu i partyjniactwa. System polityczny, który niszczył poczucie wolności dekady temu, okazuje się w tych interpretacjach przerażająco uniwersalny i odradzający się w każdym pokoleniu.
Zza tej ostrej, rockowej formy i nieznoszącej pruderii drwiny z konwenansów, wyłania się jednak ton głęboko obywatelski i liryczny. Szymańska, fizycznie i emocjonalnie wycieńczona po wykonaniu takich gigantów jak „Oddech szczura” czy „Kocham cię, kochanie moje”, przeistacza się z estradowej bogini w kruchą obrończynię natury i ludzkiej niezależności. Jej walka o ekologię, niezgoda na niszczenie przyrody przez człowieka i obrona wolności słowa uderzają w nas z rygorystyczną, moralną siłą.
Zaledwie półtora sezonu wystarczyło, by ten spektakl dobrnął do setnego pokazu przy wiecznie pełnych salach. Ludzie z własnej woli wykupują bilety, a nakład płyty z muzyką z przedstawienia wyparował z teatralnego sklepiku szybciej, niż ministerialne dotacje. Co więcej – na widownię walą tłumy młodych ludzi, dla których Kora nie jest obiektem nostalgii, lecz zupełnie nowym, fascynującym odkryciem.
Szczeciński Teatr Polski udowadnia, że aby odnieść frekwencyjny i artystyczny triumf, nie trzeba wcale potężnych, marketingowych budżetów ani nachalnego szokowania przaśnym skandalem. Poczta pantoflowa widzów działa tu skuteczniej niż najlepsze kampanie reklamowe. Okazuje się bowiem, że najpotężniejszą bronią w teatrze wciąż pozostaje doskonałe rzemiosło, świetne pióro i aktorka, która potrafi przez półtorej godziny utrzymać widownię w absolutnym, magnetycznym napięciu. Sama, na prawie pustej scenie!
Konrad SZCZEBIOT
[Fot. Wł. Piątek/ Teatr Polski, Szczecin]

