Proszę Państwa, z naszym państwowym systemem oświaty oraz edukacją kulturalną wiąże się pewien uroczy paradoks. Z jednej strony, na korytarzach kuratoriów nieustannie odmienia się przez wszystkie przypadki słowa takie jak „tolerancja”, „inkluzywność” i „walka z hejtem”. Z drugiej jednak – gdy przychodzi do wyjścia do teatru, grono pedagogiczne najchętniej pakuje młodzież do autokarów na bezpieczne, wyprane z emocji lektury, uciekając w bladą, niedokrwistą dydaktykę. Na szczęście Śląski Teatr Lalki i Aktora Ateneum, obchodzący zresztą swój zaszczytny, osiemdziesięcioletni jubileusz, postanowił zrzucić tę maskę instytucjonalnej obłudy. Biorąc na warsztat opowiadanie Szczepana Twardocha „Masara”, reżyser Robert Jarosz zafundował nastolatkom i ich opiekunom spektakl, który uderza w splot słoneczny z siłą rozpędzonego pociągu.
W tym przedstawieniu nie uświadczymy płytkiej, histerycznej propagandy o tym, że „inność jest piękna”, po której wszyscy chwytają się za ręce. Jarosz, niczym konserwatywny analityk ludzkiej natury, sięga po brutalny konkret. Zderza widza z historią nastoletniej Pauliny – dziewczyny zaszczutej, gnębionej i odczłowieczonej z powodu swojej otyłości. Tytułowa „Masara” to w lokalnym narzeczu obrzydliwy, opasły owad, tuczący się na odpadkach; tak właśnie rówieśnicy nazywają bohaterkę, a ona ten destrukcyjny obraz ostatecznie internalizuje.
Reżyser dokonuje tu jednak fenomenalnego zabiegu, dekonstruując tradycyjne podejście do aktorskiego rzemiosła. Zamiast wciskać główną odtwórczynię w karykaturalny, pogrubiający kostium z gąbki, rozbija jej tożsamość na dwie postacie. Krystyna Nowińska gra zaszczutą, kruchą psychikę Pauliny, podczas gdy Ewa Reymann animuje jej tytułowe alter ego – potworną, ulepioną z kompleksów i cudzych wyzwisk wizję jej własnego ciała. Te zwaliste, przypominające groteskowe nowotwory formy plastyczne wylewają się na scenę jak ucieleśnienie najczystszego body-horroru. To absolutne mistrzostwo formy, które dowodzi, że lalka/forma w teatrze nie służą wyłącznie do zabawiania przedszkolaków, ale mogą być najdoskonalszym narzędziem psychoanalizy.
Akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More spektaklu rozgrywa się w przestrzeni, którą scenografka Anita Piotrowska zamieniła w uniwersalne laboratorium władzy – na szkolnej sali gimnastycznej. I tu właśnie, proszę Państwa, uruchamia się bezlitosny, kottowski Wielki Mechanizm historii. Ta sportowa równoważnia, te szatnie i korytarze to nic innego jak schody, po których wspinają się współcześni, nastoletni uzurpatorzy. Tacy jak „popularny” Marek (Grzegorz Eckert) czy atrakcyjna Kasia (Urszula Gołdowska) – licealna arystokracja, która swoją pozycję w stadzie buduje na absolutnym, systemowym gnębieniu słabszych. Twardoch i Jarosz odzierają z pruderii wkraczającą w seksualność młodzież. Obnażają kapitalistyczny kult gładkich, wysportowanych ciał, zderzając go z dojmującym wstydem dziewczyny, dla której własna fizyczność stała się najcięższym więzieniem.
Najbardziej jaskrawym przejawem obywatelskiej, rygorystycznej diagnozy w tym spektaklu jest jednak bezlitosne rozliczenie świata dorosłych. Pedagodzy i rodzice (z wyjątkiem może jednej, trzeźwo patrzącej na świat Ciotki, świetnie zagranej przez Katarzynę Prudło) są tu przerażająco bezradni. Wymagają od ofiary, by dostosowała się do opresyjnego stada. Twórcy spektaklu kpią z tej dorosłej hipokryzji w sposób brawurowy: ilekroć ze sceny ma paść wulgaryzm, aktorzy naciskają wielki przycisk, uruchamiający głośny, cenzorski brzęczyk. To genialna drwina! My, dorośli, wolimy zagłuszać objawy – udawać, że młodzież nie przeklina, że nie posługuje się brutalnym językiem pornografii – zamiast leczyć przyczyny ich niewyobrażalnego, wewnętrznego bólu.
Kto oczekuje od „Masary” taniego katharsis, w którym kaczątko po prostu staje się łabędziem i odlatuje w stronę zachodzącego słońca, ten srogo się zawiedzie. Zło wyrządzone w szkolnej szatni ma swoje konsekwencje. Dorosła Paulina ostatecznie zmienia swoje życie, wpisuje się w ramy sukcesu, ale jej dawne rany nie znikają – zostają jedynie przypudrowane grubą warstwą kosmetyków i sztuczności.
Katowickie Ateneum udowadnia tym spektaklem, że najsilniejszą formą oporu wobec społecznej znieczulicy jest doskonale napisany i zagrany teatr. „Masara” nie prawi tanich morałów; ona rzuca nam w twarz oskarżenie, domagając się od nas wzięcia odpowiedzialności za pokolenie, które sami hodujemy. To wstrząsające, niekomfortowe, ale i absolutnie wybitne widowisko, po którym cisza na widowni waży więcej niż najgłośniejsze oklaski. Tylko czy zapełniające korytarze prawdziwych szkół pokolenie wychowane od oseska na kilkunastosekundowych tiktokach pokolenie nie uzna ponad godzinnej wizyty w teatrze na bądź co bądź „tradycyjnym” spektaklu za zbyt długą i ubogą w wysysające dopaminę bodźce? Pedagogu – warto spróbować tak spędzić godzinę wychowawczą!
Tekst napisany w ramach stypendium KPO dla Kultury – projekt „Sceny Odkrywane: Głos krytyczny z teatralnej Polski lokalnej” – przedsięwzięcie realizowane w ramach stypendium KPO dla Kultury (Inwestycja A2.5.1). Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO).
Konrad Szczebiot

