Edward Linde-Lubaszenko nie żyje.
To fragmenty mojej rozmowy ze znakomitym krakowskim aktorem. W 2009 roku ukazała się w miesięczniku „Kraków”.
***
Nie tylko często grywał Pan lekarzy w telewizji i w kinie, ale ma Pan za sobą także kilka lat studiów medycznych.
Dokładnie sześć semestrów. Moim przekleństwem było to, że na świadectwie maturalnym miałem same piątki – od góry do dołu. Wszystko mnie interesowało, nie wiedziałem jakie studia wybrać. Traf sprawił, że niedaleko kompleksu wrocławskiej Akademii Medycznej mieszkała moja ówczesna narzeczona. I tak jakoś wyszło, że wybrałem medycynę. Biegałem na zajęcia, zdawałem egzaminy, ale też wiele zajęć opuszczałem, bo …narzeczona. W końcu, mając niezłe oceny, dałem sobie z medycyną spokój, zdałem eksternistyczny egzamin aktorski, a po miesiącu dostałem angaż do Teatru Polskiego we Wrocławiu.
I zmienił Pan narzeczoną.
Nowy etap życia, nowa kobieta.
Jeszcze jako student medycyny występował Pan, z powodzeniem, we wrocławskim studenckim teatrze „Kalambur”.
Na studiach utrzymywałem się sam. Mama, która była pielęgniarką, zarabiała grosze. Mój przyjaciel, Andrzej Kuryło, zaciągnął mnie do szalenie wówczas popularnego „Kalambura”, w ten sposób zostałem aktorem.
Występował Pan w kabarecie?
Nie tylko, brałem udział głównie w inscenizacjach poetyckich, śpiewałem zaś na bankietach.
Kiedy z powodzeniem zdał Pan aktorski egzamin, nie myślał Pan już o powrocie na Akademię Medyczną?
Nie. I dzięki Bogu, widzimy przecież, jak wygląda nasza służba zdrowia.
Może największą popularność przyniosła Panu jednak właśnie rola „medyczna” – wielu widzów doskonale pamięta przystojnego kardiochirurga, doktora Romana Bognara z serialu „Układ krążenia” Andrzeja Titkowa.
Mam do tej roli ciągle duży sentyment. Za kreację Bognara dostałem zresztą jedyne filmowe aktorskie wyróżnienie w karierze, i to nie w Polsce, tylko w czeskiej Pradze! Na międzynarodowym festiwalu „Złota Praga”.
W ’62 roku wygrał Pan pierwszy Festiwal Piosenkarzy Studenckich w Krakowie. I to wygrał nie z byle kim – jury uznało wtedy, że śpiewa Pan lepiej od Ewy Demarczyk!
Śpiewałem ballady uwielbianego przeze mnie Jacquesa Preverta. Ja wygrałem, Ewa Demarczyk zajęła drugie miejsce. Z tamtych czasów pozostała mi przyjaźń z Ewą.
Nie kontynuował Pan jednak kariery piosenkarskiej.
Nie miałem wielkich szans, żeby ze swoim ambitnym repertuarem zaistnieć szerzej, a inny typ śpiewania niespecjalnie mnie interesował. Owszem, tuż po sukcesie w Krakowie zaproponowano mi, żebym wystąpił na festiwalu w Sopocie. Otrzymałem dwie piosenki do wyboru. Pierwsza nosiła tytuł „Listonosze muszą mieć kalosze”, druga – „Malwy, malwy wciąż się uśmiechają”. Ale, proszę pana, ja tego typu piosenek nie śpiewam nawet po pijanemu.
A co Pan wtedy śpiewa?
Tylko romanse cygańskie. Po rosyjsku, bo „cyganić” nie potrafię.
W filmie zadebiutował Pan od razu główną rolą – dociekliwego dziennikarza w znakomitym obrazie Kazimierza Kutza „Ktokolwiek wie…”
Teraz rzeczywiście mówi się o tym filmie bardzo dobrze, ale przyjęcie „Ktokolwiek wie” było cierpkie. Film odebrano jako dziwactwo. Dopiero po kilku latach filmy w podobnym stylu zaczęli kręcić Czesi, dostając za nie Oscary. Kutz miał pecha, że był pierwszy.
Pomimo wielu ról telewizyjnych i filmowych, jest Pan jednak uznawany przede wszystkim za znakomitego aktora teatralnego. Od bardzo dawna jest Pan wierny jednej tylko scenie – krakowskiemu teatrowi „Staremu”.
Teatr „Stary” był ukoronowaniem moich marzeń. Piłkarze marzą o tym, żeby występować w „Realu Madryt”, albo w „Barcelonie”, ja marzyłem o Krakowie, o najlepszym polskim teatrze, „Starym”. Warszawa zawsze była czymś w rodzaju aktorskiej giełdy, ważne było kto jest modny, kto nie, tymczasem w Krakowie, nawet jeszcze dzisiaj, liczy się przede wszystkim talent, ważny jest artystyczny, intelektualny ferment. Wiele było w Polsce kabaretów, ale tylko jedna „Piwnica pod Baranami”, wiele teatrów niezależnych, ale tylko jeden Teatr „STU”. Każda rola teatralna jest dla mnie fascynującą przygodą.
Całe Pana zawodowe, ale i prywatne życie, wydaje się taką właśnie „fascynująca przygodą”.
Kiedyś powiedziałem, że aktorstwo było mi potrzebne po to, żeby osiągnąć popularność, mieć powodzenie u kobiet, zarabiać przyzwoite pieniądze, oraz, cytując Stawrogina z „Biesów” Dostojewskiego, żeby móc się prowadzić „ironicznie.”
O tej Pana słynnej „ironii” mówią wszyscy przyjaciele z aktorskiego stolika w krakowskim „Spatifie”, w sąsiedztwie „Starego” Teatru, przy którym spędził Pan dziesiątki godzin.
Lata całe! W „Spatifie” bywałem niemal codziennie. W trakcie tych alkoholowych biesiad rozwodziłem się trzy razy, moje żony i kobiety rozstawały się zresztą ze mną głównie z powodu zakrapianych zabaw.
Kobiety, wino, śpiew?
Owszem, tylko wina zawsze było mniej, za to więcej wódki. Nigdy nie ukrywałem, że jestem amatorem kobiet i typem hedonisty. Nic, co ludzkie i przyjemne, nie jest mi obce.
Aktorzy na użytek mediów często opowiadają, że tak naprawdę są skromni i poczciwi, chociaż w rzeczywistości różnie to wygląda.
Nie mam się czego wstydzić. Lubię hulać, jestem prawdziwym hulaką. Nie ominę żadnej okazji, żeby się zabawić. Miałem cztery żony, były (i są!) kochanki, przyjaciółki. Moje życie jest ciekawe i intensywne.
Każde spotkanie z kobietą jest dla Pana formą poznania siebie?
Oczywiście. W oczach zakochanej kobiety odbija się bezwarunkowa akceptacja. Każdy jej potrzebuje. To dowód na naszą wartość. We mnie od dzieciństwa jest wielki głód akceptacji. Bez niej chyba bym zginął.
W młodości uprawiał Pan wiele sportów.
Uprawiałem wszelkie sporty, lubiłem zwłaszcza pływanie na dużych dystansach – do dzisiaj potrafię przepłynąć wiele kilometrów. Jestem także namiętnym kibicem sportu. Namiętnym, chociaż nietypowym. Kibicuję zarówno „Wiśle”, jak i „Cracovii”
Wystąpił Pan we wszystkich filmach syna, Olafa Lubaszenki.
Nasze relacje na planie zawsze były partnerskie. Olaf jest zawodowcem. Kręcąc z nim film w zasadzie nie sposób się denerwować. Pamiętam jedną zabawną historię. Mam prawo jazdy, ale nigdy nie prowadziłem samochodu. Jak na złość w filmach Olafa zazwyczaj siadam za kierownicą. Kiedyś na planie filmu syna musiałem podjechać mercedesem kilkanaście metrów pod bank, wysiąść i wejść do budynku. Na próbach jeszcze jakoś mi szło, ale w trakcie ujęcia już się nie udało. Walnąłem z impetem w ścianę. Mnie szczęśliwie nic się nie stało, ale samochód został niemal doszczętnie zniszczony. Po wypadku Olaf zupełnie się nie zdenerwował, tylko pokiwał głową i powiedział – „Tatusiu, samochód nie jest ważny, dobrze że Tobie nic się nie stało”.
W trakcie naszej rozmowy tryska Pan humorem, dobrą, pozytywną energią.
Uważam, że jestem teraz w szczytowej, wręcz olimpijskiej formie. Nie ma aktorskiego zadania, którego bym się nie podjął. Szkoda byłoby zmarnować ten kapitał.
Rozmawiał
Łukasz Maciejewski
