Rozmowa z redaktorem Janem Kotem – członkiem Zarządu Oddziału Warszawskiego oraz Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, wieloletnim współpracownikiem TVP i Polskiego Radia, członkiem Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej, a także wykładowcą na Wydziale Dziennikarstwa Społecznej Akademii Nauk w Warszawie.
Panie redaktorze, po raz kolejny uczestniczył Pan w posiedzeniu Rady Programowej TVP. Możemy prosić o kilka słów refleksji?
Tak, rzeczywiście – ponownie miałem przywilej uczestniczyć w obradach tego zacnego i wyjątkowo pluralistycznego gremium. Tym razem w roli analityka, prezentując autorskie opinie dotyczące wybranych obszarów strategii programowej. Nie zabrakło, co zawsze dla mnie jest najbardziej twórcze, stu pytań do… czyli przestrzeni do dzielenia się głębszymi przemyśleniami i pomysłami na temat funkcjonowania mediów publicznych.
No właśnie – co z tą telewizją?
Tak naprawdę to temat bez dna. Przez wszystkie lata wolnej Polski miałem okazję z bardzo bliska obserwować kolejne etapy rozwoju rynku medialnego w nowej rzeczywistości ustrojowej. Dziś – z wielu powodów – stoimy na krawędzi istnienia telewizji w formule, jaką znaliśmy przez dekady. Zmieniła się percepcja odbiorców, nastąpiła rewolucja technologiczna i utrata znaczenia tradycyjnej „anteny”, a do tego dochodzą czynniki polityczne – najtrudniejsze i najbardziej obciążające. Do tego covid dokończył dzieła, gdy okazało się, że nie tylko można było zamknąć kościoły czy cmentarze, ale i nadawać główne wydania wiadomości z domowych łazienek, a prognozę pogody z kuchni. To był koniec prymatu i potęgi koncesjonowanych mediów, a świat bezpowrotnie przeniósł się do cyberprzestrzeni. To wszystko razem składa się na epokowy, i do tego ostry, zakręt w dziedzinie komunikacji społecznej.
A polityka? Da się od niej uciec?
Nie uciekniemy – choć bardzo bym chciał, żebyśmy kiedyś w końcu mogli. Na dłuższą metę nie da się budować mediów publicznych, mając stale w tyle głowy interesy tej czy innej partii. Problem jest ustrojowy, bo politycy grają tak, jak im system pozwala. Od lat obowiązuje ta sama reguła: kto ma władzę, ten ma telewizję, a kto ma telewizję, ten ma władzę. To mechanizm patologiczny. Oczywiście wszystko zależy – teoretycznie – od nas, obywateli, od tego, jaki model sobie wybierzemy przy urnach, także ten medialny. Ostatnie wybory parlamentarne osiągnęły co prawda rekordową frekwencję, blisko 75 procent, ale wciąż ponad jedna czwarta została w domach. Natomiast przy prezydenckich ponad 9,5 mln uprawnionych nie wzięło udziału głosowaniu, a wiemy, że wynik był – jak to określano – „na żyletki”. Zresztą sam udział w wyborach też nie wystarczy. Potrzebna jest stała presja obywatelska, społeczna, środowiskowa. Każda władza – na każdym poziomie – powinna wiedzieć, że jest obserwowana. Na tym polega demokracja. Od tego są też wolne media.
O co chodzi z tą likwidacją telewizji publicznej?
Szczerze mówiąc – nie wiem. Brakuje mi jasnego planu, zakomunikowanej mapy drogowej, konkretnej wizji. Chyba, że coś przeoczyłem. Jako obywatel i podatnik chciałbym wiedzieć, jaki jest dalszy etap normalizacji tego sektora, który wszyscy finansujemy. Dwa lata eksperymentu wyczerpują już chyba formułę „etapu przejściowego”.
Znam argumenty, że potrzebna jest nowa ustawa, że konieczny jest podpis prezydenta, że – czy w ogóle warto próbować? A może przy okazji wziąć pod uwagę np. koncepcję scalenia Polskiego Radia i Telewizji Polskiej w jeden organizm? Dziś mamy centralę i 16 oddziałów terenowych TVP oraz 18 spółek publicznej radiofonii – w sumie 35 zarządów i armię urzędników. Czy naprawdę musimy ją utrzymywać, zamiast np. wzmocnić zespoły dziennikarskie? Być może brzmi to populistycznie, a być może po prostu zdroworozsądkowo. Trzeba rozmawiać, negocjować, szukać rozwiązań – i mieć odwagę marzyć.
Co z Pana perspektywy jest dziś najważniejsze?
Oczywiście misja, odpolitycznienie i społeczne zaufanie. To, na co kiedyś się umówiono, tworząc media publiczne – by były bardziej publiczne niż państwowe. Rzetelna informacja, uczciwa i pogłębiona publicystyka, wysoka kultura, dobre kino, ambitny teatr i w końcu reportaż – jako zanikająca forma wypowiedzi dziennikarskiej wydobywająca prawdziwe historie realnych ludzi. Jako widz jestem dumny, gdy tego typu produkcje goszczą od czasu do czasu na antenach TVP, bo goszczą i to trzeba odnotować.
Należy też docenić doświadczonych twórców, dziennikarzy i wydawców, którzy od lat – mimo niekiedy trudnych warunków – tworzyli, tworzą lub mogliby tworzyć realną wartość dodaną, zarówno w radiu, jak i w telewizji. Wystarczy zerknąć na zachodnie media gdzie świat tłumaczą redaktorzy z zawodową i życiową praktyką przy jednoczesnym otwarciu na entuzjazm młodych i ekranowe piękno. Widzę jeszcze ogromny, wciąż niewykorzystany potencjał ludzki – zarówno wewnątrz, jak i poza strukturami spółek. Chciałbym mieć przekonanie, że istnieje jakiś plan na pozyskiwanie lub odzyskiwanie wartościowych kadr z zasobu prawie 40 milionowego narodu.
A diagnoza?
Za kilka lat ta debata może być już spóźniona. Kolejne miliardy – których rzekomo nie ma – nadal będą wpadać w czarną dziurę, a widz telewizyjny będzie znikał, o ile w ogóle dotrwa. Najbardziej zależy mi na jednym: na otwarciu realnych kanałów komunikacji z młodym pokoleniem. Nie po to, by wychowywać przyszłych wyborców – bo tego i tak nie kupią – ale by docierać do nich w akceptowalnej dla nich formie z mądrym, doświadczonym, przekazem fundamentalnych wartości, racjonalności i społecznej wrażliwości.
Jeśli my tego nie zrobimy, zrobi to ktoś inny – często za pomocą dezinformacji i fake newsów. Zresztą to już się dzieje w Internecie. Widzę to na co dzień w pracy ze studentami. Niekiedy mam wrażenie, że świat – a przynajmniej jego fragmenty – trzeba opowiadać im od nowa. Ale gdy robi się to z pasją, w oryginalny i sugestywny sposób, z empatią i troską, efekty potrafią być zdumiewające i zostają na długo.
Tu widzę ogromną rolę mediów publicznych, również jako element bezpieczeństwa państwa: by zacząć opowiadać świat od nowa – w nowej formule, z nową dynamiką i przy użyciu nowych narzędzi. I wcale nie musi to być ekran tradycyjnego telewizora. Dwa lata temu, wraz z początkiem nowej ery w TVP, marketingowym hymnem stała się fantastyczna piosenka „Kwiatu Jabłoni” – „Poznajmy się od nowa”. Może więc nie tylko poznajmy się od nowa – bo już z kim mieliśmy się poznać to się poznaliśmy albo nie, ale spróbujmy teraz świat opowiedzieć od nowa, z wykorzystaniem najlepszych wzorców i najlepszych intencji. Jak śpiewał zespół: „Bez słów co bolą, bez otwartych ran…”. Być może właśnie teraz jest na to dobry moment.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Redakcja SDRP / Fot. © Jan Kot
