W końcu w Krakowie obejrzałem, do Krakowa dotarłem.
„Żar” Máraiego z Teatru Polonia w reżyserii Jana Englerta.
Moja ulubiona „Łaźnia Nowa”, i Nowa Huta jak z zamrożonej pocztówki, appendix do „Boskiej Komedii”, występ gościnny.
Englert, Olbrychski, Komorowska. Tacy to goście.
***
To się czuje wcześniej. Ja to czuję zawsze. Widownia, schodząca się, zajmująca miejsca, wyczekująca. Oni wiedzą, słyszeli już, że trzeba, że warto, że oni, Englert, Olbrychski, Komorowska, razem, że takie składy w zasadzie nie zdarzają się już.
Ja bym jeszcze o Máraim wspomniał koniecznie.
„Na głos serca nie ma lekarstwa”.
Od pierwszej lektury, fragmentów „Dzienników” opublikowanych lata temu w „Tygodniku Powszechnym”, bodaj w świątecznym wydaniu „Tygodnika” i w tłumaczeniu Feliksa Netza, zachwyciłem się tym pisarzem, poczułem braterstwo serca, podobne do momentu, kiedy czytałem „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Pisywałem wtedy do „Tygodnika”, intensywnie nawet, pobiegłem zatem do „Lektora”, Tomka Fiałkowskiego, żeby opowiedział mi o węgierskim pisarzu, nieznanym mi zupełnie, kto to jest w ogóle. A Tomek wiedział i wie wszystko. I pięknie mówił mi, dobrze to pamiętam, o Máraim. Że to format literacki Manna chociażby. Format Tomasza Manna.
Potem wybuchała fala, ukazał się „Żar”, kolejne tomy. Ukazują się wciąż. Czytam wszystko, co się ukazuje, czytam zachłannie.
„Na głos serca nie ma lekarstwa”.
I wczoraj, wśród widowni w Nowej Hucie, w Teatrze Łaźnia Nowa, dzięki trojgu znakomitym aktorom, poczułem znowu braterstwo dusz z pisarzem.
Koledzy i widzowie piszą w aspekcie tego spektaklu o sprawach bardzo ważnych, przed którymi i jak miałbym ochotę się pokłonić, o staromodnym w najlepszym tego słowa znaczeniu wdzięku, o cyzelatorstwie formy i treści, o gigantach naszego aktorstwa, którzy wiedzą, co robią na scenie. Mają postaci, mają dialogi, mają tekst. Znają sens.
Tak, tak, wszystko prawda, ale dla mnie wczoraj wybrzmiał nade wszystko sam Márai. Postawa patrycjusza. Wartości nieprzemijające i pytania bez upływu gwarancji do odpowiedzi. A ponieważ o tych wartościach opowiadają nam artyści formatu Englerta, Komorowskiej, Olbrychskiego – wybrzmiewają tym mocniej. W zgiełku trywializacji wszystkiego już chyba, co nosi znamiona wartości stałych, przekaz Máraiego w adaptacji Christophera Hamptona to jest staromodny fason współczesny. Ostatnia deska ratunku.
Wielkie sprawy i wielkie pytania. Wstydzimy się takich wielkich liter. Nie pasują do naszej epoki, do naszych roztargnionych memów codziennych.
Przyjaźń, zdrada ideałów i zdrada w ogóle, prymat słowa, muzyka, kultura. A fe.
Ale gdy te zdania mówią oni – kiedy milczy Konrad (jak wspaniale słucha w tym spektaklu Daniel Olbrychski), kiedy mówi Henryk (mikrogesty Englerta, jego zmieniająca się na sekundę twarz, kiedy dowiaduje się, że Kristina, zmarła żona, na łożu śmierci przywołała właśnie jego); kiedy piastunka Henryka, grana przez Maję Komorowską (na zmianę z Anną Seniuk), kreśli znak krzyża na czole dumnego starego już wychowanka – kiedy wartości przekazują nam właśnie oni, Márai jawi się jako jedyne już może wyjście z każdej dramatycznej sytuacji.
Uwierzyć w słowo jak w ciszę. Żyć trochę lepiej. Żar.
Łukasz Maciejewski
Foto:
Teatr Polonia / Katarzyna Kural-Sadowska
Z FOTELA ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO :
OSTATNIA DESKA RATUNKU
W końcu w Krakowie obejrzałem, do Krakowa dotarłem.
„Żar” Máraiego z Teatru Polonia w reżyserii Jana Englerta.
Moja ulubiona „Łaźnia Nowa”, i Nowa Huta jak z zamrożonej pocztówki, appendix do „Boskiej Komedii”, występ gościnny.
Englert, Olbrychski, Komorowska. Tacy to goście.
***
To się czuje wcześniej. Ja to czuję zawsze. Widownia, schodząca się, zajmująca miejsca, wyczekująca. Oni wiedzą, słyszeli już, że trzeba, że warto, że oni, Englert, Olbrychski, Komorowska, razem, że takie składy w zasadzie nie zdarzają się już.
Ja bym jeszcze o Máraim wspomniał koniecznie.
„Na głos serca nie ma lekarstwa”.
Od pierwszej lektury, fragmentów „Dzienników” opublikowanych lata temu w „Tygodniku Powszechnym”, bodaj w świątecznym wydaniu „Tygodnika” i w tłumaczeniu Feliksa Netza, zachwyciłem się tym pisarzem, poczułem braterstwo serca, podobne do momentu, kiedy czytałem „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Pisywałem wtedy do „Tygodnika”, intensywnie nawet, pobiegłem zatem do „Lektora”, Tomka Fiałkowskiego, żeby opowiedział mi o węgierskim pisarzu, nieznanym mi zupełnie, kto to jest w ogóle. A Tomek wiedział i wie wszystko. I pięknie mówił mi, dobrze to pamiętam, o Máraim. Że to format literacki Manna chociażby. Format Tomasza Manna.
Potem wybuchała fala, ukazał się „Żar”, kolejne tomy. Ukazują się wciąż. Czytam wszystko, co się ukazuje, czytam zachłannie.
„Na głos serca nie ma lekarstwa”.
I wczoraj, wśród widowni w Nowej Hucie, w Teatrze Łaźnia Nowa, dzięki trojgu znakomitym aktorom, poczułem znowu braterstwo dusz z pisarzem.
Koledzy i widzowie piszą w aspekcie tego spektaklu o sprawach bardzo ważnych, przed którymi i jak miałbym ochotę się pokłonić, o staromodnym w najlepszym tego słowa znaczeniu wdzięku, o cyzelatorstwie formy i treści, o gigantach naszego aktorstwa, którzy wiedzą, co robią na scenie. Mają postaci, mają dialogi, mają tekst. Znają sens.
Tak, tak, wszystko prawda, ale dla mnie wczoraj wybrzmiał nade wszystko sam Márai. Postawa patrycjusza. Wartości nieprzemijające i pytania bez upływu gwarancji do odpowiedzi. A ponieważ o tych wartościach opowiadają nam artyści formatu Englerta, Komorowskiej, Olbrychskiego – wybrzmiewają tym mocniej. W zgiełku trywializacji wszystkiego już chyba, co nosi znamiona wartości stałych, przekaz Máraiego w adaptacji Christophera Hamptona to jest staromodny fason współczesny. Ostatnia deska ratunku.
Wielkie sprawy i wielkie pytania. Wstydzimy się takich wielkich liter. Nie pasują do naszej epoki, do naszych roztargnionych memów codziennych.
Przyjaźń, zdrada ideałów i zdrada w ogóle, prymat słowa, muzyka, kultura. A fe.
Ale gdy te zdania mówią oni – kiedy milczy Konrad (jak wspaniale słucha w tym spektaklu Daniel Olbrychski), kiedy mówi Henryk (mikrogesty Englerta, jego zmieniająca się na sekundę twarz, kiedy dowiaduje się, że Kristina, zmarła żona, na łożu śmierci przywołała właśnie jego); kiedy piastunka Henryka, grana przez Maję Komorowską (na zmianę z Anną Seniuk), kreśli znak krzyża na czole dumnego starego już wychowanka – kiedy wartości przekazują nam właśnie oni, Márai jawi się jako jedyne już może wyjście z każdej dramatycznej sytuacji.
Uwierzyć w słowo jak w ciszę. Żyć trochę lepiej. Żar.
Łukasz Maciejewski
Foto:
Teatr Polonia / Katarzyna Kural-Sadowska
