Tylko machnął ręką, zawstydzony, kiedy przypominałem scenę sprzed dwóch lat, z przeglądu „Kino na Granicy”.
Robert Więckiewicz, gość spotkania dedykowanego bohaterowi ówczesnej retrospektywy, Marianowi Dziędzielowi, mówił w teatrze cieszyńskim: „Już przestańcie go porównywać, że polski Anthony Hopkins, że taki albo inny. Marian Dziędziel nie potrzebuje takich zestawień. To jest, proszę państwa, największy dzisiaj nasz aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More filmowy. Wiele razy pracowaliśmy, wiele razy widziałem go na planie, jak kombinuje, jak buduje swoje role. Nasz największy filmowy aktor”.
Marian nie lubi takich komplementów, chociaż słowa Roberta na pewno zrobiły na nim wrażenie (Pamiętam, że zapytał mnie wtedy: „Łukasz, on żartował, prawda? Żartował sobie ze mnie?” – „Nie, Marianku, nie żartował na pewno”).
Marian jest prawdziwy. Wyświechtane to cokolwiek określenie na zapis naturalności aktorskiej, w przypadku Dziędziela nabiera szczególnej mocy.
Jest prawdziwy, bywa prawdziwkiem, zawsze nosi w sobie tę prawdę. Prawdę zamkniętą w jego błękitnych oczach, w budzącej respekt posturze, w obezwładniającym uśmiechu. Tak, to jest prawda, prawda śląska. Śląsko-krakowska. Porządny człowiek. On by wolał, żebym napisał (jeżeli w ogóle musiałbym już o nim pisać): „Porządny chłop”.
Podczas inauguracji cyklu „Goście Łukasza Maciejewskiego” w 2026 roku, ale i inauguracji moich pourlopowych aktywności, pokazaliśmy „Zapiski śmiertelnika”, niepokojący, nieoczywisty film Macieja Żaka, ze świetną rolą Dziędziela. Ducha-Ojca.
Sala wypełniona, a to sala monstre, sześćset miejsc. Dla Mariana wszyscy przyszli, dla filmu oczywiście również, wiem, że bardzo się podobał, ale przede wszystkim dla Mariana.
Dla jego opowieści śląskich, popisowych anegdot, dla jego śpiewanych refrenów. Byli goście specjalni (Kasia Dziędziel, monograf Mariana, Dariusz Domański), były salwy śmiechu i braw. Był Marian.
Marianek.
Kocham tego gościa.
Łukasz Maciejewski
Foto: Przemysław Sroka
