Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

AKTOR Z SZEKSPIROWSKIEGO MATECZNIKA

Jagoda Opalińska o „Historii Henryka IV” w Teatrze Polskim w Warszawie:

Już dawno ucichł popremierowy szum. Już ukorzeniły się projekcje scenicznych zbliżeń. Już ster nad recepcją inscenizatorskiej wizji przejęli wykonawcy. Wspaniała perspektywa dla krytyka. Ogląd formy w obrocie rutyny, generowanego chwytem tempa a równocześnie w dotknięciu sedna, w pogłębionym sporze. Co przeważa, który trop aktorski sięga trzewi charakterystyki…

Pytania oczywiste i splątane, zwłaszcza, że krążą wśród Szekspirowskich wizerunków o szczególnej skali kontrastu, drwiny, dwuznaczności. Inscenizacja – Historia Henryka IV (prem. Teatr Polski, Warszawa, 10 X 2024) posiada mocny fundament i precyzyjne stylistyczne ramy. Reżyser Ivan Alexandre prowadzi narrację trybem klarownej struktury. Jest linia, wręcz geometryczny ład i sięgający ekspresyjnych odcieni estetyzm. W tej materii autentycznie wybrzmiewa synteza plastyki, barwy – scenografia Antoine Fontaine, kostiumy Dorota Kołodyńska, brzmienia – multiperkusja Leszek Lorent, stopklatki – reżyseria światła Robert Mleczko.

Zatem przestrzeń i zamknięta, i otwarta. Rejon dialogu, starcia, niedopowiedzenia. Wszystko razem pod warunkiem rzeczywistej aktorskiej ofensywy. Ale tu zaczynają się schody. Bywa, że myśl tłumią: oratorstwo, kierowane donikąd słowa, naskórkowe emocje. Bywa, choć nie dominuje. Jednak żal, zwłaszcza, gdy się gubi kontrastowy koloryt.

Bo to jest proszę państwa oś Historii Henryka IV. Krąg władzy odbity w kręgu oberży. Rzecz jasna opis kąśliwy, lecz po Szekspirowsku niejednoznaczny. Jan Kott recenzję z Króla IV (Ateneum, prem. 4 III 1960; reż. Aleksander Bardini) zatytułował – Henryk V Boukołowski. Wędrującąc tym szlakiem, dotknął fenomenu roli budowanej w organicznej symbiozie łobuzerki i majestatu.

Nad całym przedstawieniem dominował następca tronu, książę Walii, Henryk V. Boukołowski znalazł przekładnię do współczesności (…), miał w sobie głód życia i autentyzmu, cień okrucieństwa, nagłe błyski niepokoju. Miał rzeczywisty wdzięk i bardzo trudną do określenia wewnętrzną dystynkcję, która pozwala bez trudu uwierzyć, że jest synem królewskim.

Właśnie tak, via sprzeczność, poznawczy dysonans kształtuje się tragikomiczny splot motywów i konfliktów. Natomiast sam cytat przywołałam również z powodu aktorskiej maestrii. Henryk Boukołowski od zawsze penetrował okolice słowa. Wspaniały intuicjonista i warsztatowiec. Witruoz prawdziwy do szpiku desygnatu, uważny na linii metafory. Jeden z Tych, którzy zostawili puste miejsce. Mimo, iż wiele ról połknął spektaklowy czas, lecz sceniczno-radiowo-filmowy ułamek wciąż niesie żar niepowtarzalnej ekspresji. Dlatego polecam wszystkim – pamięcią oddalany – trop Mistrza Boukołowskiego!

Ale wróćmy w rejony przedstawienia. Ladies first. Książę Lancaster i Peto Doroty Bzdyli. Portretowy szkic sprzymierzony z akcentem żywiołowej gry formą. I słusznie, gdyż dzięki technicznym parametrom obu postaci wybrzmiewa pogranicze królewskiego stronnictwa oraz książęcej kompanii. Jest sygnał, błysk, mgnienie. Rys, który niestety się zgubił w rodzajowych kadrach Oberżystki Katarzyny Strączek obciążonych quasi – farsową dosłownością. Jeszcze inaczej, bo w potrzasku siłowni zaklinował się wizerunek Lady Percy Hanny Skargi. Zewnętrzny, infantylny do granic – nomen omen – siłowej aktualizacji, chwyt reżysera. Całkowity brak kreatywnej odpowiedzi ze strony aktorki. Kiedy wygina śmiało ciało, daje świadectwo urody. Tyle, że gubiąc ból, gorycz, stygmat odtrącenia. Stracona szansa.

Pora najwyższa, by posłuchać męskiego wielogłosu. Zostawiam w kulisach dykcję, gdyż widzę, że serialowy pogłos umacnia się na naszych scenach. Mogę więc westchnąć za Kisielem: zobacz kotku, co tkwi w środku. Dlatego odkładam kwestie ściszane i rozkrzyczane. Jednak trudno usprawiedliwić deklamację, która tłamsi sens i gna zakolami pustosłowia.

Płaskie epizody ratuje wspomniana czysta geometria przestrzeni. Ruch inspirowany usytuowaniem kadrów służy linii fabularnej, zagęszczając tryb zbłąkanych wypowiedzi. Równocześnie ta sama logistyka otwiera się na autentyczny dialog, na ostateczny spór. Zatem pora najwyższa, by wkroczyli do akcji soliści.

Lord Henryk Percy Modesta Rucińskiego. Mocny kontur, prawdziwe emocje. Pęd obok strategii. Wyszarpywane ze środka kwestie, ostra gestyka pod rygorem walki o władzę. W tym zespoleniu przeciwieństw bohater działający poza emfazą. Rzeczywiście splątany Szekspirowską pajęczyną werbalnych napomknięć. Brawo!

Kontrast również trzyma w garści Książę Henryk Pawła Krucza. Nie emanuje dystynkcją, która tak urzekła Jana Kotta, natomiast stopniowo odkrywa horyzont wojownika. Jeszcze smarkacz, już mężczyzna. Wyzbyty skrupułów, obdarzony zmysłem obserwatora. Uliczny staż daje mu przewagę biegu per fas et nefas. Mrok i światło. Stąd wyłania się rola. Nie zawsze ekspresyjnie zwarta, czasem dryfująca w kierunku dosłowności, ale organiczna, kolorowa, ciekawa.

Nota bene Szekspir w lustrzanych odbiciach Księcia umieścił Króla i Sir Johna Falstaffa. Diabelski manewr Arcyzłośliwca Wiliama Sz.. Dotkliwa asymetria. Król w potrzasku własnej neurastenii, wśród intryganckich huraganów i Sir John – Żarłoczny Łapacz grzesznych uciech. Tam dotliwy chłód, tu przyjazny upał. Zresztą i literą tekstu dzieleni niesprawiedliwie. Od kostycznie deklarowanych zapowiedzi po rzucane ścicha pękł połsłówka.

Andrzej Seweryn kształtował postać Henryka IV ruchowo-gestycznym majestatem. Władczy rys wspiera techniczna konsekwencja, która pozwala aktorowi omijać niejedną oratorską mieliznę. Lecz iskrzy dopiero w momentach, kiedy presja monologu i werbalnego przerywnika przechodzi w etap autonomicznie personalizowanej rozmowy.

Teraz proszę Państwa wejście smoka. Falstaff Szymona Kuśmidera. Perfekcyjny, rozwibrowany twórczy oksymoron. Konterfekt z szeroką panoramą. Żadnych warsztatowych zmyłek, żadnej wizerunkowej puenty. W rodzimych Falstaffowych kadrach często pobrzmiewa Zagłoba, no bo łgarz, żarłok, opój… Aktorski trop tego rodzaju asocjacji nie pomija, lecz je dotyka, wędrując własnymi opłotkami. Lubiany i poszturchiwany Falstaff Szymona Kuśmidera chroni przed całym światem samotność komentatora. I to jest ekspresja właśnie na linii ścicha pękł. Jakiś zawieszony gest, słówko mimochodem, rzut oczka. Znaki starannie haftowane w kilku kluczowych zbliżeniach m.in.: zabawa w przedrzeźnialstwo z Księciem, kiedy obaj grają pionkami Król Ojciec – Poddany Syn, czy portret przywódcy sfory wykolejeńców. Słychać ton tragicznego szyderstwa sygnalizowany niby mimo woli, a trafiający w sedno życiowych racji Sir Johna. Tak szybuje gorzka kwestia o honorze. Tak wzrusza scena (Epilog) odrącenia przez młodego Króla Henryka V przyjaźni: „On mnie wezwie jeszcze, ale musi to zrobić dyskretnie, dla zachowania pozorów”. Kuśmiderowy Falstaff nie zwodzi nas okruchami nadziei. Jest zbyt inteligentny, by ulegać mrzonkom. Zresztą bawi się błazeńską autokreacją. Natomiast pomimo i ponad chroni cudownie kamuflowany odruch serca. Koronkowa aktorska robota!

Precyzja i synteza. Skrót i tempo. Trochę zbyt statyczny przekład Piotra Kamińskiego, ale bardzo klarowna inscenizatorska topografia. Kilku ciekawych solistów. I Mistrz z Szekspirowskiego matecznika. To Drodzy Państwo trzeba zobaczyć.

Jagoda Opalińska

[Na zdj. Szymon Kuśmider jako Falstaff, fot. Teatr Polski]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.