Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Wybierałam wolność

Z Marią Pakulnis rozmawia Tomasz Miłkowski

Po latach nieobecności wróciłaś do Teatru Telewizji poruszającą rolą pani Alving w „Upiorach” Henrika Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz. Twój powrót został skwitowany nagrodą – specjalnym wyróżnieniem im. Stefana Treugutta za wybitne osiągnięcie aktorskie. Jak to przyjęłaś?

Nie spodziewałam jakiegokolwiek wyróżnienia. Zresztą rzadko w życiu otrzymywałam takie nagrody. I nigdy nie miałam rozbuchanego ego, żeby oczekiwać czegokolwiek w długiej i skomplikowanej pracy pod każdym względem. Pod względem drogi, którą często podążałam nie z własnego wyboru. I czasami musiałam sama podjąć decyzję takie, żeby zrezygnować z różnych rzeczy.

Zachowywałaś się jak Pani Alving z „Upiorów” Ibsena?

Wybierałam wolność. Wybierałam szacunek. Wybierałam szacunek do siebie. Kierowałam się prawdą, cokolwiek robiłam. Najgłębszą prawdą i bardzo rzeczowym podejściem, na tyle, na ile potrafiłam podejść do każdej z ról. Miałam szczęście, ale tak jest, że człowiek odbiera jakąś drogę. Ktoś rzuca do niego tę nitkę i albo ją złapiesz, albo nie złapiesz, albo ją odrzucisz, albo wybierzesz drogę łatwą, bo jesteś pokorny, albo hamujesz w sobie to, żeby nie okazać tego, że myślisz inaczej, że czego innego oczekujesz.

Nawiązujesz do książki „Moja nitka”, wydanej parę lat temu opowieści o drodze, którą przeszłaś.

Moja droga była bardzo skomplikowana. Może przez moją wielką samotność na samym starcie życia. Ale nie mam żadnej pretensji do niczego, do losu, do tego, co przeżyłam, co musiałam przeżyć i nie ubrałam tego w rolę jakiejś ofiary. Nie. Po prostu jestem w pełni świadoma mojej drogi, moich błędów i innych rzeczy, które stały się w moim życiu. Po prostu tak musiało być, żeby odnaleźć siebie w świecie dorosłych, potem w świecie pracy, w świecie teatru, w świecie filmu i w świecie tej magii, w której nigdy nie zamierzałam być, bo nie śmiałam w ten sposób myśleć o mojej przyszłości.

Drogę aktorską zaczynałaś w Słupsku.

Jestem szczęśliwa, że właściwie los skierował mnie tam na początek mojej drogi. Ten epizod Słupska wydarzył się na chwilę przed wybuchem stanu wojennego. Pamiętamy wszyscy, jak wtedy to wyglądało, w jakim momencie naszego życia byliśmy. W wielkiej niewiadomej. W momencie, kiedy młody człowiek kończy studia, jeszcze takie studia jak ja, jest pełen wiary, pełen pasji, nadziei, że stanie się coś bardzo ważnego. My, świeżo po warszawskiej szkole teatralnej chcieliśmy po prostu zwyczajnie, jak to się mówi, pracować. Marek Grzesiński wtedy całej naszej grupie kończącej studia zaproponował wyjazd, bo Maciej Prus przekazywał mu teatr w Słupsku.

Pracowaliście razem zaledwie rok.

Powstało dużo wspaniałych rzeczy w takim krótkim czasie, zaledwie jednego sezonu. Ale już po paru miesiącach wiedziałam, że trzeba będzie szybko wracać do Warszawy. Na szczęście miałam możliwość powrotu.

Zaraz po studiach dostałaś propozycję angażu w Teatrze Współczesnym, ale nie skorzystałaś.

Głupot w moim życiu narobiłam strasznie dużo, ale odrzucenie tej propozycji było jedną z największych.

Dlaczego wtedy zrezygnowałaś?

Dlatego że jeszcze w szkole z całą grupą się umówiłam, że wyjeżdżamy i robimy teatr z Grzesińskim. Po dyplomie ze „Snu nocy letniej” złożyliśmy sobie przysięgę, że tak się stanie. W tym momencie przyszła propozycja z Teatru Współczesnego. I ja, nieświadoma tego, co robię, powiedziałam, że nie mogę tego przyjąć, bo się umówiłam i nie mogę złamać danego słowa. To było po prostu szaleństwo, które chyba tylko ja mogłam popełnić.

Od razu miała czekać mnie premiera z Zosią Mrozowską, przed oczyma pojawiły mi się spektakle, które proponowali mi Maciej Englert i Maciej Prus, który widział mnie w dyplomach w szkole teatralnej, a ja zrobiłam coś najgorszego, co można zrobić. Wybrałam teatr w jakimś sensie studencki. Potem zrozumiałam w pełni, co to znaczy dla młodego aktora praca z mistrzami, od których można się sto razy więcej nauczyć. Ale wtedy wybrałam Słupsk.

Tymczasem czekał na ciebie etat we Współczesnym.

Nie wiem, co kierowało Maciejem Englertem, ale dał mi znać, że mogę wrócić po jednym sezonie, że mam miejsce w tym teatrze i że on mnie rozumie, bo kiedyś w życiu postąpił podobnie. Więc wróciłam. Axer akurat odchodził. A odchodził „Upiorami” Ibsena. Odchodziła też Joasia Szczepkowska, która miała grać Reginę, nieślubną córkę kapitana Alvinga. Dostałam propozycję od Axera, żeby wziąć za nią zastępstwo. To była jedna z najlepszych lekcji analizy materiału do grania. Axer zrobił mi szkolenie totalne. Poprowadził mnie tak, że dałam radę. Taka krótka przygoda wejścia w trudny spektakl spowodowała, że szybko zostałam zaakceptowana w zespole.

To było dla mnie bardzo ważne, bo do końca nie zdawałam sobie sprawy, ile mogę mieć siły w przekazie. Co mogę zrobić, jakie rzeczy mogę zrobić, jak różnorodne rzeczy mogę zrobić. Ostatnio powiedział mi jeden z wybitnych aktorów mojego pokolenia, że właściwie to żal, że nie studiowałam w filmówce.

Wkrótce grałaś film za filmem.

I zaniepokoiłam tym samego Zygmunta Kałużyńskiego. Kiedy mnie zobaczył Gdańsku, bo mi kazano przyjechać na festiwal, spojrzał na mnie tym swoim groźnym okiem, a myśmy się wszyscy go bali potwornie i powiedział: No i co ja mam teraz z Panią zrobić? Myślałam, że zemdleję. Nogi się pode mną ugięły. Myślałam, Chryste Panie, po co ja tutaj przyjechałam? A przyjechałam jak stałam, w tym, co miałam. Wtedy nie było tam blichtru festiwalu filmowego. Było skromnie i normalnie, było biednie, ale wspaniale, bo wspaniałe rzeczy w tym czasie wybitni reżyserzy robili, mając na karku cenzurę, ale wszyscy chcieli pracować, tworzyć.

Na tym festiwalu (1986) było kilka filmów, w których zagrałam i dzięki temu zostałam laureatką nagrody za rolę drugoplanową, bo się okazało, że liczy się nie tylko król, ale i dwór, czasami nawet bardziej. Ale wracając do „Upiorów”: to było duże przeżycie, tym bardziej że znalazłam się w jednej garderobie z Haliną Mikołajską, która wtedy wróciła do teatru po kilku latach nękania przez służbę bezpieczeństwa. Teatr był dla nas punktem wolności, jedynym miejscem, gdzie się nie bałam, gdzie wierzyłam, że jeżeli jestem w grupie tak wspaniałych ludzi, to doczekam dnia, kiedy wszystko na tym świecie zacznie wyglądać inaczej. Na każdym z przedstawień pojawiał się Erwin Axer, siadał w fotelu, a ja przysłuchiwałam się ich rozmowom. Nie śmiałam jeszcze tak bezpośrednio się odnosić do tego, o czym mówili, ale ocierałam się o wspaniałych ludzi i to było cudowne.

Po czterdziestu paru latach wróciłaś do „Upiorów”.

Okazało się, że będę pracować z człowiekiem, z którym debiutowaliśmy razem w Teatrze Telewizji. I tym razem Zbyszek Dzięgiel stał się moim dobrym duchem. Pierwszy raz zetknęłam się ze sposobem pracy Anny Augustynowicz – dla mnie to była nowość. Szalenie mi się spodobała jej asceza i dążenie do zupełnie innego grania, niż to było u Axera. Wymagało to ode mnie ogromnego skupienia, trzymania na wodzy wszelkich emocji, które eksplodowały w mojej głowie. Ważny był tylko problem, który ja noszę w środku. Liczył się tekst i tylko na tym się można było oprzeć. Okazało się przy tym, że spektakl musimy zrobić bardzo szybko. Trzeba było opanować ogromny tekst i jeszcze na tyle opanować, aby zbudować w środku emocje i myślenie tej kobiety, i jej niezgody na ten świat, który ją otaczał, i w którym rosła, i który przerosła o epokę. To była walka o jej samostanowienie, manifest wolności kobiety. Tak to pojmowałam. Starałam się bardzo dokładnie zrozumieć Anię Augustynowicz i myślę, że osiągnęłyśmy porozumienie. Jestem wdzięczna, że coś takiego się wydarzyło, ale nie liczyłam na żadne wyróżnienia i nagrody. Tym bardziej jestem zwyczajnie po ludzku wzruszona, a tę nagrodę dedykuję wszystkim kobietom, które potrafią i nie boją się mówić prawdy.

Zawsze byłaś „kobietą pracującą”. Kiedy zdarzały się przerwy, sama organizowałaś pracę, nawet jako producentka komedii Yasminy Rezy „Życie trzy wersje”.

Zjechaliśmy z tym przedstawieniem,  Edyta Olszówka, Krzysztof Kolberger, Piotr Machalica i ja, kawał świata. Największe chyba przeżycie czekało nas w Melbourne. Nie mieliśmy dekoracji, niczego i po prostu graliśmy na czarnej scenie, na czarnej podłodze, postawiliśmy tylko stół i cztery czarne krzesełka.

Odbiór był nieprawdopodobny.

Wtedy trzeba grać bez kłamstwa, bez udawania, liczy się prawda. Twoje postacie zawsze miały ogromną prawdę w sobie, także bohaterki filmowe, by wspomnieć o Heli Bertz z „Pożegnania jesieni”, filmu Mariusza Trelińskiego (1986) na podstawie powieści Witkacego.

Moje całe życie sformatowała Hela Bertz. Ja się wtedy obudziłam jako dojrzała, samodzielna, świadoma siebie kobieta. Niedawno oglądaliśmy ten film z Łukaszem Maciejewskim zaproszeni do Muzeum Kinematografii. Cały czas działa na wyobraźnię, jakby wszystko miało miejsce dzisiaj. Wspomnę tylko, że przed laty na festiwalu w Sorento odebrano go z niezwykłym entuzjazmem.

Wtedy przybiegały do mnie jakieś reżyserki włoskie, krzycząc, że mam natychmiast przyjechać i że kręcimy razem filmy. Patrzyłam na nie i myślałam, że robią sobie jakieś głupie żarty. Zawsze z dystansem traktowałam oznaki uznania i uważałam, że nic mi się nie należy. Z pokorą żyję, z pokorą przyjmuję wszystko i dzisiaj jestem szczęśliwa.

Jednak twoje filmowe szczęście zaczęło się od spotkania z Tadeuszem Konwickim, krajana twoich rodziców, którzy też wychowali się na Litwie.

Wróciłam w czerwcu 1981 roku do Warszawy, byłam już we Współczesnym, ale nie miałam gdzie mieszkać. Wszystkie zarobione pieniądze odkładałam na jakieś pierwsze wynajęcie mieszkania, potem szukałam tego mieszkania, znalazłam, koledzy z teatru pomogli mi odmalować pokój. I wtedy zostałam zaproszona na zdjęcia próbne do „Doliny Issy” pana Tadeusza Konwickiego.

Przeżyłaś moment szczęścia?

Ale i niepewności, co to będzie. Pojechałam do wytwórni na Chełmską. Myślałam, że będę musiała jakieś teksty mówić itd., ubrałam tylko moje białe giezło, dokładnie pamiętam, nie miałam zbyt wiele ubrań, ale chciałam jakoś idealnie wyglądać i z kawałka białego płótna uszyłam to giezło. Zarzucili mi tylko jakąś chustę, taką wiejską chustę – Jurek Łukaszewicz, wybitny operator, powiedział, żebym tak właśnie wyglądała i żebym raz była przerażona, a drugi raz żebym przysłuchiwała się z ciekawością. I tylko to mnie zdziwiło, że nic nie muszę więcej robić.

No i dziękują. Wychodzę na plac na Chełmskiej, a w moim kierunku idzie pan Tadeusz Konwicki, podchodzi do mnie i tym swoim schrypniętym głosem mówi do mnie coś po litewsku. A mnie rodzice nie nauczyli, nikogo z nas niczego nie nauczyli, nawet nie nauczyli nas, żeby powiedzieć „dzień dobry” po litewsku. Krew mi odpłynęła, zrobiłam nieszczęśliwą minę, powiedziałam, że go przepraszam, wsiadłam do autobusu i rozryczałam się jak dziecko.

Myślałaś, że to koniec?

Byłam pewna, że nie dostanę tej roli, skoro nie potrafię nic powiedzieć po litewsku i w duchu miałam taki ból, taką rozpacz potworną i taki żal do moich biednych, nieszczęsnych rodziców. Ale za jakiś czas się okazało, że do teatru był telefon i dostałam rolę.

Przychodzi jesień i dzwoni kierownictwo produkcji: Zaczynamy kręcić na Suwalszczyźnie. Pojedzie pani taksówką z Jerzym Kamasem i Ewą Wiśniewską. Gdzie mamy postawić taksówkę?

Podaję ulicę i numer. A po drugiej stronie słuchawki cisza. Podaję adres jeszcze raz, może nie usłyszeli, ale znowu cisza. I już jako człowiek, który zawsze bał się ludzi, myślę sobie, że coś jest nie tak. Ja przecież uczciwie wynajęłam mieszkanie. – No to pani jest sąsiadką reżysera – słyszę w słuchawce.

Potem razem przeżyliśmy stan wojenny. Stałam na balkonie z panem Tadeuszem. Na ręku trzymał swojego ukochanego kota. I tam pięściami wygrażaliśmy ZOMO. Dzieliłam się z nim paczkami, bo artyści dostawali paczki. Miałam ten zaszczyt być przy nim, widzieć jego delikatność, widzieć jego sposób pracy. Do końca życia nie zapomnę sceny, kiedy przyjechałam na plan. Zbudowali dekoracje, przygotowywali wszystko, piękny pagórek z widokiem lasu, a Tadeusz Konwicki siedział na tym pagórku na swoim krzesełku reżyserskim tyłem do nas wszystkich i patrzył na to, co go otacza.

Był w swoich myślach, był w swoim świecie, pewnie w swojej tęsknocie za Litwą.

Byłam więc szczęściarą. Jakby ktoś wymyślił w scenariuszu, że wynajmuję mieszkanie, nie wiedząc o tym, że moim sąsiadem najważniejszym, najbliższym jest sam pan Konwicki, a ja jeszcze na dodatek dostaję rolę u niego, to powiedzieliby, że to nie jest prawdopodobne.

Powiedzieliby, że to naciągane.

Takie rzeczy się w prawdziwym życiu nie dzieją. A jednak się działy. Miałam dużo szczęścia. Że Axera poznałam, że też się martwił o mój byt. Że wysyłał mi paczki z Wiednia żywnościowe, których czasem nie miałam za co wykupić. Pożyczyłam kiedyś od naszego inspicjenta 20 zł, żeby na Towarowej wykupić paczkę. Także w tych trudnych czasach i po bardzo trudnych przejściach życiowych miałam wiele szczęścia.

I jestem za to wdzięczna. Nie wszyscy mi pomagali. Niektórzy dużo mi naszkodzili, ale przez to też trzeba było przejść. A poza tym sama się zaprosiłam na ten świat, więc nie mogę mieć pretensji do losu za to wszystko, co mnie spotkało. Tak miało być. To była lekcja życia.

Podobno przyśniłaś się mamie, kiedy była z tobą w ciąży i prosiłaś się na świat. Wspominasz o tym w książce „Moja nitka”. Tak to się zaczęło.

[Wywiad opublikowany w tygodniku „Przegląd” 19 stycznia 2026, fot. Krzysztof Żuczkowski]

1 komentarz do “Wybierałam wolność”

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.