Restauracja U Filmowców
Stowarzyszenie Filmowców Polskich
Otworzyliśmy nowy sezon Spotkań „U Filmowców” w Domu Pracy Twórczej SFP w Sopocie.
Jerzy Hoffman – legenda.
Rocznik 1932.
W marcu twórca „Trylogii” skończy 93 lata.
„Składam się dzisiaj wyłącznie z części zamiennych” – opowiadał nam wczoraj, ale intelektualna forma Hoffmana to forma młodzieńca.
Dla bohatera to również było ważne spotkanie. I dlatego zaprosił do Sopotu najbliższych.
„U Filmowców” byli z nami wczoraj: Ewa Wiśniewska, Irena Karel, Jerzy Michaluk, Jerzy Kajetan Frykowski. Przyjaciele od serca. I od brydża.
Publiczność wszędzie, gdzie tylko się dało, miejsca siedzące, stojące, półpodparte. I transmisja ze spotkania w kilku pomieszczaniach Domu Pracy Twórczej; tak, żeby wszyscy mogli obejrzeć.
Nie zdziwiło mnie to.
Człowiek legenda.
Na początek mieliśmy prezent specjalny dla Sopocian.
Film Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego – „Sopot 1957”.
Oto kurort sprzed siedmiu dekad. Sobociński na perkusji, Duduś na saksofonie, plaża, Monciak, dansingi, słońce i deszcz. Ładne.
A potem zaczęła się długa gawęda Hoffmana i jego przyjaciół o Sopocie, o pasji, miłości do kina i do widzów.
Jerzy Hoffman:
„Dokument o Sopocie powstał zamiast fabuły. Chcieliśmy ze Skórzewskim nakręcić komedię nowelową. Scenariusz, wspaniały, napisała pani Grodzieńska i Abramow-Newerly. To się nie udało. Komedie w połowie lat pięćdziesiątych nie były dobrze widziane u nas. Stanęło na dokumencie”.
„Fakt, że widzimy się dzisiaj w Sopocie jest dla mnie ważny. Dziękuję za zaproszenie. Dziękuję moim przyjaciołom, że są dzisiaj ze mną. Zdaję sobie sprawę, że ja już jestem wymarłym gatunkiem. Garstka została z mojego pokolenia. Niedawno odszedł Janusz Majewski, jest jeszcze Jerzy Antczak w Los Angeles, jest Romek Polański, jest Witold Giersz w animacji, no i ja. Żyjemy do końca”.
„Pierwszy raz przyjechałem do Sopotu w 1937 roku. Prawie dziewięćdziesiąt lat temu! Rekonwalescencja po szkarlatynie. Pamiętam niemieckich chłopców na plaży, wieszali chorągiewki ze swastykami.
Drugi raz, zaraz po wojnie. Trafiłem do Sopotu w 1946 roku. Po zesłaniu na Syberii – po kilku latach spędzonych na Syberii – nad morze wysłał mnie ojciec, był lekarzem wojskowym. Dziecko widziało straszliwe konsekwencje wojny, ale także morze, i to morze mnie cieszyło po prostu”.
„Od tamtej pory przyjeżdżam tutaj co jakiś czas, teraz także na brydża”.
Ewa Wiśniewska: „Pięciu chłopa i ja jedna!”.
Jerzy Hoffman:
„Nigdy nie byłem ulubieńcem krytyki. Moje kino uważano za plebejskie, i ja się w gruncie rzeczy z tym zgadzam. Jestem warsztatowcem, jestem rzemieślnikiem. Uważam, że kino to jest sztuka plebejska, w przeciwieństwie do teatru, który jest sztuką elitarną. Dopiero talent ludzi tworzących kino sprawił, że zostało podniesione do granicy sztuki. Niemniej, ja wciąż wyznaję zasadę, że rzemiosło w tej profesji jest czymś podstawowym. Jak w garncarstwie, jak w profesji szewskiej. Liczy się rzemiosło, potem dopiero można „tworzyć” ”.
„Marzyłem o „Trylogii” odkąd ojciec przysłał mi książki Sienkiewicza na Syberię. Najpierw „Pana Wołodyjowskiego, potem „Potop”, „Ogniem i mieczem” nie otrzymałem, cenzura nie puściła wysyłki. Sienkiewicz był dla mnie jak Biblia. Ważniejszy niż Biblia. Kiedy w szkole filmowej chwaliłem się, że kiedyś nakręcę całą „Trylogię”, koledzy pukali się w głowę. Zwariował chyba. A ja się zawziąłem. Powiem panu, bo to jest rzadkie, spełniłem swoje marzenia. Ja jestem artystą szczęśliwym i spełnionym. Niewielu znam takich”.
„Całe życie miałem farta, sprzyjało mi szczęście. Nawet pan nie wie, jakie to jest ważne. Mieć w życiu szczęście. Mój serdeczny przyjaciel, Wiktor Zborowski, kiedy wznosi toast urodzinowy, mawia: „Nie życzę wam zdrowia, bo na Titanicu wszyscy byli zdrowi; nie życzę wam pieniędzy, bo na Titanicu wszyscy byli bogaci. Ja wam życzę farta!”.
Miałem farta: do Sienkiewicza, do pomysłów, do ludzi. Również do tych ludzi, którzy są dzisiaj z nami”.
Ewa Wiśniewska:
„Byłam jeszcze studentką czwartego roku, kiedy zagrałam w „Prawie i pięści” u Jurka Hoffmana. Studentkę obsadził. Od razu to była miłość, miłość ludzka i zawodowa, bez podtekstów. Zagrałam u Jurka wiele pięknych i ważnych dla mnie ról, w „Ogniem i mieczem”, w „Prawie i pięści”, w „Starej baśni”, w „Bitwie Warszawskiej”. Chciał mnie obsadzić w roli Krzysi w „Panu Wołodyjowskim”. Nawet do roli Oleńki w „Potopie” mnie castingował, co przecież było absurdem, jaka ze mnie Oleńka? Przyjaźnimy się do dzisiaj. I jest to przyjaźń żarliwa. Łączy nas pasja życia, brydż, wspomnienia wielkich i wspaniałych podróży. Na przykład wspólny miesiąc w Australii. Jesteśmy oboje sybarytami, pasjonatami życia. To też nas łączy”.
Irena Karel:
„Zbyt rzadko dziękujemy, zbyt rzadko jesteśmy wdzięczni – dlatego ja ci Jurku chciałam podziękować dzisiaj za jedną z najpiękniejszych moich przygód w tym zawodzie. Ewka Nowowiejska w „Panu Wołodyjowskim”. Wyjazd z Radzikowa, Tatarzy, kulig, śnieg, zaspy, słońce. Tacy byliśmy wszyscy wtedy młodzi, tacy piękni”.
Jerzy Michaluk:
„Mnie z Jerzym łączy wszystko. Praca i życie. Trzydzieści lat pracy i trzydzieści lat życia. Tylko, można powiedzieć, łóżko nas nie łączy, poza tym wszystko inne”.
Jerzy Hoffman:
„Moje filmy to były wyznania miłości dla widza: „Piękna nieznajoma” – marzyłem o realizacji „Córki kapitana” Puszkina, nie było na to zgody, zrobiliśmy „Piękną nieznajomą” na podstawie Aleksego Tołstoja.
„Trędowata” – miał być skandal i był skandal. Po „Potopie” chciałem wyciąć wszystkim numer i nakręcić film, którego się po mnie nie spodziewano. Tak się stało. Początkowo scenariusz pisał Dygat, wspaniały literat, on chciał pastiszu z Mniszkówny, a ja dążyłem do czegoś innego. Retro na serio. Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie miałem tak straszliwych recenzji. A film pokazywany i kochany jest do dzisiaj.
„Znachor” – Dołęga-Mostowicz to był świetny pisarz, materiał literacki był świetny. No i miałem Bińczyckiego. Cóż to za aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More. Dźwięk zgrywaliśmy wieczorem przed wybuchem stanu wojennego. Budzę się na kacu, bo jeszcze jakiś bankiet, a rano okazało się, że mamy wojnę”.
***
„To jest dla mnie czas podsumowań, czas rozliczeń, podliczeń. Nie oglądam programów politycznych. Czas, który mi został, być może nie ma tego czasu wiele, to jest czas na quizy, teleturniej „1 z 10”, „Milionerów”, przyglądanie się z życzliwością temu, co trwa, co jeszcze trwa.
Nie mam wielkich złudzeń, jesteśmy świadkami zmierzchu cywilizacji, która była moim domem i moim światem. Jestem świadkiem tego zmierzchu, tak jak byłem świadkiem lat świetności.
To jest wielkie szczęście mieć takie życie. Zobaczyć tak wiele. Jestem wam wdzięczny. Dziękuję”.
***
Łukasz Maciejewski
Foto: Anna Rezulak
