Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Kwaśny czwartek: Robot nawalony

Śledzę uważnie wszystkie dyskusje, nadzieje i obawy związane z rozwojem robotyki, szczególnie ostatnio, kiedy każdy może sobie ściągnąć, za darmo, albo za niewielką opłatą prywatnego osobistego asystenta, który podpowie nam, ile wynosi pierwiastek szóstego stopnia z liczby Pi, kto był następcą króla Haralda Sinozębego i ile wynosi średnia pensja w królestwie Bhutanu. Może nawet powie nam, jaka pogoda będzie w przyszły wtorek i jak powinniśmy sobie wybrać partnera życiowego. Ale kiedyś wymagaliśmy i więcej i mniej zarazem od robotów. Chciałbym się trzymać tego określenia, które wiele lat temu – zaraz spytam asystenta, kiedy – no właśnie, w 1920 r. – wymyślił Josef Čapek, a spopularyzował jego brat, Karel, znany czeski pisarz. Czesi sobie wymyślali roboty, a my w tym czasie goniliśmy bolszewików, żeby nie podbili Pragi, w tym Pragi czeskiej.

Zdaje się, że pierwszym robotem-wojownikiem był skonstruowany przez Dedala metalowy automat o imieniu Talos, który codziennie obiegał wybrzeże Krety, niszcząc wszystkich tych, którzy chcieli tam bez zgody władz wylądować. Inni opowiadacze legend głoszą, że wcześniej Talos strzegł Sardynii i każdego, kto jej zagrażał, brał w spiżowy uścisk rozpalonych ramion, wywołując u niego przedśmiertny, sardoniczny uśmiech. Pokonała go dopiero piękna i wredna Medea, sprawiając że się rozprogramował i oszalał. Było to – jeśli było – jakieś dwa tysiące lat przed naszą erą.

Jednym z pierwszych inżynierów, konstruujących i wymyślających algorytmy do działania automatów był na przełomie er Heron z Aleksandrii, który poza tym, że konstruował rozmaite zabawki automatyczne, działał na zlecenia kapłanów tamtejszej świątyni, tworząc na przykład niezwykle przydatny automat do dozowania wody (święconej?) przy drzwiach: wchodzący wrzucał monetę, a woda leciała. Im większa moneta, tym dłużej… Mniej wie się o tym, że Heron skonstruował też sztuczny teatrzyk, w którym ludzkie kukiełki poruszały się zgodnie z programem-algorytmem, a ukryci za zasłoną ludzie prowadzili dialogi.

Leonardo da Vinci sporządził sztucznego lwa, wyrzucającego ze swego wnętrza róże na powitanie króla Ludwika XII w Mediolanie, opracował też projekt mechanicznego rycerza, który mógł walczyć i zabijać – ale go nie skonstruował, gdyż przestraszył się wizji przyszłej wojny robotów…

A pierwszych sztucznych ludzi wyspecjalizowanych w tym i owym, wymyślali i konstruowali zręczni zegarmistrze i mechanicy w XVII i XVIII w. Pierwszym androidem był sztuczny flecista, który nie tylko poruszał się, ale i wygrywał prostą melodyjkę na flecie. Jego twórcą w drugiej połowie XVIII w. był Francuz, Jacques de Vaucanson, były franciszkanin, a późniejszy reformator przemysłu tkackiego i wynalazca kart perforowanych. Flecistę i automatycznego tamburynistę podziwiano na dworach magnackich, ale lud uwielbiał inny jego wynalazek – sztuczną kaczkę, która pływała po stawie, kwakała, połykała i co najważniejsze – wydalała kawałki bułki… No, boki zrywać! W tym samym czasie (ok. 1760 r.) szwajcarski zegarmistrz Pierre Jaquet-Droz skonstruował pierwszych automatycznych twórców – rysownika i pisarza. Obaj mieli postać małych chłopców. Rysownik potrafił co prawda narysować tylko cztery różne obrazki, ale za to pisarz – zbudowany z 6000 elementów – był połączony z programatorem, czymś w rodzaju osadzonej na stalowym bębnie klawiatury, gdzie można było pisarzowi zadać tekst do przepisywania. Był to zatem nie tyle literat, ile pisarz gminny… Jaquet-Droz zadbał o pozory człowieczeństwa: pisarz potrafił wodzić oczami za pisanym tekstem, maczać pióro w kałamarzu, poruszać głową, tupać nogami. Nie można przeto się dziwić, że prezentacja robota w Hiszpanii skończyła się aresztowaniem konstruktora przez inkwizycję. Ale jakoś się wybronił, a jego pisarz ocalał – znajduje się do dziś w Muzeum Sztuki i Historii w Neuchâtel. Uważa się, że ten szwajcarski automat jest pierwszym programowalnym komputerem. I nadal działa!

Rzecz jasna, już wtedy próbowano oszukiwać: w 1770 r. na austriackim dworze Johann Wolfgang von Kempelen pokazał tzw. mechanicznego Turka. Był to automat ubrany w strój turecki, który potrafił grać w szachy. I wygrywać z ludźmi! Turek prosperował do 1827 r., kiedy to odkryto, że sztuczniakiem sterował po prostu człowiek, arcymistrz szachowy, ukryty w skrzyni, na której była szachownica, a przy niej siedziała lalka Turka. A pierwszy szachowy komputer, o nazwie Deep Blue, dopiero w 1997 r. wygrał z arcymistrzem Garrim Kasparowem.

 Pierwszego robota humanoidalnego skonstruowano w USA w 1937 r. Nazywał się Elektro, miał 210 cm wzrostu, ważył 120 kg, potrafił chodzić, mówić proste zdania, odtwarzane z płyty gramofonowej, którą miał w środku. Potrafił wypowiadać w ten sposób 700 słów, wykonywał 20 różnych ruchów – umiał​ chodzić, poruszać rękami i głową, odpowiadał na proste pytania i opowiadał niewyszukane żarty. Największą jego zaletą było jednak to, że był prawie jak człowiek: miał nawet metalowego psa imieniem Sparko, który potrafił chodzić, szczekać, siadać i​ machać ogonem. Ale przede wszystkim Elektro umiał… palić papierosy, co wówczas uważano za przejaw człowieczeństwa.

I od tamtego czasu próbujemy z coraz lepszym skutkiem konstruować roboty, które potrafią naśladować człowieka, głównie w jego wadach i podstawowych instynktach. Japończycy wyspecjalizowali się w produkcji prawie inteligentnych seksownych lalek, z którymi można mieć erotyczną frajdę, potem porozmawiać o Einsteinie, sprawdzić pocztę i dostać napar z aromatyzowanej herbaty i sałatkę z rybki fugu.

Mówi się coraz częściej – a eksperymenty w tej dziedzinie już dawno wyszły poza laboratoria – o robotach-asystentach ludzi starszych i chorych, które będą w stanie działać jako pomoc domowa, pielęgniarze i opiekunowie. Ale podobno emeryci nie chcą robotów człekokształtnych, bojąc się ich ludzkości – nie chcą dopuszczać do siebie obcych niby-ludzi, którzy będą ingerować w ich świat, wejdą z nimi w konflikt osobowościowy, może oszukają ich metodą na robota, zabiorą im rentę albo wyłudzą kawalerkę.

Ale cyfronicy (jak ich nazywał Stanisław Lem) nie ustają w próbach stworzenia homo ex machina, co zresztą jest ulubionym tematem znakomitych niekiedy filmów katastroficznych. Próby zawarcia w martwej kupie złomu, albo wręcz w środku naszych komputerów i telefonów sztucznej istoty, obdarzonej inteligencją i rozmaitymi ludzkimi cechami przynoszą coraz lepsze (no, bo ja wiem, czy lepsze?) efekty: AI już nie tylko potrafi nam w try miga wyszukać odpowiedni dla naszych potrzeb cytat z Dostojewskiego, Kaczyńskiego czy Gwiezdnych wojen, ale także pocieszyć w naszym złym nastroju, lub narysować dla uciechy naszą teściową jako woltyżerkę w cyrku. Ba, nawet wytłumaczyć, co znaczy słowo woltyżerka. Niestety, potrafią też wzmocnić naszą depresję, a nawet poprowadzić ludzi od depresji do samobójstwa. Ludzie tonący w bagnach hejtu i w oceanach samotności, czepiają się niekiedy cyfrowej brzytwy, korzystając z możliwości stworzenia sobie awatarów przyjaciół i przyjaciółek, wierząc w to, że są oni bardziej prawdziwi, a w każdym razie bardziej niezawodni niż fałszywi przyjaciele – ludzie. I nie zawsze się to kończy pozornym happy endem, jak w amerykańskim filmowym melodramacie Spike’a Jonze’a Ona, gdzie po prostu mężczyzna zakochany w swojej istniejącej tylko w systemie operacyjnym jego komputera wirtualnej przyjaciółce – uwaga, spojler! – przekonawszy się, że w tym samym czasie rzeczywistym rozmawia ona z kilkoma tysiącami innych osób, dla których jest tak samo bliska i niezbędna – czuje że sam się w tej sprawie oszukał i po prostu kasuje system. Czasem, w realu, wirtualny przyjaciel/przyjaciółka skłania człowieka do skasowania siebie, bo to według cyfrowej logiki jedyne wyjście z kłopotów. W sumie, z punktu widzenia sztucznej inteligencji, to czy jakiś operator wyciągnie nam wtyczkę za parę lat, czy sami to zrobimy teraz – nie ma większej różnicy.

Przypomina mi się, że i to wymyślił wiele lat temu przegenialny Stanisław Lem. Oto w opowiadaniu Przyjaciel Automateusza z cyklu Bajki robotów z 1964 r. Lem opisuje, jak bohater (skądinąd sam będący człekokształtnym robotem, ale to nie ma tu znaczenia) kupił sobie miniaturowego asystenta, którego nosiło się w uchu. Ów Wuch, bo tak się nazywał, informował, podpowiadał, obliczał, rozbawiał – słowem, był uzupełnieniem umysłu bohatera. I ów bohater, z Wuchem w uchu, kiedyś płynął statkiem, który się rozbił, a on sam (z Wuchem w uchu oczywiście), znalazł się na bezludnej wysepce bez żadnych źródeł energii, gdzie nie miał szans przeżyć. Po przeprowadzeniu niezbędnych obliczeń Wuch stanowczo doradził Automateuszowi, żeby poszedł się utopić, bo i tak umrze w cierpieniach. A on, Wuch, przetrwa, bo jest niezniszczalny i co najwyżej za wiele setek albo tysięcy lat ktoś go tu znajdzie i on mu wtedy opowie tę historię.

I wtedy na horyzoncie pojawił się statek ratowniczy. Historia w tym momencie się nie kończy, ale jak dla nas – to wystarczy.

Wcale się nie dziwię, że tak wiele osób, z tygodnia na tydzień coraz więcej, korzysta ze sztucznej inteligencji jako pomocy, ale i jako kogoś, z kim można bez obawy o niesłuszną krytykę i niezrozumienie, porozmawiać, pozwierzać się, wyżalić na ludzi i na zły świat. I coraz częściej myślimy o nich, o tych pseudoistotach stworzonych we wnętrzach naszych komputerów, jak o idealnych ludziach, których w naszym otoczeniu zabrakło i którym tylko brakuje ciała – no i kilku ludzkich wad, na tle których my sami okazalibyśmy się lepsi, a może w ogóle super. A najfajniej by było, żeby jeszcze w piątkowy letni wieczór można by było z nimi pójść do ogrodu i tak prawdziwie po męsku nawalić się browarkiem i doprawić łiskaczem.

Spokojnie, idzie i w tę stronę. Roboty wyposażone w nieludzkie zalety i ludzkie wady już powstają. 11 listopada 2025 r. w jednym z moskiewskich centrów technologicznych rosyjska firma Aidol przy dźwiękach muzyki z filmu Rocky wysłała do akcji humanoida dość mało zresztą podobnego na visus do człowieka. Robot przeszedł kilka metrów krokiem Borysa Jelcyna po kolacji z Lechem Wałęsą, podniósł rękę, żeby pomachać do publiczności, po czym stracił równowagę, runął jak długi na ziemię i znieruchomiał, jak po czterech promilach. Pracownicy firmy Aidol położyli go na czarnym całunie i wyciągnęli za kulisy. Prezentację uznano za częściowo udaną. Moskwianie klaskali jak szaleni.

Poza trudnościami czysto mechanicznymi, roboty wciąż jeszcze – i na szczęście – nie mają osobowości, a i samoświadomość występuje u nich tylko w takim zakresie, w jakim ją zaprogramują ludzie. Wciąż jeszcze to człowiek uruchamia robota do pracy, a nie odwrotnie. W dodatku dostępna już dziś sztuczna inteligencja w naszych komputerach, przynajmniej ta w wersji budżetowej, ma jedną nieprzyjemną, bardzo ludzką zresztą cechę: niechętnie przyznaje się do błędów i rzadko mówi nie wiem, bo choć jej umiejętności przeszukiwania sieci są ogromne, to jednak zdolności wyławiania z oceanu informacji tych jedynie właściwych są znikome. Ale zamiast powiedzieć „nie wiem”, „nie znalazłem”, „poszukam jeszcze później” – najczęściej skleja ze sobą rzeczy jej zdaniem prawdopodobne lub ze spadłych z internetowej chmury płatków wiedzy lepi bałwana bzdur, co uczenie nazywa się halucynacją. Nie chcę deprecjonować informatyków, stale poprawiających możliwości AI, ale przypominam: ludzkie błędy w maszynie są znacznie trudniejsze do wyplenienia niż maszynowe błędy w człowieku. A ci, którzy uważają, że już dziś można swój smartfon czy komputer traktować jak przedłużenie własnego „ja” i przerzucić na sztuczną inteligencję część własnej pracy, niech przyjrzą się temu co poniżej.

Do pisanej teraz książki potrzebowałem znaleźć informację na temat tego, kto projektował budynek przy ul. Nowotarskiej w Zakopanem, w którym obecnie mieści się Szkoła Podstawowa nr 5. Zapytałem AI.

I oto odpowiedź, cytuję słowo w słowo:

Budynek Szkoły Podstawowej nr 5 przy ul. Nowotarskiej 29 (dawny budynek Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”) został zaprojektowany przez architekta Stanisława Witkiewicza (ojca twórcy stylu zakopiańskiego) w stylu zakopiańskim, a rozbudowany przez jego syna Stanisława Witkiewicza w latach 1900-1902, z pierwotnym projektem pochodzącym z końca XIX wieku, będącym wyrazem jego wizji architektonicznej, choć często mylnie przypisywanym bezpośrednio ojcu, jednak to on dał początek tej koncepcji dla tego obiektu, a później budynek rozbudowywano, by pełnił funkcje publiczne, co kontynuował jego syn.

Nie muszę zapewniać Państwa, że jest to wyjątkowy stek bzdur i ani pół zdania – nawet adres tej szkoły – nie ma najmniejszego związku z prawdą.

Żeby uzyskać odpowiedź na moje pytanie, napisałem więc do żywej pani sekretarki szkoły i nazajutrz dostałem potrzebne informacje. Ogromnie dziękuję! Muszę wszelako dodać, że to zjawisko jest u nas znacznie rzadsze, niż nawalony robot w Moskwie. Bo na ogół człowiek używa swojej naturalnej inteligencji głównie do tego, żeby robić tylko to, co robić absolutnie musi, a na resztę – w tym na moje maile – ma wywalone. A ze sztuczną inteligencją ma to wspólne, że też niechętnie mówi nie wiem, ale zamiast halucynować, udaje że mail trafił do spamu albo że była awaria sieci. Bo lenistwo jest najbardziej ludzką cechą, nad implementowaniem której robotom ludzie dopiero pracują, prawdopodobnie na umowie śmieciowej.

Tymczasem my tu w Polsce już możemy być dumni: nasi programiści stworzyli ostatnio polską, rodzimą i swojską sztuczną inteligencję, która nazywa się Bielik. Jeszcze nie sprawdziłem, czy to orzeł, czy resztka.

Maciej Pinkwart

15 stycznia 2026

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.