Mili Moi!
Żyjemy w kraju, w którym prawo jest jak płot: żmija się prześlizgnie, tygrys przeskoczy, a bydło stoi i czeka, aż mu otworzą. Owo bydło to my, obywatele, obserwujący z niemym zachwytem, jak nasza ukochana władza (tym razem samorządowa, bo centralna akurat umywa ręce) urządza nam kulturę.
Sprawa jest prosta, a zarazem cuchnąca jak stary oscypek: chodzi o Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, placówkę zacną i współprowadzoną – uwaga: zarówno przez Samorząd Województwa Mazowieckiego, jak i Ministerstwo Kultury. Czyli to taki ślub z rozsądku, w którym obie strony mają prawo weta, a dziecko – to znaczy rękopisy – siedzi pośrodku i udaje, że nie słyszy kłótni.
Po latach dyrektorowania Jarosława Klejnockiego (który – jak podają źródła – ze względów zdrowotnych i osobistych nie startował w konkursie, a zmarł w czerwcu 2025 roku) muzeum weszło w okres bezkrólewia. I wtedy – jak to u nas – nie zaczęto od pytania „kto ochroni archiwa?”, tylko od pytania „kto ma pieczątkę?”.
Rozpisano więc konkurs. Piękne słowo: konkurs. Sugeruje jakąś grę, rywalizację, może nawet – o zgrozo! – kompetencje. Konkurs ogłoszono we wrześniu 2024 r. i już na wejściu pokazano, że w tej dyscyplinie wygrywa nie ten, kto ma wiedzę, tylko ten, kto ma idealnie zszyty segregator. Dwie kandydatury z akademii odpadły „z przyczyn formalnych”: w jednym przypadku staż kierowniczy był krótszy… o trzy dni, w drugim – literaturoznawczyni-profesor nie dołączyła „właściwego” dyplomu, bo zamiast dyplomu ukończenia studiów załączyła… dokument mianowania na profesora. Tak działa państwo: możesz być profesorem, bylebyś najpierw był uczniem.
I wyobraźcie sobie Państwo, że mimo tej papierowej selekcji konkurs ktoś wygrał. Agnieszka Celeda – dziennikarka i menedżerka kultury – dostała w drugiej turze 6 z 11 głosów komisji. Kontrkandydatka, Beata Michalec, dostała głos mniej. Demokracja jak się patrzy: ktoś ma większość, ktoś ma mniejszość – więc zwycięża… mniejszość, tylko „bardziej właściwa”.
Bo tutaj wkracza dialektyka władzy, która – jak widać – jest wieczna. Marszałek Adam Struzik i zarząd województwa zrobili rzecz arcypolską: wynik konkursu uznali za… interesującą opinię. Zwyciężczyni nie została powołana, za to jej rywalka – radna KO i zarazem zastępczyni dyrektora Muzeum Niepodległości – dostała ster w trybie magicznym, zwanym: „p.o.” (pełniąca obowiązki).
To jest, Moi Drodzy, majstersztyk prawno-obyczajowy: formalnie nie dyrektor (bo do dyrektora potrzebna bywa zgoda współprowadzącego), ale realnie dyrektor (bo ma klucze, gabinet i pieczątkę). A żeby nikt nie miał wątpliwości, że to nie przypadek, tylko metoda – drugi konkurs ogłoszono dopiero, gdy „p.o.” dobiło do ustawowego limitu: art. 16a pozwala powierzyć pełnienie obowiązków na okres nie dłuższy niż rok. Czyli p.o. jest jak mleko: ma termin ważności.
We wrześniu 2025 ruszył więc drugi konkurs – i tu zaczyna się kabaret proceduralny, ten z gatunku „śmiej się, bo płakać nie wypada”. Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej zwróciło uwagę, że wśród wymogów dla kandydatów nie było wykształcenia ani doświadczenia z obszaru historii literatury, a nawet – inaczej niż w wielu podobnych konkursach – nie wymagano znajomości języka obcego. Ktoś powie: drobiazg. Ja odpowiem: drobiazg, ale jakże mówiący – bo przecież Mickiewicz też najlepiej brzmi bez języka obcego.
Do tego doszła arytmetyka komisji: jedenaście osób, a w relacjach pojawiają się zarzuty, że większość stanowili urzędnicy i politycy związani z układem rządzącym Mazowszem. Pisarze i środowiska literackie miały zgłaszać chęć udziału – i miały zostać zignorowane, za to skład ułożono tak, by wynik był… przewidywalny jak reklama kredytu w radiu.
I kiedy już ten drugi konkurs (5 grudnia 2025) dał rezultat „właściwy”, pojawiło się votum separatum zgłoszone przez przedstawicieli MKiDN (a przy okazji także wybitnych literatów, czyli osób w gronie głosującym najbardziej znającym się na rzeczy): Marzannę Bogumiłę Kielar i Jacka Dehnela. Według opisywanych przez nich okoliczności przewodnicząca komisji miała ograniczać pytania (zwłaszcza te o realne działania kandydatki jako p.o.), a komisja miała nawet odrzucić wniosek, by po prezentacjach odbyć normalną rozmowę członków komisji między sobą – czyli coś, co w cywilizowanym świecie nazywa się naradą.
A teraz crème de la crème: gdy wicemarszałek zwrócił się do ministerstwa o zgodę na powołanie zwyciężczyni, MKiDN zauważyło, że prośbę wysłano z żądaniem odpowiedzi „na wczoraj”, nie dołączając protokołu – dokumentu podstawowego, bez którego cała procedura jest jak recenzja spektaklu napisana bez oglądania spektaklu.
Ministerstwo (w grudniu 2025) odpowiedziało wprost: nie ma zgody na powołanie Beaty Michalec i oczekuje rozpisania nowego konkursu zgodnie z zasadami (w tym z rozporządzeniem z 30 lipca 2015 r. o instytucjach, gdzie dyrektora wyłania się konkursowo).
I co zrobił zarząd województwa? Otóż – jak to u nas – potraktował to jako sugestię stylistyczną. W grudniu 2025 r. pojawiły się informacje, że zarząd Mazowsza powołał Michalec na siedem lat, mimo braku zgody współprowadzącego; w komentarzach pojawia się wprost, że byłoby to złamanie statutu muzeum.
Ale przejdźmy do tego, co w kulturze najważniejsze: do „procesów”.
Z lektury doniesień wynika, że w czasie, gdy pani Beata pełniła obowiązki, część pracowników zgłaszała zastrzeżenia dotyczące zarządzania i bezpieczeństwa zbiorów, a nawet miało dojść do pomysłu inwentaryzacji rękopisów wykonywanej przez osoby bez przygotowania – „kierowców i stolarzy, nieprzeszkolonych przez konserwatora”. Jeżeli to prawda, to mamy wreszcie narodową innowację: rękopisy Mickiewicza liczone przez stolarza, bo stolarz ma metrówkę, a to przecież narzędzie pomiaru.
Przy okazji, żeby nie było, że muzeum to tylko archiwum: według relacji z przesłuchania konkursowego, do osiągnięć p.o. zaliczono „zazielenienie patia” oraz zgłoszenie muzeum do konkursu „Warszawa w kwiatach”. Proszę Państwa, oto kultura w wersji ogrodniczej: zamiast chronić autografy, chronimy pelargonie.
I tu dochodzimy do sedna, czyli do języka. Bo jeśli coś mnie w życiu mierzi bardziej niż głupota, to jest to nowomowa. Kiedyś partyjna, dziś – menedżerska. „Wdrażać zmiany jakościowe”, „zarządzać zmianą”, „budować przewagę”, „doskonalić procesy”… A ja pytam: przewagę nad czym? Nad Norwidem? Nad Słowackim? Czy będziemy optymalizować „Pana Tadeusza”, bo opis bigosu jest nieefektywny i zajmuje zbyt wiele cennego czasu konsumenta treści?
Władza lubi mówić, że kultura jest dla ludzi. Prawda. Tylko że w tej wersji ludzie są dla procedur, a literatura dla tabelki. A ponieważ Muzeum Literatury to nie kiosk z hot dogami, tylko miejsce przechowujące m.in. rękopisy Mickiewicza i archiwa całej plejady polskich autorów, ten procesowy zachwyt jest nie tylko śmieszny, ale i zwyczajnie groźny.
Pozostaje nam, jak zawsze, owa nieszczęsna przekora. Śmiejmy się, bo tylko śmiech nas różni od tych smutnych panów i pań w garsonkach, którzy myślą, że jak nazwą chaos „zarządzaniem zmianą”, to stanie się on porządkiem. Nie stanie się. Od samego mieszania herbata nie robi się słodsza, a od samego powtarzania słowa „jakość” literatura nie stanie się lepsza. Ale za to – jak pięknie będzie wyglądać w raporcie!
Konrad Szczebiot
