Kluczowe zdanie tej powieści pada na samym początku: „Zanim się dowiedziałem, kim właściwie są Żydzi, już byłem antysemitą”. Dalszy ciąg jest przypisem do tego zdania. Ale cóż to za przypis!
Mateusz Pakuła wykorzystuje w „Skórze po dziadku” wypróbowaną już wcześniej w debiutanckiej powieści hybrydową formę narracji, w której fragmenty fabularne przeplatają się ze wspomnieniami, komentarzami, cytatami, wierszami, dialogami, zapisami reporterskimi, uwagami odautorskimi. Powstaje proza, która sama o sobie i autorze opowiada, prowadzi wewnętrzną rozmowę, tworzy napięcia, stawia pytania, podpowiada drogi poszukiwania odpowiedzi. A przede wszystkim sytuuje osobiste dociekania autora, jego podążanie ścieżką jednostkowych losów dziadka, Henryka Parkity, na tle zbiorowej historii, zaczynając swoją opowieść od bolesnej rany pogromu kieleckiego.
Tytuł „Skóra po dziadku” sugeruje bliźniacze podobieństwo wyglądu, a kto wie, może i losu bohatera-narratora i jego dziadka. Wnuczek niczym „zdarta skóra”, jak powtarzają ciotki i pociotki. A tymczasem ta tytułowa skóra, to po prostu skórzana kurtka, kupiona kiedyś na bazarze, należąca wcześniej do jakiegoś wojskowego albo ubeka, albo jeszcze kogoś innego, tak czy owak noszona latami przez dziadka jako jego zawodowe taksówkarskie okrycie, potem podarowana wnukowi. Tytuł brzmi mocno, wywołuje masę skojarzeń, z czego zresztą autor chętnie korzysta, dając czytelnikowi okazję do podążania własnymi ścieżkami wspomnień.
Historia Henryka Parkity zaczyna się, kiedy chłopak chodzi do podstawówki w rodzinnym Sukowie. Ma prawie szesnaście lat, ale to czas po wojnie i w szkole wielu jest takich przerośniętych jak on. W głowie buzują im pomysły, żeby wywinąć jakiś numer, sprzeciwić się nachalnemu utrwalaniu władzy ludowej. Henrykowi i koledze nadarza się okazja: wieszają małą porcelanową figurkę Lenina na skleconej z patyków szubienicy i przybijają do biurka dyrektorki podstawówki. Dyrektorka pada zemdlona, a Parkita trafia do kieleckiej mordowni na Zamku. Ubecy biorą go w obroty, przesłuchują przez tydzień, wypytując daremnie o inspiratorów, w końcu dają za wygraną i go wypuszczają. Widać nauka poszła w las, skoro Henryk z kolegami szykują kolejny numer. Do Sukowa przyjeżdża prelegent, aby agitować za ORMO, a tymczasem chłopcy odpalają ruski niewybuch i zastawiają pułapkę z rozciągniętego druta na znienawidzonego wójta i jego wychuchany motocykl. Wójt po wybuchu dosiada w panicznej ucieczce swego stalowego rumaka i wywala się widowiskowo. To już nie są sztubackie żarty, ale sabotaż. Jest rok 1951, stalinizm tropi wrogów, walka klasowa nasila się, Henryk Parkita ponownie trafia do mordowni. Przechodzi piekło tortur i karceru, ich przygniatający ciężar opisuje pisarz w poemacie zawieszonym na granicy między koszmarem sennym i jawą. Zanosi się, że szybko nie wyjdzie na wolność, a może nie wyjdzie już nigdy.
Z odsieczą ruszą kobiety z Sukowa, Kasia, matka Henryka i jej sąsiadka Kosmalina. Wyruszają do Warszawy, każda z ćwiartką cielaka na plecach dla prokuratora, żeby go dobrze usposobić. Prokurator Stolkowski, dziś wysoko ustawiony pułkownik w prokuraturze, ocalał w czasach zagłady dzięki Kosmalinie. Teraz Żyd ocaleniec ma uratować syna jednej z nich przed zakatowaniem albo wyrokiem śmierci. Tak nieoczekiwanie splata się historia dziadkowego zamachu na wójta, Holocaustu i kieleckiego pogromu.
Siłą tej opowieści jest szczerość, usunięcie jakichkolwiek śladów autocenzury – pisarz snuje opowieść o wnikaniu w świat dziadka, etapami, krok po kroku, budowaniu przeszłości z okruchów wspomnień, dokumentów, fragmentów wcześniej napisanych utworów, a nawet zmyśleń, wchodząc równolegle w świat jednej z najczarniejszych kart powojennej historii, kieleckiego pogromu. Przez lata zamilczanego, potem umniejszanego albo wypieranego z pamięci jako domniemana prowokacja ubecka. Pakuła mierzy się z tym trudnym wspomnieniem, którego inicjacją było spotkanie z izraelskimi rówieśnikami za szkolnych czasów, pełne goryczy i niełatwej do zaakceptowania hańby przeszłości. Wtedy zupełnie nieznanej i zepchniętej na margines pamięci.
Pisarz sięga po dostępne dokumenty, cytuje fakty, ukazuje całą ohydę zajadłego antysemickiego szału, wywołanego tuż po zakończonej wojnie. Po latach prześladowań i fizycznej likwidacji, kiedy ofiarami stali się Żydzi, sprowadzeni przez niemieckich okupantów do zaszczutych zwierząt, na których polowano z metodyczną zaciekłością.
Wydarzenia wywołane zostały zabójczą, jak się miało okazać, plotką, zakotwiczoną w kołtuńskiej opowieści o mitycznych Żydach krwiopijcach. Musiał być po temu solidnie przygotowany grunt. Wystarczyło, że jakiś chłopiec nie wrócił do domu, że ktoś inny powiedział, że porwali go Żydzi, by uprawiać swoje krwawe rytuały z macą w kamienicy przy ulicy Planty 7, którą zamieszkiwali. A kiedy chłopak wrócił i bał się przyznać ojcu, że był u kolegi, dość że przytaknął, że tak, że więzili go Żydzi, aby 4 lipca 1946 roku rozpętało się piekło. Zginęło 37 Żydów. Potem wyjechały z Polski tysiące ocalałych.
To boli, tkwi pod skórą. Pakuła wraca do Kielc dnia pogromu, do krwawych godzin swojego ukochanego miasta, kiedy sąsiedzi zabijali sąsiadów owładnięci szaleństwem nienawiści, świadomy wagi tego powrotu. Czyni to przekonany tak jak jego przewodnik po historii, strażnik pamięci Bogdan Białek, przewodzący Stowarzyszeniu im. Jana Karskiego, że trzeba pilnować, bo to „nieustannie podnosi łeb. Demony wyłażą, zwłaszcza jak jest przyzwolenie z góry, jak z góry idzie taki przykład”. Pakuła daje przykład odwrotny, jak pamięcią i prawdą budować tamę nawrotom dzikiej nienawiści. Dość wspomnieć o tegorocznych obchodach rocznicy mordu w Jedwabnem i antysemickich ekscesach pod wodzą wciąż latami bezkarnego Brauna.
Oprócz dwóch dominujących i splatających się nurtów powieści, o losach dziadka i historii kieleckiego pogromu, w książce Mateusza Pakuły znalazło się niemało dygresji i artykułów pobocznych. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje interpretacja „Akademii Pana Kleksa” Jan Brzechwy, wcześniej publikowana przez autora w „Dwutygodniku”. „Akademię” czytali wszyscy, prawie wszyscy, ale niewielu tak wnikliwie jak Mateusz Pakuła, który odnalazł w tej książce wyspę ocalenia dzieci żydowskich, ofiar Holocaustu. Pisarz nie zdołał ich ocalić, ale ocalił symbolicznie. Dzięki takiej interpretacji dzieło Brzechwy rośnie jako literatura z najwyższej półki.
Swoją drugą powieścią, po głośnej „Jak nie zabiłem swego ojca i jak bardzo tego żałuję” Mateusz Pakula potwierdził, że jest równie wyjątkowym prozaikiem jak dramaturgiem. Że potrafi nieomylnie dotykać miejsc bolących niczym Żeromski, patron teatru w jego rodzinnych Kielcach, żeby nie zarosły błoną podłości. Że upomina się o pamięć, uważność i godność dla każdego życia. I że czyni to nie tylko z pasją, ale z użyciem właściwie dobranych środków. Jednak, jak to z ludźmi teatru bywa, ciągnie wilka do lasu i zarówno pierwsza jak i ta powieść trafiła jako autorska adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... More w jego reżyserii (z sukcesem) na deski sceniczne, do wspomnianego kieleckiego teatru i krakowskiej Łaźni Nowej, a niebawem ma znaleźć się na dużym ekranie.
Tomasz Miłkowski
Mateusz Pakuła „Skóra po dziadku”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2024, ISBN 978-83-8580-066-0
