Magda Umer nie żyje.
Była z rosy, z igieł sosnowych po czerwcowym deszczu, a te igły pachniały świeżością.
Nie wiem za co kochałem Magdę Umer, za wiele rzeczy, ale na pewno za to:
– że zawsze się dziwiła, i to zdziwienie wprawiało innych w zachwyt.
– że śpiewała w ten sposób, że jej historie, poetyckie i wieloznaczne, odbieraliśmy jako opowiastki przeznaczone tylko dla nas, dla mnie, dla nikogo innego, i że skąd ona to wszystko wiedziała (a nie skąd Leśmian, Osiecka czy Młynarski wiedzieli)
– że była pracowita jak pszczółka, a wydawało się że jest leniwa, że się nie spieszy nigdy, że u niej zawsze samowar, konfitury, i jakieś lekko zbzikowane trzy siostry czekają na wiersze Wierszynina
– że była taka mądra, ale nie uprzykrzała się mądrością, że błyskiem Magdy było słuchanie, i wysłuchiwanie naszych historii, nie zawsze takich znowu mądrych, w ten sposób, że wydawało się że nic mądrzejszego na świecie nie ma
– że jeździła, spotykała się, koncertowała, że znała wszystkich, Kołakowskiego, Grechutę, Jeremiego, Agnieszkę O.
Że widziała wszystko, że była szczodra w opowieściach, w słuchaniu, i w patrzeniu, a sprawiała wrażenie, że to w sumie błahostka, puszek okruszek kłębuszek. Tkany z ciężkiej ale za to wzorzystej wełny
– że była dowcipna, że miała poczucie humoru, że się śmiała, nawet kiedy wiatr, nawet kiedy zimno i wcale nienapalone w piecyku, Magda się śmiała. Nie z siebie, nie z nas.
To był uśmiech.
Łukasz Maciejewski
