Ponad 75 % obszaru Finlandii pokrytych jest zwartymi kompleksami leśnymi. W Polsce lasy to niespełna 30 %. Czy świadczy to o tym, że jesteśmy krajem bardziej zurbanizowanym i bardziej rozwiniętym niż Finlandia? Może i tak… Ale czy w związku z tym jesteśmy szczęśliwsi? Bynajmniej: w rankingu poczucia szczęśliwości (to dość dyskusyjne kryterium!) do Finlandii nam daleko. Szczęście zresztą nie spływa na ludzi wraz ze strumieniami pieniędzy i dóbr materialnych: w pierwszej dziesiątce najszczęśliwszych krajów świata znalazły się m.in. Costa Rica i Meksyk…
Ale Finlandia to właśnie kraj, gdzie na górze Korvatunturi mieszkał Joulupukki, rozdający prezenty starszy pan z białą brodą. Sprawa okazała się kontrowersyjna, bo Korvatunturi leży na samej granicy z Rosją, więc nie wiadomo, jak ułożyłyby się jego stosunki z sąsiednim Dieduszką Marozom i jakie prezenty mogłyby nadciągnąć ze wschodu, co już zresztą Finowie parę razy przerabiali. Zatem darczyniącego staruszka przeniesiono do Rovaniemi i dziś cały świat nazywa go świętym Mikołajem, który jak wiadomo, nigdy nie istniał, w przeciwieństwie do Joulupukkiego. Może dlatego Finlandia już ósmy raz z rzędu uznana została za najszczęśliwszy kraj świata, a Polska, która w kwestii wiary w to, kto zapewni nam szczęście, poćwiartowana jest na trzy nierówne połowy (tych, którzy głosują na dziadka Mroza, tych którzy czytają Remigiusza Mroza i tych, wobec których jako świadek koronny zeznawał Tomasz Mraz), znalazła się w tym roku na pozycji 26-tej. To i tak nieźle, zwłaszcza zważywszy na to, że wyprzedziliśmy w tym rankingu m.in. Francję (33 pozycja), Hiszpanię (38) i Włochy (40). Nas co prawda wyprzedza Belize, ale podobno od 2023 roku mamy tendencję wzrostową. Aha, tuż przed Belize, na pozycji 24 są USA, ale te wyniki zostaną unieważnione i obłożone cłami, bo nie okazują należytego szacunku dla homo orang-utanus.
Naturalnie, zazdroszczę Finlandii lasów, Joulupukkiego, blisko 200 tysięcy sporych jezior, a ostatnio wspaniałej supernowoczesnej i życzliwej ludziom biblioteki w Helsinkach. Do niedawna zazdrościłem im też socjalistycznej premierki Sanny Marin, ładnej i obecnie 40-letniej pani, która miała na drugie imię Mirella, była córką jednopłciowej pary – matki i jej partnerki i której Finowie po zaledwie czterech latach premierowania podziękowali i odesłali do domu, męża i córki. Ale Sanna już była po rozwodzie, więc jakby sprawa zastąpienia życia politycznego przez życie rodzinne stała się nieaktualna i była pani premier zaczęła funkcjonować jako doradczyni w think tanku Toniego Blaira. Nie wiem, czy to ma coś do rzeczy, ale pani Sanna jest wegetarianką.
Trudno się dziwić temu poczuciu szczęścia Finów: w kraju o powierzchni ponad 338 tysięcy km2 (Polska ma niespełna 314 tysięcy km2) mieszka nieco ponad 5 600 000 osób (w Polsce – 37 i pół miliona). W Finlandii zatem jest pustawy luzik, a w Polsce wszyscy warczą na wszystkich, bo brak nam dystansu od człowieka do człowieka. I to od dawien dawna. W 1918 roku Polska odzyskała niepodległość po 123 latach rozbiorów, a rok wcześniej, w 1917, Finlandia otrzymała niepodległość, po tysiącleciach obcego panowania, najpierw szwedzkiego, potem rosyjskiego. To też jest spora różnica. No, ale to w Finlandii wymyślono fińskie sauny. I Joulupukkiego, przypominam.
Co do tej szczęśliwości, to przypominam też sobie, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a ja w Finlandii nigdy nie byłem i się nie wybieram. W Polsce jestem kamieniem i obrastam mchem, jak kamień. Gdybym jednak mógł spojrzeć na Finlandię z lotu boeinga, to pewno zobaczyłbym tylko zielone lasy, niebieskie jeziora i – oczyma duszy – byłą premierkę dwojga imion Sannę Mirellę. Na Polskę tylko raz porządnie spojrzałem z góry – w 1985 r., kiedy to wykonywałem nagłe zastępstwo na seminarium witkacologicznym w Słupsku i leciałem tam na olaboga samolotem, na trasie Kraków – Warszawa – Słupsk i z powrotem – i poza lotniskami miast w zasadzie nie widziałem, tylko lasy i lasy.
A potem, kiedy pierwszy raz jechałem samochodem na zachód, przekroczywszy granicę niemiecką, zobaczyłem na terenie byłej NRD łysawe wzgórza, na których figlarnie – jak mi się wydawało – błyskały skrzydła wielkich wiatraków, przekształcających energię z niczego w potęgę przemysłową Niemiec. Starałem się zapomnieć o tym, co w szkole mi opowiadano o Zagłębiu Saary i Ruhry i co ojciec opowiadał mi o tym, jak po Powstaniu Warszawskim krótko podnosił potęgę przemysłową III Rzeszy w obozach w Turyngii, gdzie jako zawodowy księgowy został ślusarzem. Ale nic w tym dziwnego, ślusarzem był też mój dziadek, tyle że z własnej woli. Te wiatraki w Saksonii wydały mi się szalenie nowoczesne, ekologiczne i wręcz romantyczne, a przede wszystkim niezwykle malownicze. W sumie, romantyzm narodził się właśnie w Niemczech, nicht-war?
Parę lat później zobaczyłem rysunek Picassa, przedstawiający Pana Kichota na Rosynancie i Sancho Pansę na ośle Dapplu, z kilkoma małymi wiatrakami w tle – i to wydało mi się jeszcze bardziej malownicze. Takie konwencjonalne wiatraki oglądałem na polskim Pomorzu, a potem – najczęściej – w Grecji, głównie na Rodos i na Krecie. I tam też po raz pierwszy mogłem skonfrontować te niedoszłe ofiary szarży Don Kichota, z poniszczonymi przez wiatr i czas skrzydłami i urządzeniami technicznymi – z odległymi, wyniosłymi, bezlitosnymi wiatrakami elektrycznymi, które całymi chmarami obsiadały szczyty wzgórz. I jakoś już nie wydało mi się to romantyczne.
Chyba też w Grecji, wiele lat temu, zaobserwowałem pierwsze współczesne próby zaprzęgnięcia słońca do produkowania energii dla ludzi. Były to po prostu wielkie żeliwne kotły z wodą, pomalowane na czarno i umieszczone na dachach domów, zabudowań gospodarczych czy po prostu na ziemi. Słońce podgrzewało wodę i już. Nie było to ładne, ale wzruszała mnie prostota i funkcjonalność tych urządzeń. Parę lat później baniaki z podgrzewaną wodą owszem, były nadal, ale opodal pojawiły się wielkie, błyszczące fioletowo i złoto płaszczyzny ogniw fotowoltaicznych. W ciągu ostatnich kilkunastu lat pokryły wszystko, co tylko mogły – wysokie kościoły, szerokie domy towarowe, wielkie fabryki i małe chatki farmerskie. W polach, obok tysiącletnich zabytków i gajów oliwnych, wśród winnic i koło afrykańskich i góralskich chat – też lśnią nowoczesnością tafle, ujarzmiające energię słoneczną. Czasem pokrywa je pył, naniesiony przez wiatr znad Sahary i chyba wtedy ich moc produkcyjna maleje do zera, niekiedy niszczy je czas i erozja, bo widywałem sterty ogniw, składowane pod stodołami jak przemysłowe odpady wielkogabarytowe. Albo azbestowe dachówki, zdzierane z amerykańskich dachów przez polskich gastarbeiterów, którym na rakotwórcze działanie azbestu musiał pomagać tylko Bourbon Jim Beam ze stanu Kentucky.
Gdy leci się samolotem, widok z góry coraz częściej przynosi złudzenie, że ziemia – zwłaszcza w rejonach położonych na południe od Radomia – wyprzedawana jest na rzecz trzech konkurujących ze sobą mocarstw: jedne obszary są okupowane przez tafle ogniw słonecznych, drugie – przez rozrastające się centra handlowe (wbrew nazwie, zwykle położone z dala od centrum miejscowości) z gigantycznymi parkingami, trzecie – przez obszary folwarczne, gdzie warzywa i owoce (nigdy nie wiem, jak zakwalifikować pomidory…) produkowane są pod folią, która gdzieniegdzie zapewnia uprawom ciepło, a gdzie indziej – zatrzymuje wilgoć. Z daleka i z wysoka wygląda to jak śnieg, ale to dyszący gorącą wilgocią plastik.
Wiem, że to wszystko jest niezbędne do współczesnego życia. Że zamiast kończących się w zasobach Ziemi paliw kopalnych: węgla, gazu i ropy naftowej, musimy wymyślić coś takiego, co pozwoli nam przetrwać zimę przy kaloryferze, a lato przy klimatyzatorze i wentylatorze, usmażyć befsztyk, zrobić jajecznicę czy ugotować ryż, oświetlić ulice, poruszyć silnik pociągu, doładować smartfon czy włączyć telewizor. Że musimy gdzieś produkować żywność i zaparkować auto. Wiem też, że propagandowe krzyki czy szarże z politycznymi lancami tysięcy panów Kichotów i pań Kichotek nie uratują świata dzięki zniszczeniu tego, co zapewne odbierze pracę górnikom i zajmie ostatnie wolne metry pól i łąk, ulic i placów, jezior i mórz. Bo dalszy ciągły rozwój będzie postępował bez względu na to ile wet postawią temu rozwojowi politycy i do ilu tradycji odwołają się działacze pseudopatriotyczni i zapatrzeni w przeszłość konserwatyści.
Tylko że może stać się i tak, iż stanie przed nami alternatywa: albo wykończy nas smog, zatrute powietrze i plastik we wszystkim, co nas otacza, albo wszystkim co nas otacza staną się urządzenia, walczące ze smogiem, zatrutym powietrzem i plastikiem. W dodatku, niestety, nie staniemy się wszyscy Finami: powierzchnia lasów i jezior będzie się zmniejszać, a liczba dyszących wobec siebie nienawiścią ludzi, szukających możliwości lepszego życia, bezpieczeństwa, zdrowej wody, niezepsutego jedzenia, świeżego powietrza, oraz przeciwnie: tych za wszelką cenę odpychających ludzi, którzy nasze wciąż powiększające się w sposób niekontrolowany zasoby chcą uszczknąć – będzie rosła w niebywałym nigdy wcześniej tempie.
Dylemat iście Sartrowski: wybór między złem a złem. Czy jest z niego wyjście? Może powinniśmy wszyscy napisać list od świata do Joulupukkiego, może on coś pomoże? Ewentualnie, niech się naradzi ze świętym Mikołajem, który nigdy nie istniał, dopóki nie zatrudniła go w swojej reklamie firma produkująca napoje gazowane.
Nic to, Baśka! – powiedział Wołodyjowski i wysadził się. Zanim to jednak nastąpi – wszystkim Baśkom z okazji dzisiejszej Barbórki wszystkiego najlepszego. I ogromnego poczucia szczęścia. I pięknych widoków za oknem i w domu.
Maciej Pinkwart, 4 grudnia 2025
