Żyjemy w czasach, w których słowa straciły swoją wagę, a zaczęły pełnić funkcję maskującą. Jak mawiali starożytni, a za nimi powtarzam ja, skromny felietonista: jeśli nie wiesz, jak coś nazwać, nazwij to tak, żeby nikt nie wiedział, o co chodzi. W Wilnie, mieście cudów i paradoksów, dokonano właśnie takiego zabiegu lingwistycznego, który z pewnością wprawiłby w osłupienie samego Mrożka. Mowa tu o gmachu na Pohulance, który przez lata zwano Rosyjskim Teatrem Dramatycznym, a który teraz, w przypływie geopolitycznego wzmożenia, przechrzczono na „Wileński Teatr Stary”.
Nazwa to zaiste bezpieczna. Stary. Co jest stare? Wszystko w Wilnie jest stare, łącznie z brukiem i niektórymi poglądami. Ale nazwanie teatru „Starym” ma tę zaletę, że nie jest on ani „Rosyjski” (co dziś politycznie niesłuszne), ani „Polski” (co politycznie niewygodne), ani nawet „Litewski” (bo repertuar wciąż trąci wschodnią nutą). Jest to więc teatr bezprzymiotnikowy, teatr-widmo, byt zawieszony w próżni poprawności politycznej.
Sprawa jest o tyle groteskowa, że historia tego gmachu nie jest wcale mglista. Jest wręcz boleśnie konkretna, policzalna w rublach i cegłach. W roku 1913, nie z łaski cara, ale z inicjatywy Hipolita Korwin-Milewskiego i ze składek polskiego społeczeństwa, wzniesiono ten budynek jako twierdzę polskości. Pan Hipolit rzucił na stół 20 tysięcy rubli, resztę dołożyli obywatele, by Reduta Juliusza Osterwy mogła tam grać „Wyzwolenie”. Była to własność prywatna, celowa, narodowa. I co? I pstro.
Przyszli Sowieci, zrobili swoje – czyli ukradli. Wsadzili tam teatr rosyjski, bo taka była inżynieria dusz. Przyszła Niepodległa Litwa, Sowietów pogoniła, ale inżynierię (przez zasiedzenie) zostawiła. I oto mamy rok 2024. Wybucha wojna na Ukrainie, więc urzędnicy wpadają w panikę. „Rosyjski” w nazwie kłuje w oczy. Co robić? Oddać prawowitym fundatorom, czyli Polakom? A skądże! To by było zbyt proste, zbyt logiczne, a może i – o zgrozo – nacjonalistyczne. Zmienia się więc szyld.
Mamy zatem sytuację, którą nazwałbym „dyktaturą absurdu”. W budynku ufundowanym przez Polaków, gdzie gospodarzem przez dekady był zespół rosyjski, a zarządcą jest państwo litewskie, panuje obecnie status quo pod kryptonimem „starość”. Zespół rosyjski został (bo przecież artystów wyrzucać nie wypada, a i grają naprawdę nieźle – wiem, bo kilkakrotnie oglądałem!), ale udaje, że nie jest rosyjski, tylko „stary”. Tymczasem polskie teatry, jak choćby niestrudzony Polski Teatr Studio Lilii Kiejzik, muszą pukać do drzwi własnego domu niczym ubogi krewny, prosząc o „udostępnienie” sceny na jeden wieczór, by zagrać o Čiurlionisie – co jest już szczytem dyplomatycznej kurtuazji z ich strony.
Apel „Udostępnijcie Teatr na Pohulance” to nie jest wołanie o przywileje. To wołanie o przywrócenie logiki w świecie, który stanął na głowie. Jeśli Rosja jest agresorem, a my solidaryzujemy się z ofiarami, to dlaczego karzemy pamięć historyczną sojusznika (Polaków), utrzymując w ich gmachu prymat kultury, która – chcąc nie chcąc – stała się narzędziem politycznym?
Rozumiem urzędników. Urzędnik boi się decyzji jasnych. Decyzja jasna (np. „Oddajemy teatr Polakom” albo „Wprowadzamy parytet”) rodzi odpowiedzialność. Decyzja mętna („Teatr Stary”) rodzi tylko spokój. Ale jest to spokój cmentarny. Gmach na Pohulance, zamiast tętnić życiem jako wielokulturowe centrum z wyraźnym uhonorowaniem fundatorów, staje się pomnikiem biurokratycznej bezradności.
Stefan Kisielewski pisał kiedyś o „ciemniakach”, co to wierzą, że jak zmienią nazwę ulicy, to znikną dziury w asfalcie. Tu jest podobnie. Zmieniono nazwę teatru, ale dziura w pamięci i dziura w sprawiedliwości pozostała. Polscy aktorzy tułają się po domach kultury, podczas gdy na scenie wzniesionej przez Milewskiego króluje bezpieczna, bezimienna „starość”.
Może więc, idąc tropem tego absurdu, nazwijmy ten teatr „Teatrem Przechodnim”? Albo „Teatrem im. Świętego Spokoju”? Przynajmniej nazwa odpowiadałaby stanowi faktycznemu. A póki co, pozostaje nam, jak zawsze, robić swoje. Grać, pisać i przypominać, że cegły na Pohulance, choć milczą, mówią po polsku. I żaden szyld, nawet najstaranniej wymalowany przez ministerstwo, tego nie zagłuszy.
Konrad Szczebiot
