Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Wciąż między nami dobrze jest

Kiedy niemal przed dwudziestu laty na afiszu Teatru Rozmaitości pojawiła się tragikomedia Doroty Masłowskiej „Między nami dobrze jest” (2008, reż. Grzegorz Jarzyna), zanosiło się, że wybuchnie awantura. Ale awantury nie było. Publiczność i krytycy najwyraźniej już przywykli do języka Masłowskiej. Zaakceptowali jej sposób oglądu rzeczywistości.

Pod mylącym tytułem, bo oczywiście nie jest dobrze między nami, autorka ukazywała z kilku perspektyw polski węzeł gordyjski, w którym splatały się losy współczesnych Polaków. To było wtedy, dwadzieścia lat temu, a ozdobą tego spektaklu był udział nestorki polskiego aktorstwa Danuty Szaflarskiej, której kreacja budziła powszechny podziw. Czy dzisiaj po latach ta sztuka nadal zachowała swoją piekącą aktualność? Wydaje się, że tak, że tytuł mógłby brzmieć „Wciąż między nami dobrze jest”.

Oczywiście na sposób ironiczny to „dobrze” rozumiejąc, bo przecież niewiele się zmieniło. Nadal istnieją, a nawet pogłębiły się podziały społeczne, nadal beneficjentami neokapitalizmu są tylko wybrańcy, a reszta żyje średnio, a niektórzy wręcz marnie, albo i gorzej niż dawniej. To obraz niezbyt krzepiący. Taki jest teraz, w przedstawieniu w Teatrze Współczesnym.

Mieszkanki jednoizbowego lokum w bloku, będącego jednocześnie kuchnią i salonem, nie mogą czuć się w nim dobrze. Każda z trzech kobiet należących do różnych generacji tkwi w swoim świecie. Babcia (Elżbieta Kępińska) wciąż wybiera się w kolorowej sukience w kwiaty nad Wisłę jakby czas się zatrzymał przed wojną, a potem z lękiem obserwuje pierwsze chwile nalotu i tragedię Powstania Warszawskiego.

Matka (jak zawsze niezawodna Agnieszka Suchora), widłowa w Tesco, w tym przedstawieniu pracująca już w Lidlu, bo czasy jednak trochę się zmieniły, marzy o jakichś podróżach, o jakichś awansach, a wszystko to nierealne i palcem na wodzie pisane.

Córka (Natalia Stachyra), a wnuczka babci, Osowiałej Staruszki, Metalowa Dziewczynka, najchętniej wyrwałaby się stąd. Uleciała gdzieś w świat, tylko nie bardzo wie gdzie. Wnuczka nie chciałaby być już Polką, jej problemem jest polskość, przed którą broni się: „Ja to już od dawna zdecydowałam, że nie jestem żadną Polka, tylko Europejką, a polskiego nauczyłam się z płyt i kaset, które zostały nam po polskiej sprzątaczce (…). Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko normalnymi ludźmi!”. Polskość, kto wie czy nie podchwycona za Gombrowiczem, jako temat literacko nośny, jest jednym w najważniejszych wątków tej sztuki, w której pojawia się kojąca, tromtadracka opowieść, jak to kiedyś było dobrze, kiedy wszyscy byli Polakami i wszędzie była Polska. U Masłowskiej ta trująca umysły opowieść płynie z (wiadomego) Radia, u Warchoła prezentuje ją Ważny Polityk (z wiadomego Pałacu), a jego przemówienie transmituje telewizja.

Matka i córka mówią językiem wykoślawionym, opowiadają o zaprzeczeniu rzeczy i zdarzeń, zamiast o pokoju mówią o braku pokoju, zamiast o wyjeździe i urlopie o nie-urlopie, i tak dalej. Inaczej kaleczą język reporterka i filmowiec, których mowa zainfekowana jest pseudo inteligencką papką mass-mediów. Tylko Osowiała Staruszka mówi ludzkim językiem, po babcinemu.

Tej sztuki i dawniej nie można było lekceważyć, i teraz też nie wolno. Niektórzy uważają, że powinny się w niej znaleźć nowe akcenty, że to był jednak tekst pisany na swój tylko czas, a ten czas wybrzmiał i przebrzmiał. Nie podzielam tej opinii. Nie trzeba wspominać o tym, że toczy się wojna na wschodniej granicy, aby czuć dreszcz, kiedy babcia przywołuje obrazy Powstania Warszawskiego albo kiedy okazuje się, przynajmniej tak o tym mówi reżyser, mało utalentowany sąsiad kobiet, filmowiec (Sebastian Świerszcz), twórca filmu pt. „Koń, który jeździł konno”.

Otóż nieutalentowany filmowiec przypuszcza, że te kobiety nigdy nie żyły, że to tylko fantasmagoria, że nigdy się nie urodziły, że babcia zginęła w powstaniu, że w związku z tym nie narodziła się matka, a tym bardziej Metalowa Dziewczynka. Wszystko staje pod znakiem zapytania. Ale na razie przez cały czas trwania sztuki jesteśmy obecni w mieszkaniu zapełnionym umeblowaniem z PRL-u, pamiętającym dawne czasy, kiedy potężny kredens krył wszystkie skarby świata, a potem stare sprzęty zarosły trochę pleśnią albo rdzą.

Nie jest tu dobrze. Wie o tym również sąsiadka tych trzech kobiet, roznosząca ulotki, sama nazywająca się grubą świnią (Joanna Jeżewska), wypychającą powietrze, która gra osobę zadowoloną ze swojego miejsca na świecie, a przecież zadowoloną być nie może. Życie nie otworzyło przed nią szeroko ramion.

Ale może najbardziej drwiąco i kpiąco w tej sztuce mówi się o artystach, inteligentach, którzy rwą się do kariery, ale niewiele o tym świecie potrafią opowiedzieć. A kiedy nasz filmowiec występuje w telewizji, przepytywany przez reporterkę, okazuje się, że ta reporterka w ogóle nie wie jak wygląda świat, nie rozumie nawet o co pyta. To bardzo smutna konfrontacja mediów z rzeczywistością. Fałszem tchnie także gołosłowne współczucie Edyty, sąsiadki bohaterek, okazywane wszystkim wykluczonym ekonomicznie

Ale jest i tak śmiesznie, bo przecież śmiejemy się. Śmiejemy się nawet bardzo mocno. Masłowska i młody reżyser debiutujący w Teatrze Współczesnym, Patryk Warchoł, który inteligentnie adaptował tekst, wykorzystując współczesne akcesoria (komórka, hulajnoga elektryczna) i media, potrafią opowiadać z humorem, nawet z ciepłym humorem.

To było zresztą wartością także prapremiery, kiedy okazywało się, że farsowy ton nie przeszkodził zawiązaniu nici sympatii między publicznością a sceną. I tym razem również taki efekt powstaje. Kiedy pojawia się na scenie Joanna Jeżewska obnosząc swoje pogrubienie i swoją niechęć do samej siebie, jest smutno, ale i śmiesznie. Robi to z niebywałym wdziękiem. To wielka sztuka umieć połączyć smutek z humorem, przepleść te obie nici i stworzyć obraz świata, który nie jest jednoznaczny. I opowiedzieć o ludziach w taki sposób, aby od nich nie odstręczać, tylko mówić o nich, jacy są naprawdę. Jak skomplikowani, jak często sami nie wiedzą do czego dążą, jak ciągle czują się opuszczeni, samotni i szukają swojego miejsca na tym dziwnym świecie. Wtedy spotkanie z nimi staje się głębsze, ciekawsze i może wtedy jest trochę nam wspólnie lepiej, jak sugeruje tytuł sztuki Doroty Masłowskiej.

Wspomnieć trzeba osobno o Elżbiecie Kępińskiej, która tak jak kiedyś Danuta Szaflarska jest ozdobą tego spektaklu, choć sytuacja się zmieniła. Danuta Szaflarska była rzeczywistym uczestnikiem Powstania Warszawskiego. Nawet wniosła ślad swoich wspomnień powstańczych do spektaklu. Tej opowieści nie snuła już Elżbieta Kępińska, bo może pamiętać Powstanie Warszawskie tylko jako mgławicę. Była wtedy małą dziewczynką, a jednak tworzy niesłychanie sugestywną postać, będącą łącznikiem pamięci między tym, co kiedyś, a dzisiaj. Można w tym dostrzec nutę melodramatyczną, ale można dostrzec strunę głębszą, lirykę czystej wody, bez kłamstwa. Siłę tego, co dźwięczy w pamięci, we wspólnym myśleniu o przeszłości, jeśli nawet na co dzień staramy się od tego uciec.

Spektakl we Współczesnym to spektakl do myślenia.

Tomasz Miłkowski

MIĘDZY NAMI DOBRZE JEST Doroty Masłowskiej, Reżyseria, adaptacja Patryk Warchoł, scenografia Anna Kolanecka, choreografia, kostiumy Grzegorz Łabuda, muzyka Nikodem Słomczyński, reżyseria świateł, video Ewa Borowska, Scena w Baraku Teatru Współczesnego w Warszawie, premiera 9 października 2025.

[Na zdj.: Agnieszka Suchora, Natalia Stachyra, fot. Ewa Borowska/ Teatr Współczesny w Warszawie]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.